Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
wtorek, 08 maja 2012

Wiecie jak to jest, kiedy ma się dużo dobrych chęci, ale niezbyt dużo cierpliwości i równie mało drygu w palcach?

Tak to jest z moim szyciem i robótkami ręcznymi:)

Niemniej zaparłam się aby uczynić wykon artystyczny aby Bubcia otrzymała zestaw filcowego jedzonka od rodzicielki wykonany "tymi ręcyma". 

Zamówiłam filc na Allegro i w weekend zabrałam się do pracy, skutkiem czego powstało filcowe jajo, nieprzemyślane jeśli chodzi o grubość, pewnie z nieszczęsnej kury z chowu klatowego :), kromka chleba ze skórką, ser i pomidor (na estetyczne wykonanie miąższu już zabrakło sił:)) oraz cupcake z truskawą na czubku.

No i ponieważ taka to rzadkość i Reuters powinien wspomnieć o tym, muszę się pochwalić swoimi potworkami. 

Oto mój wykon (kanapka ozdobiona dodatkowo dla smaku sałatą z ikeowskiego zestawu).

I wiecie co?

Niezgrabne toto i średnio staranne, co nie przeszkadza córce częstować nas i przygotowywać kanapkę.

Czyli działa.

I to chodziło!

Filc leży i kwiczy, żeby coś znów wymyślić. Może np. łatwe pancakes z bananami ?

 

 

niedziela, 06 maja 2012

Ninka 3 maja skończyła 22 miesiące. Jednym słowem wielkimi krokami zbliża się do drugich urodzin. I nie omieszka nam tego sygnalizować każdego dnia coraz wyraźniej.

Od około tygodnia widzimy zwiększoną intensywność protestów wszelkiego typu. 

Schodzeniu po schodach towarzyszy wyrywanie ręki i krzyk samodzielności "sama!".

Jedzenie - tylko samodzielne i absolutnie nie w krzesełku - dokonuje popisów cyrkowych wstając i wyślizgując się z niego jak piskorz.

Spacery - głównie piesze, bo w wózku następuje bunt. Dodatkowo - próby sterowania rodzicami. Jeśli idziemy "tutaj", ona chce "tam" i na odwrót. Zresztą chyba galop z wywalonym ozorem za chichoczącym i biegnącym z dziką prędkością dwulatkiem nie powinien nazywać się spacerem?

Na wszystko odpowiada "nie chcesz" - czyli "nie chcę". Nawet jeśli czegoś chce - na przykład jest bardzo zmęczona i senna protestuje dla zasady."Nie chcesz" pada też testowo i profilaktycznie bez ładu i składu - dla zasady.

Ostatnio  prowadziła próby generalne sama ze sobą przeprowadzając dialog buntownika pomiędzy wewnętrznym dr Jeckyll i Miss Hyde: "Tam? Nieee! Tutaj? Nie chcesz! Pani? Nieeee!" etc.

Protestom werbalnym towarzyszą także pokazy wyginania i pierwsze nieśmiałe jeszcze próby rzucania się na ziemię i darcia szat Rejtanem.

Tracy Hogg w "Języku dwulatka" oprócz całej garści oczywistości stosuje także dość praktyczną typologię. Nazywa dzieci jak moje "żywczykami". A to co pisze to wypisz wymaluj moja Ni:

"Żywczyk. Najaktywniejszy z „chodziaczków” jest istotą na wskroś fizyczną, zwróconą na zewnątrz, często dość upartą i skłonną do brewerii.

Są to dzieci bardzo towarzyskie i ciekawe świata. Wcześnie zaczynają wskazywać rzeczy i sięgać po nie. Podobne zainteresowania przejawiają w stosunku do innych dzieci. Są żądne wrażeń i przygód; chcą wszystkiego spróbować i mają ku temu silną determinację.

Intensywnie przeżywają sukces, gdy uda im się coś osiągnąć.

Żywczyki potrzebują jednak wyraźnie określonych granic, ponieważ bez ich ustanowienia działają jak walec parowy miażdżący i rozgniatający wszystko na swojej drodze.

Kiedy zaczynają płakać, długo nie mogą się uspokoić, trzeba więc zawczasu wdrażać je do ścisłego harmonogramu, ze szczególnym uwzględnieniem snu nocnego. W przeciwnym razie rodzice mogą mieć z nimi tak zwany bal Murzynów, są to bowiem dzieci odznaczające się i niespożytą kondycją i siłą. Bardzo uważnie obserwują opiekujące się nimi osoby.

Betsy, która wspinała się na stolik do przewijania w moim gabinecie, nieustannie „sprawdzała” swoją mamę Randy. W typowym przypadku dziewczynka przyglądała się najpierw czemuś, czego dotykanie było zabronione – np. gniazdku sieciowemu lub tkwiącej w niej wtyczce – po czym zbliżała się do tej rzeczy, oglądając się na matkę i oceniając jej reakcję. Betsy, jak wszystkie Żywczyki, wyróżniała się samodzielnością myślenia. Kiedy była z matką i ojciec chciał go wziąć na ręce, odpychała go.

Właściwe prowadzenie i stwarzanie okazji do wyładowania energii pozwala tym dzieciom pełnić rolę przywódców w grupach oraz cieszyć się sukcesami w dziedzinach, które je interesują."

I co nas czeka wg Hogg niedługo?

"Żywczyki nie patyczkują się z natrętnymi rodzicami – wrzeszczą, tłuką i rzucają przedmiotami." ...

Albo: "Żywczyk nie lubi się dzielić. Nie potrafi też skupić uwagi, kierując ją co chwilę na coś innego. Chaotycznie biega po pokoju, bawiąc się wieloma zabawkami („Pół- diabeł”)."

O słodki losie...

Już zapowiedzieliśmy z mężem sobie - to co nas uratuje przed pół-diabłem to nasze poczucie humoru i de facto to, że na co dzień jesteśmy zdani tylko na siebie  (chociaż mamy pełne wsparcie wszelkiego typu od naszych najbliższych na odległość - za co dziękujemy!).

Pozdrawiam wszystkie mamy żywczyków, które wiedzą o czym mówię...


piątek, 04 maja 2012

Drogich czytaczy proszę o drobną przysługę.:)  

Być może znacie kogoś, kto chciałby kupić komfortowy wózek spacerowy dla dziecka. Na nabywcę czeka śliczna czekoladowa Teutonię Cosmo z kolekcji 2010, jeszcze na gwarancji!.

Wszystkie zdjęcia tutaj. Wózka przedstawiać nie trzeba, a wszystkie szczegóły - mailowo. Gratis dodaję ciepły śpiwór w kolorze szampana.

Pozdrawiamy weekendowo po powrocie znad jezior i z lasów.

Tagi: dzieci
13:36, aeidenn
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 kwietnia 2012

W sobotni poranek testowo odwiedziliśmy po raz pierwszy poznańską znaną od lat (od 1991 r!) i magiczną księgarnię dla dzieci "Z bajki", w jednej z jej dwóch siedzib - na osiedlu Przyjaźni. Info o spotkaniu dotarła do mnie przez Facebook czy przez serwis dziecięcy. Dziwne, że nie było nas tam wcześniej.:)

To królestwo książki dziecięcej mieści się w niepozornym tradycyjnym osiedlowym PRLowskim pawilonie handlowym. W przykurzonym troszkę wnętrzu (ale w przyszłym tygodniu podobno będzie remont) - trochę rupieci, tkanin i papierowych ozdób tworzących klimat, stare regały pełne literatury i niskie regaliki dla najmłodszych. A obok salka do spotkań literackich - z poduchami i miejscem dla aktora. Panie sprzedające wydają się być absolutnie zanurzone w świat literacki i fachowo doradzają, no i są naprawdę życzliwe.

Księgarnia organizuje spotkania  bezpłatnie - podczas nich dzieci mogą usłyszeć książkę czytaną przez przebranego i ucharakteryzowanego aktora/aktorkę. Dziś bohaterem dnia był Pettson i jego kot Findus walczący w kurami w ogrodzie i siejący warzywa, z nieznanej mi wcześniej serii..

Grupka dzieci miała okazję pogdakać jak kurki, posłuchać o kocie sadzącym klopsiki w ziemi, spróbować posiać rzodkiew i posmakować chrupiącej marchewki. A rodzice oczywiście przejrzeć półki i coś niezobowiązujaco wybrać i zakupić. My kupiliśmy książeczkę z serii Mądra Mysz o Zuzi idącej do lekarza - bo Ni ma z tym ewidentnie problem od czasów szpitalnych.

Pomysł na literackie spotkania - świetny i mam nadzieję, że wspiera sprzedaż. Kibicuję - zwłaszcza, że księgarze walczą nie tylko z rynkiem używanej książki (którą i ja bardzo cenię), ale i hegemonią Empiku i sprzedażą online oraz piractwem...

W księgarni można także zorganizować literackie urodzinki tematyczne . Jako ciekawostka - nie mam pojęcia ile kosztują i ile trwają urodziny w McDonaldsie (podobno bardzo popularne...), ale sprawdziłam na www, że tutaj za 1,5 godziny i 15 dzieci płacimy 280 zł - co prawda bez przekąsek, ale w SPOT za urodziny z gotowaniem za 2h aż 600 zł... Równie dobrze można zrobić takie urodziny w domu "on budget" - pytanie tylko o ból głowy w trakcie i po przejściu hordy dzieci.. :) Przekonam się pewnie za parę lat:)

A Ni w całym tym wydarzeniu była mocno przestraszona i wtulona z całych sił w  tatę. Dopiero po czasie rozkręciła się i zaczęła gdakać jak kurka i zasiała rzodkiewkę. Siedziałam w drugim kącie sali po turecku, patrzyłam na Bubsztala wtulonego w tatę i zapatrzonego ze skupieniem i powagą w panią aktorkę. I miałam jak zwykle w takich chwilach jakoś dziwnie szkliste oczy z dumy...

czwartek, 26 kwietnia 2012

Ja do męża: Kup porcję rosołową, nastawimy pomidorową.

Mąż: A czy porcja rosołowa to to samo połówka kurczaka, bo ja nie wiem?

Ja: Aaa tam, forget it... Kup udko jeśli to zbyt skomplikowane...

Mąż dociekliwie: Ale na serio, jest coś takiego? Nie zbłażnię się w sklepie?

Ja: Nie. To taki... Trupek kuraka. Truchełko. Oskubane z mięsa... Szkielet... (w tym miejscu przechodzi mi ochota na gotowanie i jedzenie).

Mąż na to z olśnieniem w głosie: aaaa, to taki template kury, bez contentu!

Amen.

wtorek, 24 kwietnia 2012
...kiedy myślisz, że za chwilę się rozpłyniesz... Kiedy dziecko zasypiając odpływa w inny wymiar. I przyciąga Cię za szyję szepcząc: Musia... (mamusia) Buzi...tuli tuli... Mruży oczy i usypia rozkosznie. Oddech się wyröwnuje, ciałko uspokaja. Mleczny zapach dziecka koi zmęczenie, nerwy. A Ty patrzysz na tego stworka i zalewa Cię fala słodkiej radości, oddania, bliskości. Szczęścia. Miłości abolutnej... W oczach stają łzy wzruszenia. Czujesz w tej chwili, że wiesz po co to wszystko... Gdzie jest sens. Świat składa się nagle w całość jak puzzle. Księźyc pochyla czule nad Wami. Cisza brzęczy. Chwilo trwaj...
piątek, 20 kwietnia 2012

Przed szóstą rano.

W szarości świtania rozlega się stłumione "ekhe, ekhe".

Kotłowanie w łóżeczku.

Do mojej rozkosznie śpiącej świadomości dociera sygnał: Buba się budzi.

Niedobrze.

Mamroczę ratunkowo: "ciii, ciii"

Ekhe, ekhe coraz wyraźniejsze. Zaraz zamieni się w płacz.

Mamroczę wyraźniej: "Mamusia jest, śpij, śpij".

"EEEEEEE" - stękanie zamienia się w marudzenie. Będzie płacz wymuszeniowy.

Próbuję nie otwierając ust zamamrotać jakąś kołysankę.

Ryk.

Oż Ty...

Wstaję.

"Mleczka chcesz"?

"E-E" - przeczące marudzenie zaspanego stwora

"Soczek, soczek!" - woła

Cholera, nie ma soku. Nie ma kubka w pokoju. Nie dam się wykurzyć spod kołdry. Ignoruję zapytanie.

I dobrze. Nagle bowiem następuje skok na równe nogi i wołanie: "TULI TULI!"

No tak, dziecina życzy sobie przytulenia...

Wyjmuję z łóżeczka, tulę ciepłe ciałko małpiatki z zamkniętymi oczami łapiąc resztki snu.

Może się da jeszcze paskud uśpić? Kładę się z nią na sofę.

Marudzenie. płacz. Nie pasuje.

Koniec spania.  

Fuck, jak to możliwe, zasnęła dopiero o 23ciej. A ja o północy!

"Tatuś?Tatuś?" - Dopytuje się dziecina żwawo.

"Tatuś śpi w drugim pokoju. Ciiii." - stękam kątem ust.

"Ciii?" - Zapytuje Bubsztal i leci otwierając sobie drzwi. Biegnie do drugiego pokoju. Staje w progu. Widzi śpiącego ojca. - "Cii" - powtarza - i wraca do mnie.

Uszanowała jego sen. A co z moim?

Zaczyna rozrabiać, a ja nie mogę rozkleić oczu. 

Masz tu dziecino mamusi telefon komórkowy.

Ekrany dotykowe ma opanowane do perfekcji.

"Halooooo?" Dzwoni i pstryka minutę.

Cisza.

Po chwili już skacze mi po brzuchu.

"Mleczko???? Mleczko???" Zapytuje energicznie i słodkonatrętnie.

Robię mleczko z wody z termosu. Za zimne.

Pluje. Robię kolejne.

Ok.

Będzie 3 minuty spokoju.

Udaję, że śpię. Nie ma mnie.

"Dosyć, dosyć!" - woła mała, mając w zwyczaju oddawać mi butlę po skończonej degustacji.

Takkkkk, dosyć, rzucam butlę w kąt łóżka. 

"Śpij, błagam!!!".

Nie da się... Energy mode on.

" Idź do tatusia" - postanawiam jako rasowa wiedźma pozbyć się dziecka na chwilę. Buba wspina się na tatę. Ja mam parę kolejnych minut letargu.

Kotłują się i przytulają. Ojciec dochodzi do siebie po szoku obudzenia.

Dzień jak co dzień. Tylko konfiguracja rodziców się zmienia.

I w ilu domach jest tak samo...

Walka o resztki snu przebiegłymi metodami...

Pozdrawiam niedospanych:)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Czy tylko ja mam dziecko, które wymaga 100% uwagi?

Nie usiedzi sama 5 minut. Owszem, w czasie tych paru minut bywa skupiona - albo coś broi, wylewa, rysuje po ścianie, albo - co mnie zachwyca - czyta książeczkę.

A w pozostałym czasie - wdrapuje się na nas kiedy siedzimy i ukradkiem próbujemy sprawdzić pocztę czy przeczytać zaległe gazety sprzed półrocza... Kiedy biorę ipada do ręki, moje dziecko gramoli się nie patrząc na to, że miażdży wszystko po drodze, wciska wiadomy guzik wyłączając mi przeglądarkę i włącza sobie ulubioną aplikację. Kiedy odmawiam jej tego, rozlega się dziki ryk wymuszacza.

Czy tak małe dziecko można uczyć i nauczyć, że rodzice mają prawo do chwili dla siebie?

Czy też prawidłowością jest skupianie się wyłącznie na dziecku?

Zasadniczo jedno z rodziców zajmujących się Bu nie ma absolutnie czasu dla siebie. Czytamy i bywamy sami w jedynych możliwych chwilach intymności np. wannie lub w tramwaju. Co troszkę frustruje, w końcu czytanie jest sexy :P

Podobno dzieci samodzielnie się bawiące podobnie jak zasypiające nie są legendą miejską i naprawdę istnieją, ale moje do nich nie należy... Choć przecież poza domem śmiało wybiega poznawać świat, tak, że za nią nie nadążamy.

Na pewno w ten sposób nadrabia naszą nieobecność i zaspokaja ciekawość świata, chęć poznawania nowych słów.

Wspaniałe to i upajające, ale fajnie byłoby czasem móc odetchnąć na kanapie i słuchać jak Ni np. karmi lalki... To jest cena za brak ogłupiającego telewizora i pokazanie dziecku, jak genialne jest wspólne czytanie książek:)

wtorek, 10 kwietnia 2012

Wysokie Obcasy podjęły temat projektu "Super Dziecko" - pracy rodziców nad talentami dzieci i wykorzystywaniem ich naturalnych talentów i zainteresowań.

Nie nadaję się na mamę Montessori, ślęczącą nad pomocami edukacyjnymi - choć je podziwiam szczerze. Ale jednocześnie zrobię wiele, by wspierać zainteresowania Ninki i podążać za jej rozwojem

Widzę zachwycające nas oznaki jej rozwoju intelektualnego. Zaczyna się interesować literkami i cyframi - przynosi literki ze swojej tablicy magnetycznej i próbuje je nazywać. Na obrazku próbuje liczyć przedmioty "raz... tsy... penc" i nazywać kolory "nebeski, cyrwony, zony". Wyciąga wnioski - na wieść, że nie ma już ciasteczek w pudełku zapytuje władczo "kupić???". Czuję (pewnie jak każda mama), że ma w sobie niesamowity potencjał, który warto eksplorować i karmić.

Aktualnie wydaje mi się, że rozwój Ni przebiega harmonijnie - jest niesamowicie sprawna fizycznie i nieustraszona dzięki tacie. Zasuwa jak pershing, a gdy się przewróci woła "bam", otrzepuje rączki i biegnie dalej. Jednocześnie zna dziesiątki wyrazów, świetnie werbalizuje i komunikacja z nią jest bezproblemowa. Jest otwarta i społeczna, a jednocześnie wykazuje odpowiednią nieufność przed obcymi. A do tego jest czuła, emocjonalna, empatyczna, rozumie i nazywa podstawowe emocje.

Niemniej  dostarczając jej bodźców i pokazując świat często pytam siebie, gdzie przebiega granica między zabawą a przestymulowaniem.

Dlatego Ni na pewno nie będzie dzieckiem, które chodzi na chiński, judo i pianino. Ale będzie miała mnóstwo książek - już teraz przesiaduje na nocniku "czytając", pójdzie z tatą oglądać ślimaki na łące, Wielki Wóz na tajemnej wyprawie nocnej i pozna zwierzęta gospodarskie na jakiejś farmie. Ubrudzi się w kałuży, dostanie kiedyś pałę ze sprawdzianu, bo zamiast się uczyć będzie czytała nocą fascynującą książkę za zezwoleniem rodziców.

O ile zechce.

Bo to chyba najważniejsze - jasne, że trzeba wspomagać rozwój dziecka, ale trzeba sprawdzić, czy ono naprawdę, szczerze tego chce, czy robi to dla nas... I trzeba pozwolić na błędy i poluzować ten kołnierzyk obowiązków, ocen... Ja do dziś pamiętam wielki stres towarzyszący formalnej edukacji - i tego będę chciała małej oszczędzić.

Mam nadzieję, że w naszym projekcie super dziecka nie będziemy srogimi demiurgami, tylko czułymi obserwatorami służącymi pomocą i inspiracją. 

20:45, aeidenn
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 kwietnia 2012

Wiosny w sercu i wbrew prognozom słonecznego świątecznego weekendu życzy Wam ekipa Kiddie!

Do usłyszenia!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers