Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 04 kwietnia 2012


Ninka jak każde dziecko jest czułym i bystrym obserwatorem i łatwo wyłapuje rozmaite okazje, nasze niekonsekwencje i korzysta z nich.

Ostatnio stosuje swoje "metody" do uzyskiwania tego co najbardziej lubi - spania z rodzicami!
Jak pisałam jakiś czas temu - śpimy na zmianę z Bubiszonem w pokoju, reagując na ewentualne płacze i lęki. Tracy Hogg nazwałaby nas  koszmarnymi "przypadkowymi rodzicami".

(Oczywiście wszystkie dobre rady rodziców, których dzieci ładnie śpią można rozbić o kant... To se ne da z naszym dzieckiem. Tu by się przydał treser lwów...)

Ale to post nie o tym...

Ninka coraz ładniej się komunikuje i widzi, jaką magiczną moc mają słowa. 

Zatem obudziwszy się ostatnio w nocy już nie zawołała tradycyjnie "Mlekooo!" tylko "Boooli!" Oczywiście poleciałam do jej łóżka na złamanie karku.

Potwór już czyhał przy szczebelkach na baczność.

"Co Cię boli Myszko?" - zapytałam stroskana.

"Kolano!!!" -  wyjęczała Ninka, pokazując wiadome miejsce i natychmiastowo wyciągnęła rączki rozpaczliwie wołając "Tuli, tuli!"

Oczywiście musiałam ją wyjąć i utulić, wycałować, wypieścić, ale próba odłożenia do łóżeczka skończyła się wyciem. Ni wylądowała więc ukontentowana w pościeli z mamusią, kładąc się na brzuszku, wypinając kuperek do góry i zasnęła momentalnie.

Cel osiągnięty!

Oczywiście kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że mnie przechytrzyła, rozbawiło mnie to niesamowicie. Z drugiej strony mam świadomość, że przy kolejnym razie muszę odpowiednio zareagować i nie utrwalać tych zachowań...

A Wasze dzieciaki, kombinują?

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Wczoraj byłam świadkiem takiej oto scenki:

Mama i córka w pewnym sieciowym sklepie z tanimi produktami, zabawkami, ubraniami. Stoją przy zabawkach.

Córka pokazuje palcem pudełeczko z plastikowym ni to konikiem ni to kotkiem i mówi ironicznie, ale i z nadzieją w głosie: "Mama to są PODRÓBY wiesz? To nie są prawdziwe petshopy, gdybyś mi chciała kupić wiesz?"

To zdradza marzenie dziewczynki - chce mieć zabawki Pet Shop, chce naprowadzić matkę na zakup, ale jednocześnie - to muszą być oryginalne produkty, nie chińskie imitacje.

Nic dziwnego. Nie będę pisać o sile reklamy, napisano już o tym grube tomy i nic nie dodam nowego.

Ale pokażę tylko ciekawostkę - skąd dzieci wiedzą, co jest podróbą, co oryginałem? Dlaczego to jest takie ważne? Wszystko to sprawnie przemyślana machina napędzana przez moich kolegów po fachu.

W serwisie branżowym natknęłam się w piątek na nowy magazyn - Top Model. Jak głosi notka prasowa: 

"Główne bohaterki pisma - tytułowe Top Models - będą przybliżać nowości ze świata mody, pokazywać co jest trendy, a co passe, jakie ubrania z czym zestawić. Na poszczególnych stronach znajdują się również  porady dotyczące makijażu, fryzur, samego ubioru, dodatków i akcesoriów. W piśmie będą publikowane też pomysły na wykonanie ozdób, czy lekcje rysunku, które mogą przydać się  przy projektowaniu strojów. Oprócz tego będą zagadki, horoskop, test osobowości i komiks. W środku magazynu znajdują się dodatki: sztancowana tektura z dwoma zabawami - "Uwaga! Flirt" i "Przyjaciółka bez tajemnic".

Dla kogo jest ten magazyn? Kto jest grupą docelową? Pismo adresowane jest do dziewczynek w wieku od 6 do 12 lat. !

Uwaga flirt? Trendy w modzie? Makijaż? Akcesoria? Fryzury?

Wiem, że to znak naszych czasów, ale wkurza mnie, że jakiś cyniczny dorosły to produkuje, a bezmyślny dorosły kupuje swojemu dziecku.

W zasadzie to nie wiem w takim razie po co zwalczamy obecność nastoletnich modelek w magazynach i na wybiegach czy walczymy z anoreksją, skoro w oficjalnych kanałach funkcjonuje coś takiego, a na przykład jakiś czas temu padł kultowy magazyn dla dzieci "Miś", moja ukochana za czasów nastoletnich Filipinka, która zdążyła się jeszcze kompletnie zepsuć (żałuję, że wyrzuciłam archiwalne numery z lat 90tych), "ZygZak" czy "Jestem" dla nieco starszych. (kto pamięta te magazyny?)

Mam nadzieję, że uda mi się jak najdłużej chronić Ninkę przed zalewem tandetnej komerchy. Zresztą tym bardziej takie sytuacje utwierdzają mnie w słuszności decyzji o nieposiadaniu telewizora (vide reklamy - ostatnio reklama lalki Natalki została uznana za nieetyczną przez radę etyki reklamy - mówiła o wyjątkowej lalce dla wyjątkowych dziewczynek).

piątek, 30 marca 2012

Ja: Ninko, powiedz "kasztan"

Ni: KASZTAN!

Ja: (krzyk rozpaczy) JAK TO? Już nie "SZATAN!!"??????????? Powiedz chociaż "samolot"!

Ni: SMOLOTTT!

Ja: (zdołowana) Jak to! Już nie "sunici"? A powiedz wózek!

Ni: Wóóósek!

YYYYY, już nie DUNDI????? 


Foch!


Ninka pięknie rozwija mowę i oczywiście traci wyrazy, które do tej pory zabawnie przekręcała. Oczywiście wspieramy ją w poprawnym wysławianiu się - zawsze staraliśmy się mówić normalnie, nie zdrabniać wyrazów (no dobrze, oprócz kilku klasycznych określeń związanych z myciem czy jedzeniem czyli myja-myja czy mniam-mniam).


Tym bardziej pilnujemy się widząc, jaki mamy od dawna problem z wyplenieniem u niej irytującego "niuniu" zamiast "smoczek", czego nauczyła ją niania, a co mała wbiła sobie ku naszej irytacji skutecznie do głowy. 


Tutaj pojawiają się zresztą inne problemy związane z wchodzeniem do języka wyrazów i sformułowań, jakich rodzic nie chce. Ninka po niani przyswoiła sobie "dalej, dalej" - zauważyłam, że niania ma taki sposób zachęcania jej ("Dalej Ninko"), który brzmi jak popędzanie i mi się nie podoba. Mam straszny opór i czuję się nięzręcznie - nie wiem jak zwrócić niani uwagę, zwłaszcza, że mogłaby być prawie moją mamą...


To jest właśnie jeden z dylematów związanych z oddawaniem dziecka w obce ręce. Dopiero teraz, po zmianie niani, odczułam, jaki opiekunka ma znaczący wpływ na małą. Do tej pory wszystko przebiegało gładko, moźe dlatego także, że Ninka była mniejsza. Teraz odczuwam, że spędza z nianią 9 godzin dziennie, więcej czasu niż z nami... Dopiero teraz dociera do mnie bolesna myśl, że wychowanie mojego dziecka tak naprawdę w dużej mierze spoczywa na kimś innym i kto inny je na co dzień kształtuje.

To przeraża...

środa, 28 marca 2012

Nina ma ewidentnie niekończącą się fazę "na ojca".

Ojciec to dla niej:

  • ostoja w każdej sytuacji
  • przytulacz i podziwiacz
  • uspokajacz vs. środek energetyzujący
  • worek treningowy
  • maskotka do snu
  • wuefista i trener
  • kaowiec
  • zakochany po uszy "rozpuszczacz"
  • opowiadacz świata i edukator przyrodniczy


Panna Nina uwodzi go na każdym kroku. Bezwględnie jest kobietą jego życia... Kiedyś powiedział mi, że gdyby kazano mu wskoczyć dla niej w ogien, zapytałaby tylko czy w butach, czy boso...

Kiedy niedostatecznie w mniemaniu ojca się nią zachwycam w danej sekundzie, czy nie rzucam garów biegnąc podziwiać jej kolejny wykon, budzi się w nim "kól eff" (czyli w języku Ninki "Król lew") ryczący nad swoim lwiątkiem: szybko, zostaw to, Nina jest ważniejsza! Myślę, że ukłuty szpilką pękłby z dumy:)

Ninka jest nim zafascynowana z wzajemnością. Pociągające jest nawet czółko taty, idealnie nadające się do masażu, bębnienia, posypywania jedzeniem i całowania.

Pięknie to wszystko obserwować. Do czasu.

Jak widać, jestem zazdrosna. I jest mi przykro.

Bo moje dziecko mnie częstokroć odrzuca.

Kiedy budzi się w nocy, utulić może ją tylko tata - mnie odpycha i zaczyna jeszcze głośniej ryczeć. Kiedy budzi się rano, a widzi mnie zamiast ojca uderza w płacz, zaczyna go wzywac i szukać po domu. Kiedy wracam z pracy, strzela focha i odpycha mnie ręką, wtulając sie w ojca. Dopiero po pół godzinie przychodzu do mnie na kolana z książeczką.

Oczywiście wszystko jest konsekwencją sposobu spędzania czasu - moje hiperaktywne dziecko docenia szaleństwa z ojcem, których nie doznaje ze mną.

Ale powiedzcie, czy ma prawo mi być przykro, kiedy niania cała w zachwytach i skowronkach nadaje: "Proszę pana, jak ona pana uwielbia, jak ona na pana czeka!!", podczas kiedy ja rano wychodzę do pracy, mała nie za bardzo chce się do mnie przytulić w jej obecności...
Oczywiście moje matczyne ego na tym cierpi... Na dodatek moja mama pisze - "tak już jest, dziewczynki to zazwyczaj córeczki tatusia..."

 No właśnie, a jak jest u Was? Istnieje "synuś mamusi" i "córunia tatunia'?

poniedziałek, 26 marca 2012

i Ja: Gdzie idziesz z nią tak ubraną? Za zimno jej będzie! Jest 14 stopni! Zdejmij tę bluzę i załóż zamiast polar! A gdzie czapka!

On: Nie jest zimno! Wracałem z pracy i nie było zimno! Chcesz ją ugotować!

Ja: To Ty chcesz ją przeziębić! Już ma lodowate łapki!

On: Dobrze wiesz, ze zimne ręce o niczym nie świadczą. Gdyby nie ja to by wiecznie chorowała!

Ja: Doceniam Twoje dbanie o jej odporność, ale teraz to przeginasz!

On: To Ty przeginasz, najchętniej byś ją w pierzyny zawinęła! Dobrze wiesz, że od czasu pobytu w szpitalu w ogóle nie chorowała! I że ordynator sam powiedział, że się wylizała z tego szybko dzięki mojemu hartowaniu!

Ja: Ale ja nie mogę patrzeć jak ją obziębiasz! Weź chociaż czapeczkę!

On: Piecucha chcesz z niej zrobić! Może jeszcze futro jej ubierz!!

I tak w kółko!!

Non stop wojny temperaturowo - ubraniowe!

Ja jestem zwolenniczką umiarkowanego ubierania, mąż - hartowania. Nie mogę czasem patrzeć jak lekko ją ubiera - w mojej opinii.

To walka bez końca i bez rozstrzygnięcia. Pomimo faktów, które są takie: faktycznie Nina od pobytu w szpitalu na początku listopada nie była chora ani razu. Jeden raz miała początki kataru, które przegoniliśmy szybko inhalacją z soli fizjologicznej. A to wszystko pomimo uprzedzania nas przez lekarzy, że będzie łapać infekcje oskrzelowe w mig.

Oczywiście na tę sytuację ma wpływ jej niechodzenie do żłobka, brak styku z innymi dziećmi. Niemniej także - godziny na świeżym powietrzu w ruchu z ojcem. Co tylko umacnia jego pewność siebie i słuszność decyzji.

A ja zagryzam paluchy, bo w tej kwestii nie mogę mieć nic do powiedzenia. Próby negocjacji spełzają na niczym i to mnie wkurza dramatycznie. W kwestii ubraniowej jestem zepchniętym na margines pariasem.

Kurna mać. A nie jestem żadnym oszołomem! Chcę ją ubierać normalnie!

I to ja zresztą mam dbać o lekarzy, szczepienia, wizyty kontrolne - ale nie mogę negocjować i nic za bardzo powiedzieć w sprawie ubierania, gdy wychodzi z mężem.

A jak u Was?

sobota, 24 marca 2012

Bycie mamą dziecka, które lubi jeść, ale ma już własny gust i oczekiwania, a które przede wszystkim nie może jeść produktów zawierających białko mleka (a także wieprzowiny, ale to mały pikuś) nie jest zawsze łatwe.

I tak mamy szczęście, że skaza Ninki nie dotyczy glutenu... Niemniej co chwila odkrywamy, że reaguje zaczerwienionymi policzkami i problemami gastrycznymi na różne składniki. I to pomimo testów alergicznych, które nic nie wykazały, a niemało kosztowały...

Ni nie za dobrze reaguje na przetworzone produkty - czego i tak nie powinna jeść jako dziecko, ale dodatkowo to stymuluje nas do zmiany także naszego żywienia.

Dzięki temu, że Bubiszon nie może jeść masła i nabiału, odkrywam kolejne ciekawe przepisy. Więcej jest teraz w naszym menu potraw wegetariańskich, kasz, soczewicy. Kombinuję z różnymi pastami na pieczywo zastępującymi masło i fabryczne smarowidła. Oczywiście nie na wszystko mała reaguje zachwytem, ale najwyżej dojadamy po niej:) 

Ja jestem też fanatyczną wyznawczynią kotletów soczewicowych z wegetariańskiej sieci Green Way - na szczęście co dwa tygodnie mogę je wcinać, bo lokal mieści się zaraz obok miejsca, gdzie mam program szkoleniowy. Zresztą na tych zajęciach poznałam ludzi, którzy sami pięką chleb i podzielą się ze mną zakwasem, są fanami urban farmingu. Zdrowe jedzenie do trend, który wdrożony skutkuje niesamowitą radością jedzenia.

W sieci jest zresztą pełno blogów z bardzo ciekawymi przepisami, także dla dzieci. Niedługo wzbogacę zakładki po lewej o lubiane linki. 

I zachęcam do zdrowszego kucharzenia:) 

Wbrew obawom niektórych to naprawdę nie jest trudne (dla mnie zwłaszcza, że rok temu dostałam od moich rodziców  blender, który z czystym sumieniem polecam - jest codziennie w użyciu.)

A jakie są Wasze hity kulinarne? 

niedziela, 18 marca 2012

Nie wierzę, że są rodzice, którzy nie mają słodkich wizji o tym, kim zostanie w przyszłości ich genialne i wyjątkowe dziecko. 

Przecież to oczywiste, że zostanie wybitnym lekarzem, naukowcem, fotografem, badaczem, pisarzem.

A nigdy, przenigdy - zabójcą... 

A ja właśnie obejrzałam film "Musimy porozmawiać o Kevinie", gdzie Tilda Swinton gra matkę nastolatka, który w ciągu jednej nocy staje się wielokrotnym mordercą* (spoiler na końcu). Poznajemy ją jako samotną, wycofaną kobietę na pograniczu depresji dławionej poczuciem winy i nieustającymi retrospekcjami wokół swojego tragicznie sfinalizowanego macierzyństwa.

Nie wiemy na początku, czy Kevin jest agresywny, brutalny, przebiegły, bezczelny, mściwy, niekomunikatywny bo urodził się z jakimś bagażem - i wyzwala w matce negatywne zachowania. Czy też jest skażony i kształtowany właśnie przez nią i przez to, jaka jest oschła, spięta, jak sobie nie radzi z nim, sytuacją i sobą. Z biegiem filmu i wydarzeń skłaniamy się ku temu drugiemu. Zresztą w pewnym momencie chłopiec zwraca się do matki: "to, że się do czegoś przywyczaiło, nie znaczy, że się kogoś lubi. Ty się do mnie przyzwyczaiłaś"....

I to jest właśnie przerażające.  

Kiedy matka mówi mu, że go kocha - ani ona w to chyba nie wierzy, nie wierzy też sam kilkulatek czemu daje upust zagłuszając jej słowa. Padają one dopiero, kiedy Kevin kłamie kryjąc przed ojcem ewidentną winę matki, która go popchnęła powodując długofalowe konsekwencje, bliznę i złamanie - fizyczne i emocjonalne.

Jedyny krótki moment bliskości zdarza się, kiedy matka czyta mu książkę w czasie choroby, a chłopiec się przytula. A potem szybko wszystko wraca do "chorej normy" .

Toksyczna relacja a jednocześnie dziwna symbioza przeraża tym bardziej, że chłopak jest niesamowicie inteligentny i na każdym kroku czuje i komentuje fałsz i niepewność matki. Ich relacja to wieczna walka o dominację, podchody, uszczypnięcia i uniki.  Jednocześnie matka to jedyna osoba, która go zna i zna prawdę o nim. Są na siebie skazani do końca... Dlatego kiedy Kevin podsłuchuje rozmowę rodziców o rozwodzie i zdaje sobie pewnie sprawę, że zostałby z ojcem - łagodnym i nieświadomym jego natury, prawdopodobnie wtedy podejmuje decyzję.

W filmie w końcowych scenach matka odwiedzająca Kevina w więzieniu zadaje mu tylko jedno pytanie - Dlaczego??? I w tym jednym momencie chłopak wydaje się obnażony i prawdziwy. Odpowiada przerażony "Kiedyś wiedziałem, teraz nie jestem tego taki pewien...". Cała ta tragedia okazuje się prawdopodobnie efektem wieloletniego wołania o miłość i akceptację. Matka chwyta go w ramiona w stalowym chwycie. Jest jej dzieckiem niezależnie od wszystkiego...

To film o tym, że nie każdy powinien posiadać dzieci... O odpowiedzialności rodzica. O tym, że to nie jest oczywiste i naturalne kochać własne dzieci. O tym, jak trudno być rodzicem dziecka agresywnego, niekomunikatywnego. O tym, jak rodzina żyje pod ciągłą presją ocen i własnych wyobrażeń. O tym, że konsekwencje chłodu, napięć i świadomości bycia niekochanym u dziecka mogą być poważne.

Oczywiście film jest przerysowany.

Gdyby nie aktorstwo i konwencja stylizująca film na dramat, wyreżyserowany inaczej mógłby być kiczowatym  tzw. dramatem telewizyjnym czy filmem na faktach jakich wiele. Wnioski z filmu o dziecku potworze też są pewnie przesadzone. Nie zmniejsza to jednak chyba ciarek na plecach każdego rodzica oglądającego film i rozmyślającego o swoim rodzicielstwie...

*SPOILER - Kevin dokonuje szkolnej masakry w sali gimnastycznej strzelając z zimną krwią z łuku, wcześniej zabijając ojca i siostrę. Łuk dostał od niego pod choinkę...

środa, 14 marca 2012

Na naszej grupie facebookowej lipcowych mam jakiś czas temu rozgorzała dyskusja na temat zamiłowania naszych dzieci do naszych kosmetyków i damskich fatałaszków. Dzieciaki obojga płci zafascynowane są atrybutami mam - pędzlami, lakierami, szczotkami, sukienkami, obcasami...

Ninka oczywiście powiela to zamiłowanie.

Nie tylko uwielbia szale, bransolety i drewniane korale, ale także pielęgnację i makijaż... Towarzyszy mi zawsze rano. Zawsze musi dostać łazienkowe akcesoria do zabawy. Przejmuje pędzel do  pudru lub różu albo opakowanie kremu. Oczywiście naśladuje z poważną i zachwyconą mina moje ruchy, omiatając pędzlem twarz. Bu domaga się również otworzenia opakowania "siemiku" czyli kremiku, po czym z wielką rozkoszą w skupieniu nabiera krem na paluszek i rozpoczyna punktowe nakładanie na twarz jego hurtowych ilości.

Nie można pomijać, że przy przewijaniu nie zapomina o samodzielnej aplikacji kremu w miejscach strategicznych... Równym zaciekawieniem obdarza także wszelkie ablucje taty, więc nie grozi jej zostanie małą pacykarą.:)

Ni zabawia się także aktorsko. Bystre dziecię widzi, jakim śmiechem i fascynacją reagujemy na jej popisy różnego typu. Odgrywa więc różne scenki. Przesuwa swój stoliczek stękając jak zmęczony życiem człowiek, albo kładzie się na podłodze i udaje, że śpi. Po czym zrywa się i sama ze śmiechem bije sobie brawo, jeśli odpowiednio entuzjastycznie nie zareagowaliśmy.

Zachowuje się też jak mały papież albo ojciec chrzestny mafii - wysuwa wdzięcznie niczym mała dama dłoń do obcałowania przez nas...

Ni domaga się zatem naszego zachwytu, zresztą sami jej to wdrukowaliśmy podziwiając każdy jej krok.

Czasami zastanawiam się poważnie, czy te nasze zachwyty jakoś jej nie uszkadzają już na tym etapie... Staramy się chwalić jej czynności, a nie ją samą ("pięknie karmisz lalę"). A jednocześnie jakoś słabo nam to wychodzi. Co chwila powtarzamy jej z zachwytem "kto jest najmądrzejszy/najśliczniejszy/najsprytniejszy na świecie?". A tyle się naczytałam o negatywnych konsekwencjach takiego zapatrzenia...

Jednak choć jestem w niej zakochana i przekonana o jej wyjątkowości, w kontaktach ze światem zewnętrznym zdaję sobie sprawę, że pomimo jej obiektywnie istniejących świetnych cech, ma też wady, a równie wspaniałych dzieci jest cała masa. I każde jest wyjątkowe dla rodzica i doskonałe...

Zastanawiam się nad tym, że musimy sobie sami narzucać jakiś kaganiec na tę wielką miłość i zachwyt - zarówno przed dzieckiem, otoczeniem i samym sobą. Być rozsądnym, nie rozpieszczać, nie projektować oczekiwań, nie epatować otoczenia opowieściami, nie zagłaskać kotka na śmierć, nie...

I może dlatego natura wymyśliła mechanizm regulacyjny - bezsenne noce, zmęczenie, bunty dwulatka, histerie, choróbska, wieczny brak czasu, marudzenie. Żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli, że to wcale nigdy nie będzie różowo być rodzicem:)

 
 
 
środa, 07 marca 2012

Nince włączył się fochulec kulinarny, czyli mały wybrzydzacz.

Jeszcze do niedawna pochłaniała wszystko z apetytem w hurtowych ilościach, teraz odpycha od siebie jedzenie, wywala talerz na podłogę. Ledwo skubnie i biegnie dalej. Skubnie i krzyczy, że nie smakuje. Wydziobie fragment, resztę wyrzuci. Wyjmie z buzi i spróbuje mnie nakarmić przeżutym fragmentem. Wciera jedzenie w sofę. Rzuca nim na kilometr w akcie protestu. 

Odrzuca też swoje posiłki - koniecznie chce jeść nasze, z dorosłego talerza, naszymi sztućcami. Koniecznie chce pić "batę" czyli moją herbatę z dużego kubka.

Istne szaleństwo.

Tymczasem nowa niania (notabene mama niani, jaka była z nami przez rok i niedawno odeszła kończyć studia) zwróciła mi uwagę, że Ninka dość monotonnie je. Mało owoców i warzyw, podobne posiłki. Oczywiście poczułam się fatalną matką i wjechała mi na ambicję...

No tak, ale co robić kiedy Bu kocha pasztet i parówki  i odrzuca to co zdrowe i jakże pożądane?

Ma skazę białkową, więc odpada uwielbiany przez nią nabiał. Tosty z serem żółtym czy Danio to jej miłość - ale jej nie służą...

Kulinarne eksperymenty inspirowane m.in. blogiem Mamy Elki lądują na podłodze. Popisałam się jaglanką z kokosem i figami, pastą na kanapki z pestek dyni, falaflami z grochu, które mała z obrzydzeniem oprotestowała.

Kiedy słyszę kolejny kulinarny pisk mam ochotę wyjść z siebie i nie wracać. Ileż można być kreatywnym?

Co robić z fazą wybrzydzania? Przecież to czas kształtowania smaków i gustów, tymczasem Bubiszon ma w nosie wyrafinowaną kuchnię i chce zostać fanem fast foodu i ogórków kiszonych.

poniedziałek, 05 marca 2012

W lutym rozpoczęłam naukę w ramach półrocznego programu zarządzania designem - i tak to po zakończeniu procesu formalnej edukacji odkryłam dopiero niesamowitą radość jaką daje uczenie się...

Składa się na to całość wrażeń. Wykładowcy - osobowości i praktycy światowej klasy pracujący w dużej mierze za granicą, dla największych marek. Inni uczestnicy - ludzie, z którymi zwyczajnie fajnie jest porozmawiać. Tematyka - arcyciekawa. Forma zajęć - kompilacja wykładu, podczas którego prowadzący krąży, rozmawia z nami, wplata ciekawe slajdy, anegdoty, case studies. A do tego - ćwiczenia zespołowe, w ramach których  wymyślamy, tworzymy, kleimy, wycinamy, dyskutujemy... I jeszcze miejsce, w jakim się spotykamy - przyjazne, jasne wnętrza centrum designu. W czasie zajęć pod ręką zasoby energetyzujące - dostępna kawa, kanapki:)

Mówię o tym w kontekście polskiej szkoły. Tego, jakiego nauczania doświadczyłam i w szkole średniej na studiach. Wykładowca za katedrą. My - z notesikami skrzętnie zapisujący jego słowa. Dyskusja - bardzo ograniczona przez akademicki model nauczyciela jako mentora, odległego eksperta, niedostępnego teoretyka. Ćwiczenia - polegające na omawianiu zadanych tekstów, odpytywaniu i cały czas - pracy indywidualnej.

To właśnie podkreślają nasi wykładowcy niedostosowanie systemu edukacji do wyzwań spotykanych w życiu zawodowym. W szkole - jak w fabryce - praca na akord, dzwonek, grupowanie dzieci wiekiem nie zdolnościami, system ocen i kar, praca indywidualna i  nieuwzględnianie naturalnych predyspozycji jednostek. A potem - zderzenie z życiem zawodowym, które w dużej mierze polega na współpracy w grupie, gdzie szukać trzeba pracy zgodnej z umiejętnościami i zainteresowaniami. Gdzie często trzeba zejść ze swojego ego piętro niżej na rzecz projektu.

Zastanawiam się jaka jest polska szkoła teraz, jeśli chodzi o formy nauczania? Czytam w prasie o wykorzystaniu tablic interaktywnych, ipadów, prezentacji. Ale czy to są realia? Czy uczeń poza szkołą żyje w świecie mediów, a w szkole gapi się w posklejaną mapę na stojaku? jestem bardzo ciekawa opinii rodziców dzieciaków w wieku szkolnym - jak oni to widzą?

Zastanawiam się nad tym wszystkim w kontekście przyszłej edukacji Ninki. Nie chcę, żeby odczuwała presję i straszny stres (choć odrobina stresu i zdrowej rywalizacji jest wskazana...), albo nudziła się na zajęciach itd.


Jestem ciekawa, czy formalnoprawne ramy edukacji pozwalają na zmiany w metodologii nauczania i ile jest innowacyjnych szkół państwowych? Moją uwagę przykuła chociażby ta w Kiełczowie pracująca w programie slow food (na dodatek imienia Wandy Chotomskiej!)
(link do artykułu w wysokich Obcasach o tej szkole)

Co myślicie? Jakie macie doświadczenia?

Przy okazji prezentuję bardzo ciekawy film o konieczności zmian w paradygmacie nauczania

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers