Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Godzina dziewiętnasta. Dzwonek do drzwi.

Nikogo się nie spodziewałam. Lekki niepokój. Zazwyczaj o tej porze spółdzielnia roznosi podwyżki czynszu :D

Otwieram. Na wysokości około 1,65 m nikogo nie ma. Z dołu słyszę ponure "słodycze albo psikus". To chłopiec przebrany za rycerza. Z koszykiem na słodycze. Pustym koszykiem, na dnie którego leży parę smętnych landrynek. Z boku jego starsza siostra. Nieprzebrana. Oboje znudzeni, zasmuceni.

Słabo.

Poczekajcie - mówię - wędruję po resztę wafelków czekoladowych, jakich jeszcze dziwnym trafem nie pożarłam. Wkładam do koszyka. Dzieci dziękują smutno i odchodzą.

Czuję niesmak.

I żal, że nie miałam więcej słodyczy. W czasie pisania posta przypominam sobie o cieście od teściowej.

Jestem zła - gdybym była przygotowana na taką akcję, z wielką ochotą załadowałabym dzieciom koszyk i zobaczyła ich radość.

Nie mam obsesji pt. "to nie jest polski zwyczaj". Uważam, że to mogłoby być całkiem sympatyczne. Tylko w innych warunkach - w małej lokalnej społeczności, na wspólnotowym osiedlu domków. A nie w poznańskiej dzielnicy sypialni, w jedenastopiętrowym wieżowcu pełnym obcych sobie ludzi, którzy nie znają nawet swoich sąsiadów z piętra.

Kto wypuścił dzieci bez opieki i jaki miał w tym cel? Czy miała być to lekcja o trudnościach życia i porażkach? Czy też rodzice nie pomyśleli w ogóle i ulegli prośbom dzieci nie licząc się z ogólnym wydźwiękiem? A może wyobrażali sobie udany połów i mnóstwo śmiechu?  Mi byłoby zwyczajnie wstyd wysyłać Bubę "na żebry" do kompletnie obcych osób. I bałabym się. Na razie moja chora wyobraźnia widzi np. łapy pedofila zapraszające dziecko po odbiór słodyczy...

Implementacja takiego zwyczaju wymaga ogólnej zgody i porozumienia.

Tymczasem hipermarkety pełne są halloweenowych gadżetów, knajpy zarabiają na imprezach pod tym wezwaniem - ale naszej mentalności nie zmienimy. Po pierwsze, jutro jest Dzień Zaduszny. Po drugie, jesteśmy listopadowo smutni i zgaszeni, obcy sobie i nie lubimy nachodzenia w naszych domach. To nie są amerykańskie przedmieścia z serialu Desperate Housewives czy Trawka, gdzie wszyscy  wszystko wiedzą i się znają, a soccer mums spotykają na ploty na treningach dzieciaków...

Czy wyślę kiedyś Ninkę na bal Halloween w przedszkolu? Jasne. Czy zrobię latarnię z dyni i ciasteczka w kształcie kostek? Pewnie, z dziką rozkoszą. Czy opowiem jej o tych amerykańskich zwyczajach? Oczywiście.  Gdy będzie w odpowiednim wieku - także o meksykańskim święcie zmarłych.  O polskich Dziadach. A także o podejściu do zmarłych w innych kulturach.

Ale czy wypuszczę ją na polowanie na słodycze? Raczej nie. Chyba, że zamieszkamy kiedyś w małym domku pod Poznaniem, gdzie będzie swojsko, bezpiecznie, a zwyczaj ten nagle stanie się społecznie akceptowany i lubiany...

P.S Już wiem, mam dysonans poznawczy. Ktoś mnie zmusił do uczestnictwa w czymś mi obcym, znienacka. To taki gwałt na niezależności. Stawianie pod ścianą: portfel albo życie. I nie lubię dyskomfortu psychicznego - mój ubogi podarek ciąży mi, bo generalnie miło byłoby zrobić frajdę dzieciom.

A może to ja jestem niedzisiejsza, nieprzygotowana i drętwa? Ale doprawdy nie wiem, kiedy się obudziłam w USA!

Bo nie mam telewizora!

wtorek, 25 października 2011

Są chwile rodzicielstwa, kiedy z radości i dumy zatyka Cię. Spoglądasz ponad dzieckiem w oczy współmałżonka i łapiesz go w niemym uśmiechniętym porozumieniu.

I wczoraj była to jedna z tych chwil.

Bubiszon siedział koło nas na rozłożonej sofie. Przekaraskał się najpierw do taty i dał mu buzi. Po chwili do mnie, i też mi dał buzi.

A potem na malutkich kaczych nóżkach zszedł tyłem z kanapy, podszedł chwiejnym krokiem do pudła z książkami, wyciągnął jedną, prawie większą od siebie i po paru potknęciach,  upadku książki i jej podnoszeniu zmęczony wdrapał się wciągając książkę na łóżko i wrzucił mi ja na kolana z oczekiwaniem w oczach.

Czytaj matka!

Chwilo trwaj!

P.S

Natknęłam się na ciekawą okładkę książki o myśleniu szkrabów:

 

 

poniedziałek, 24 października 2011

"Znoowu mam doooła, znóóów pragnę śmieeercii"

Dopadł mnie kryzys wielki jak kryzys greckiej gospodarki.

Jestem cholernie zmęczona.

Pracą, bo pracuję w stresie z napiętymi deadlinami, po godzinach i w weekendy. Nie byłam w tym roku na urlopie, bo tyle się działo w firmie...

Domem, bo pobyt w nim polega na wiecznym zmywaniu, sprzątaniu, gotowaniu, ogarnianiu bałaganu robionego przez Bubę. Ledwo odkurzę - już na podłodze okruchy. Ledwo umyję pogodę - plama oleju rozlanego w kuchni przez małego zwiadowcę. Albo podarte gazety. Albo... Zawsze coś.

Moim dzieckiem, bo kompletnie nie sypia nocami, a w dzień zamienia sie w a)terrorystę - wymuszacza płaczem i histerią b) wszędobylskiego obieżyświata, zaglądającego w każdy kąt, wszędzie się wciskającego, wszystko zrzucającego, włażącego wszędzie, rozlewającego, badającego świat 24h... I krzyczącego, kiedy słyszy "nie". Domagającego się 100% uwagi. Której nie mam. Przez ostatnie dni moja ukochana córka doprowadza mnie do amoku.

Byciem matką i "panią domu", bo na mojej głowie jest milion spraw organizacyjnych i sprawianie, by ten wózek jakoś się toczył. A to kran, a to kaloryfer, a to rachunki, zakupy, lodówka wiecznie pusta...

Zmaganiem z domowym budżetem - bo zaczęły mnie dotyczyć abstrakcyjne kwestie takie jak niebotyczny koszt paliwa. A po chorobie Buby lekarze zalecają szczepienia na pneumokoki, na grypę, na menigokoki...

Lękiem. O Ninkę i jej zdrowie. Znowu zaczyna się coś dziać. Tak jak kiedyś byłam dość niefrasobliwa, teraz wszędzie widzę wirusy i bakterie...

Brakiem czasu dla siebie, dla męża.  Wszystko kręci się wokół Ni. Jej kup, jej zębów, jej rozwoju, jej zdrowia. I wkurza mnie to, choć tak bardzo ją kocham... Być może inni mający rodzinę, przyjaciół w tym samym mieście mają łatwiej.
My nigdy nie mamy wychodnego. Nigdy nie jesteśmy sami. Nie mamy siły i czasu na rozmowę, możliwości, by pielęgnować to, co jest między nami. Niedługo chwasty nas porosną.

Zmęczeniem. Jestem zmęczona moim zmęczeniem. W sobotę miałam iść pierwszy raz od stu lat na imprezę. Umalowałam się, ubrałam, szykowałam godzinę... I o 22-giej padłam przed samym wyjściem. Zmyłam makijaż i wczołgałam się do łóżka zrozpaczona. Nie mam siły na wyjścia. I... nie za bardzo z kim wyjść...

Zaniedbaniem. Nie mam czasu na nic, ubrania pracuję w locie rozłożone na kanapie, jem w biegu, nie mam czasu na kąpiele i maseczki, te wszystkie drobne przyjemności gwarantujące w tej ohydnej porze roku dobre samopoczucie. Czuję się zaniedbaną kurą, smętną matką Polką.

Jesienią. Nienawidzę ciemności, zimna, wiatru, suchego powietrza w mieszkaniu, pluchy, nijakości...

Czuję deprechę czającą się za rogiem. W zasadzie to ona już mnie ma, trzyma w garści i zaciska mi śliskie ręce na gardle.

Przepraszam, czy gdzieś można zahibernować się do wiosny?

środa, 19 października 2011

Parę słów podsumowania wczorajszego posta - nikt nie zwrócił uwagi, że to tak naprawdę post o mnie, o moim skażonym myśleniu, o uprzedzeniach dorosłych, o poprawności politycznej...

Dziecko jest tylko ciekawe świata, pyta czy komentuje wykorzystując sobie znane pojęcia,a to my je ksztaltujemy, albo negatywnymi stereotypami albo poprawnością polityczną jak zaprezentowana w poście poniżej.

I to dorośli powinni się sobie przyjrzeć, ci "otwarci" i "postępowi" jak ja również.

Bo ta otwartość jest mocno naznaczona naszymi dorosłymi poglądami, dobrymi chęciami, ale i ciężarem negatywnych doświadczeń i obserwacji.

A każda nadgorliwość  jest zbędna...

wtorek, 18 października 2011

Moja córeczka każdego dnia mnie zaskakuje swoim rozwojem. Oczywiście nie jest to rozwoj nadprzeciętny - zdobywa nowe umiejętności, jakie inne dzieci posiądą wczesniej czy później. Dla mnie jednak każda nowa umiejętność, skojarzenie, reakcja czy słowo jest wydarzeniem na miarę odkrycia, że neutrina poruszają się szybciej od światła.

Parę dni temu Bubiszon zaprezentował coś, co mnie zszokowało. Oczywiście po chwili łatwo to sobie zinterpretować właściwie. Pierwsze wrażenie jest jednak zaskakujące...

Mianowicie oglądałyśmy książeczkę wydawnictwa Olesiejuk z modelinowymi dzieciaczkami wykonującymi rozmaite czynności. Bardzo zresztą polecam tę serię. Na obrazkach akurat w tym egzemplarzu są dzieci o dość jasnej skórze. Oraz jedna dziewczynka o ewidentnym pochodzeniu afrykańskim - ma wełniste włoski, czekoladową skórę. Oglądamy z Bubą książeczkę, opowiadamy co jest na obrazkach. Kiedy dochodzi do rzeczonej dziewczynki Ninka wydaje z siebie "chrrr chrrr" - identyczne jak wtedy, kiedy oglądamy obrazek lwa lub... świnki. 


Tak to moje dziecko nieświadomie zostało małą rasistką w oczach matki.(dopisek post factum wynikający z komentarzy błędnie oceniających moją intencję: Oczywiście piszę to całkowicie żartobliwie, przecież w jej świecie jest za mało doświadczeń i pojęć by w ogóle podejmować takie rozważania. Interesuje mnie jedynie tok myślowy dziecka a w dłuższej perspektywie- pokazywanie różnorodności świata). A wszystko przecież wynika z konieczności kategoryzowania. Ni schowała sobie obrazek do jakiejś znanej szufladki - zwierzątka - przez podobieństwo. Dziwne -  bo ma już dużą ciemnoskórą lalkę z dreadami (zakupioną przypadkiem w osiedlowym lumpku za śmieszne pieniądze, pewnie jako porzucona zabawka z UK) i czasem się nią bawi.

Swoją drogą już malutkie dzieci wykazują pewne predyspozycje, a nawet uprzedzenia, także wobec własnej rasy.

Poruszył mnie eksperyment Clarków z 1940 r., podczas którego pokazywano dzieciom o afrykańskim pochodzeniu etnicznym lalki - czarne i białe. 63% dzieci wybierało białą lalkę, bo "była ładniejsza". Przy czym 44% dzieci utożsamiało się z czarną lalką. Oczywiście eksperyment przeprowadzono w latach kwitnących podziałów rasowych w USA, więc wynik był przewidywalny.
Ważne jednak - eksperyment został powtórzony współcześnie przez CNN z udziałem 19. dzieci w wieku 5-9 lat. 88% identyfikowało się z czarnoskórą lalką bez problemu i 42% chciało się nią bawić (32% białą). Tylko 32% uznało białą lalkę za fajniejszą - Ale aż 47% dziewczynek. Oczywiście przetoczyła się dyskusja nad metodologią, kategoryzowaniem świata przez dzieci, które nie mają kontaktu z innymi kulturami i rasami w otoczeniu, stąd przypisują swojej rasie pozytywne wzorce itd. Warto jednak zapoznać się z badaniem: więcej na ten temat

Jeszcze wiele tego typu zaskoczeń procesami myślowymi mojego dziecka związanymi z kształtowaniem postaw przede mną. Może jestem mało spostrzegawcza, ale nie zauważyłam czarnoskórych lalek czy lalek Azjatek, Latynosek w ofercie sklepów dla małych dzieci  ( bo de facto jakiś specjalnie się nie przekopywałam - do tej pory podchodziłam do działów niemowlęcych tylko). Znalazłam na razie Baby Born (zastanawiam się nad tą afrykańską). A lalki dla starszych - Barbie czy Bratz przypominają rasy mieszane, ale mocno zoperowane plastycznie i i tak dopasowane do kaukaskiego kanonu urody.

Widzę już teraz swoją rolę przy kształtowaniu wizji świata Ninki - już od najmłodszych lat uczenia jej wrażliwości i otwartości na inność.

Widzieliście może takie multi kulti lalki na polskim rynku? Albo książeczki, bajeczki prezentujące ludzi innych ras (poza Olesiejukiem)? Podpowiedźcie!

A może Ni wypnie się na moje zabiegi i i tak wybierze białą lalkę? Albo autko, jak zawsze? 

niedziela, 16 października 2011

Wczoraj i dzisiaj mielismy w firmie szkolenie z efektywnej komunikacji z klientem i jego obsługi. Dowiedziałam się paru rzeczy o sobie, poznałam parę metod radzenia sobie z konfliktami, negocjacji, odczytywania i rozumienia potrzeb klienta.

W sobotę szkolenie trwalo 9 godzin, a dzisiaj 5:30. Dlatego też wróciłam do domu z głową jak sklep, nabitą mądrościami pod tytułem "nie będę się tak stresować, będę efektywnie słuchać, będę asertywnie przedstawiać racje firmy, oddzielę pracę od osobistych zawirowań, nie dam się sprowokowac toksycznym osobom" itd. itp.

To nabuzowanie podszyte autoironicznym podskórnym przekonaniem, że będzie bardzo trudno mi przełamać własne utarte schematy, przełożyło się na Bubiszona.

Buba, mając w nosie moje szkolenie po moim powrocie do domu wykazała wachlarz sztuczek półtoraroczniaka, polegających na testowaniu mojej wytrzymałości na krzyki, piski, maiuczenie i tzw "jojczenie".

Spojrzałam na nią.

Spróbowałam przemówić łagodnym i wyjaśniającym tonem:

"Bubo, wiem, że jesteś sfrustrowana niemożnoscią realizacji swojej potrzeby, ale możesz się ze mną efektywnie komunikować inaczej niż krzykiem wyrażającym Twoją bezradność. wystarczy powiedzieć, że chcesz ciasteczko. Ale i tak go nie dostaniesz, ponieważ muszę postawić Ci jasne granice, abyś dla swego bezpieczeństwa i komfortu poruszała się w wyznaczonych ramach dozwolonych zachowań."

"Bubo. Jeśli dobrze interpretuję Twoje sygnały werbalne i niewerbalne chciałabyś, abym podała Ci ten oto smoczek. Zastanów się jednak, czy nie stanowi on fałszywej kompensacji Twojej realnej potrzeby przytulenia się do mnie i tego, abym zapewniła Ci poczucie bezpieczeństwa? Podejdż tu do mnie proszę i wspólnie wypracujemy najlepsze rozwiązanie tej napiętej sytuacji"

"Bubo. Dostrzegam i akceptuję Twoją podmiotowość, ale jednocześnie stoisz w relacji podrzędnej do mnie i kiedy sugeruję, że powinnaś spać, odczytując prawidłowo sygnały Twojego zmęczenia, powinnaś wykonać polecenie służbowe w zaleconym przedziale czasowym".

Już się boję, co będzie po jutrzejszym powrocie do pracy:) 

Jak na razie dowiedziałam się, aby unikac słówek dlaczego, ale i niestety.

Ale niestety to bardzo trudne:)) 

 

piątek, 14 października 2011

Moje słodkie dziecię weszło w głębszą fazę buntowania się, a przede wszystkim wymuszania wszystkiego krzykiem, której sygnały już były wcześniej.

Odkrywam dalekosiężne skutki wszystkich swoich niekonsekwencji i błędów. 

Przede wszystkim wymusza... jedzenie... Jej kanapeczki lądują na podłodze wypadając z odwróconej demonstracyjnie miseczki, a rączki wyciągają się w stronę naszych talerzy.

Oczywiście do tej pory ulegałam - jakże tu nie podzielić się z małym łakomczuchem? Teraz jednak to żebractwo spożywcze zaczyna mnie irytować, ponieważ przenosi się także poza ściany mieszkania. W sklepie Buba potrafi rycząc wymusić natychmiastowe podanie jej bułki z regału, a na spacerze ze znajomą niani, małą Olą, krzykiem wymusza i wyjada wszystko temu niejadkowi (co niejadek przyjmuje z satysfakcją). Dziewczyny opiekujące się maluchami śmieją się, że Ola i Nina stanowią mafijny duet - Nina to ten mały, sprytny i wszędobylski cwaniak stosujący terror psychiczny, Ola to ten duży, spokojny, małomówny siłacz wykonujący polecenia małego...

Wymuszanie dotyczy też zabawy - książeczki poszły w kąt i po wymuszeniu rozbójniczym króluje walenie łapkami w laptopa (sprawdza się tu strona z grami Fisher Price oraz odcinki świnki Peppy), ipad (wiadome aplikacje) i telefon komórkowy (nieustanne "telefonowanie" do taty).

Wymuszanie krzykiem działa także, kiedy mała chce, aby jej cokolwiek podać. Wystarczy zacząć się nieludzko drzeć albo miauczeć... 

Wymuszane sprawdza się też  w przypadku zasypiania, o czym pisałam. Ledwo żywi rodzice kapitulują i zanoszą królewnę do swojego łóżka. 

Wszystko to sprawia, że mimo czekającego mnie stresu i kieratu odczuwam czasem paradoksalną ulgę na myśl o powrocie do pracy.

A także sprawia, że przekopuję Internet w poszukiwaniu mądrych porad i książek, jak to, co sami sobie niejako zgotowaliśmy, odkręcić.

Dodatkowo irytuje mnie własna niewiedza, niekonsekwencja i wygodnictwo, które doprowadziły do bezradności. A także to, że obiecywałam sobie podczas jej ciężkiej choroby i pobytu w szpitalu "będę dzielna, będę cierpliwa, będę wyrozumiała, nie podniosę głosu, nie zirytuję się"... Oczywiście wszystkie dobre i pełne miłości postanowienia spełzają na niczym. Bo cierpliwości to ja mam tyle co Buba, czyli zero...

Dlaczego dzieci nie pojawiają się z intrukcją obsługi i przyciskiem "wyłącz" albo "pauza"? Nikt mi nie wmówi, że przynajmniej raz na tydzień nie myśli o tym, jak wyprodukować takiego pilota do dostrajania dziecka do odpowiednich częstotliwości!

A tu poniżej długowłosa Buba udaje aniołka "dzwoniąc" do taty. W tle widać jszcze jeden objaw działalności diabła tasmańskiego - obskubaną i zmaltretowaną przez nią kanapę. (każde "nie wolno, bo niszczysz" to jeszcze większa ekscytacja).

  

 

środa, 12 października 2011

Nina nocą się zmienia. 

Tylko nie za bardzo wiem czy w Miss Hyde, czy bywa nią na co dzień?:)

Za dnia moje odzyskujące po chorobie siły dziecko uśmiecha się, szaleje, gada jak najęta i tuli. A wieczorami i w nocy zamienia się w małego rozkosznego wampirka energetycznego...

Od zawsze była dzieckiem wymagającym bliskości w czasie snu, tulenia i czułości. Od zawsze lądowała w naszym łóżku nad ranem, choć niegdyś nakarmiona przesypiała znaczną część nocy sama i przynosiłam ją dopiero o 5 rano (ch gdzież te czasy gdzie??). Potem, po wyjeździe męża przestawiła się na tryb pobierania energii ode mnie i spałyśmy zazwyczaj razem. Teraz, kiedy mąż wrócił z dalekiego miasta (tak, tak - dzięki nadającym się na esej  o efekcie motyla zbiegom okoliczności już jesteśmy i będziemy razem!) wędrowała do naszego łóżka w środku nocy na mleko i spała rozparta niczym basza, z nogami na twarzy wybranego rodzica lub w poprzek łóżka. 

Po szpitalu zaś bezdyskusyjnie uznaliśmy, że musi spać z nami dla kontroli jej samopoczucia.

Tylko, że to ona zaczęła nas kontrolować.

Jak wygląda instrukcja spania w jej wykonaniu?

Zasypianie - tylko w obecności obojga rodziców, w środeczku, z tatusiem po prawicy i mamą po lewej stronie.

Należy wymóc, by oboje położyli się razem i nie ma mowy o siedzeniu przed komputerem. Zasypiamy dopiero o 22giej.

Należy odwrócić się boczkiem w stronę taty, ale co chwila oglądać w stronę mamy, czy jest i patrzeć z wyrzutem, gdy się rusza za bardzo.

Potem można zasnąć i przespać kawałek nocy, pochlipując delikatnie i domagając się włożenia smoka dla ukojenia.

Dodatkowo należy chwytać garścią mamę za piżamę. Tata jej nie nosi, więc trzeba trzymać jedną łapkę dla kontroli (by nie uciekł) na jego plecach.

Należy obudzić się o 4 w nocy wyjąc histerycznie z powodu przypomnienia sobie wszystkich możliwych traum szpitalnych.

Nie można dać się ukoić przez 40 minut żadnym sposobem i należy doprowadzać rodziców do rozpaczy.

Należy sprowokowac mamroczące śpiewanie wszystkich znanych kołysanek przez mamę i kiczowatych, acz chwytających za Ninowe serce kawałków Tercetu Egzotycznego i Fogga w przez tatę.

Potem można łaskawie usnąć, ale tylko na brzuchu ojca i spać tak przez godzinę, aż ojciec dokumentnie zdrętwieje.

Można potem pozwolić się zsunąć delikatnie obok ojca, wciskając go w róg łóżka, wskutek czego ma on 5 cm szerokości łóżka dla siebie, a matka prawie 2 m. Tak należy przekimać do czasu wysunięcia się z madejowego łoża nieprzytomnego ojca do pracy o godzinie szóstej. 

Ostatni akt sztuki można odegrać wtulając się w mamę i uśmiechając przez sen do stłamszonej nerwowo rodzicielki i spać rozkosznie prawie do przyjścia niani o 8mej.

Zobaczymy, co się zmieni w teatrze jej snu po moim powrocie do pracy w poniedziałek... (już teraz oswajam małą z moją nieobecnością - pomimo zwolnienia pracuję zdalnie w drugim pokoju, a niania bawi się z Ni).

A tak już na  poważnie - martwią mnie te ataki paniki w nocy, ale muszę dać jej jeszcze trochę czasu przed ewentualną kolejną konsultacją...

poniedziałek, 10 października 2011

Oto parę przebłysków ze szpitala dziecięcego.

Na szczęście przebywałam tam tylko 5 dni i to w komfortowych warunkach.

Pierwszy dzień i noc Buba spędziła w przeszklonej maleńkiej izolatce oddziału zakaźnego. Izolatce o wielkości ok 2,5 m na 2,5 m, z czego kawałek przestrzeni jest wykrojony na przedsionek, w którym odbywa się dezynfekcja rąk. A w  tej ciemnej kliteczce z wąskimi dwoma umieszczonymi wysoko lufcikami mieściło się szpitalne łóżko, szafka, wanienka z umywalką, twarde krzesło. Było tam tak mało przestrzeni, że nie było opcji, by rozłożyć całkowicie łóżko polowe. Nie mieściło się. Zresztą nie było takiej opcji - mała wyła całą noc obolała po deintubacji, a mąż nosił ją na rękach dwa kroki w tą i z powrotem i tulił w tej klatce. Kiedy przychodził personel, trzeba było wstawać z krzesła (jeśli była chwila by je zająć) i przesuwać je, by pielęgniarki miały dostęp do dziecka. Nic dziwnego, że mała była pobudzona i spanikowana.

Na szczęście następnego dnia na swojej warcie dostałam propozycję przeniesienia się do płatnej - i to za śmieszne pieniądze (15 zł na dobę) - izolatki. Poczułam się, jakbym przeskoczyła do innego świata. A to tylko parę kroków dalej od celi. Izolatka ta była jasnym, dużym pokojem z łóżeczkiem dziecięcym, łózkiem dla dorosłego, stolikiem z krzesłami, własną łazienką z prysznicem.  Buba kompletnie nie korzystała z okratowanego łóżeczka dziecięcego - leżała ze mną za dnia lub moją mamą nocą w "dorosłym łóżku", gdzie była tulona, całowana i głaskana. Już na drugi dzień po przenosinach widać było poprawę w jej zachowaniu i samopoczuciu. A ja mogłam wlączyć laptopa, puścić jej Teletubisie, i o zgrozo, kiedy spała mi na piersi, włączyć samej sobie film (objejrzałam aż trzy! - najnowszą Jane Eyre, Samotnego mężczyznę i The kids are allright :P). Pełen komfort, prawie jak w hotelu, gdyby nie lęk o zdrowie małej i ciągłe zabiegi medyczne...

Idąc do kuchni, by postawić tam termos z prośbą o uzupełnienie wrzątkiem, mijałam dwie izolatki takie jak moja i trzy przeszklone cele - klatki, w jakich przebywała na początku. A w nich - umęczone dzieci skaczące w łóżeczkach, bez opcji wyjścia z nich i wykończonych rodziców uwieszonych na krzesłach i leżakach, w dziwnych pozach, w letargu, o ziemistej cerze. Istne panopticum bez prywatności. Skojarzyło mi się z dublińskim więzieniem Kilmainham Gaol albo zoo, gdzie niektóre zwierzęta siedzą osowiałe w beznadziei jak rodzice, a inne dostają małpiego rozumu jak dzieci. Gdybyśmy miały przebywać tydzień w tych warunkach, sfiksowałabym, a Buba ze mną. A jednak tak z braku środków i możliwości lokalowych leczy się dzieci i jakoś dochodzą do zdrowia. Nie mam wątpliwości, że taki proces trwa w tym wypadku o wiele dłużej, mimo profesjonalnego i życzliwego personelu (który de facto się nie napracuje, bo wszystko przy dziecku wykonują rodzice, oprócz wstrzykiwania leków).

Pobyt w szpitalu sam w sobie jest stresem - a co dopiero w takich warunkach... Boję sobie wyobrażać, jak to wygląda na salach wieloosobowych, jakie mogłam oglądać kiedyś na Krysiewicza, gdzie leżał mój mały kuzyn. W ciasnej sali pięcioosobowej oddziału zakaźnego nawet nie było miejsca dla rodzica, a leżało tam dwoje dzieci upośledzonych umysłowo - nie da się ukryć - uciążliwych dla otoczenia. W tym całym horrorze wypada mi dziękować losowi za to, że wylądowałyśmy na Nowowiejskiego w izolatce...

Ciekawą rzeczą jest również dieta szpitalna. Do picia podawano Bubie straszliwie słodkie rozwodnione czarne herbaty - których na szczęście przyzwyczajona do wody nie chciała pić... A przez cały nasz pobyt dostawała te same śniadania i obiady. Na śniadanie i kolację kanapki z masłem i wedliną drobiową, na obiad ultra słoną zupę i uczciwie przyznam - smaczne ziemniaki z kurczakiem i marchewką. O ile na początku wręcz rzuciła się wygłodniała na kanapki i obiad, w następne dni odmówiła współpracy i konsumpcji.  Kto zdrowy na umyśle chciałby jeść 4 dni to samo? Ratowały nas obiadki i deserki w słoiczkach. Na takiej diecie nic, tylko zdrowieć :) Nic dziwnego, że na szpitalnej diecie pacjenci chudną i bledną... W tych warunkach po powrocie ze szpitala obie szamałyśmy w ilościach hurtowych pyszne popisowe mielone mojej mamy jakby była to boska ambrozja... 

Nie chorujcie, bo się pochorujecie od tego chorowania:) 

niedziela, 09 października 2011

Wczoraj było nam wręcz glupio jechać do psychologa, którego prosilismy o szybką interwencję - bo stan Diabła Tasmańskiego poprawia się z godziny na godzinę...

Gwoli prawdy ma swoje momenty niesamowitego smutku, wyciszenia i zawieszenia, jakich nie miała nigdy wczesniej. U psychologa wtulała się ciasno w męża i patrzyła spod byka dorosłym wzrokiem pełnym wyrzutu na obcych. Widać w niej jeszcze wielką nieufność do świata zewnętrznego. I łatanie tej dziury zajmie jeszcze sporo czasu...

Jednak moje obawy o skutki uboczne niedotlenienia i pobytu w śpiączce farmakologicznej w większości rozpłynęły się - na razie. Mam wrażenie, że Ni nie tylko sobie przypomniała prawie wszystko (z zapomnianych umiejętności pozostało jej chodzenie), ale potrafi jeszcze więcej niż przed chorobą. Prawdopodobnie po prostu wkroczyła na kolejny etap rozwoju, ale dla mnie teraz to coś niezwykłego.

Bardzo intensywnie komunikuje się z nami. Odkrywa to, że za pomocą gestów, słów, jakie próbuje wymawiać i powtarzać po nas, okrzyków, czy płaczu może prowadzić z nami dialog i prowokować nas do określonych zachowań. 

Widzę, że coraz więcej rozumie. Potrafi poproszona i po wskazaniu gestem podać leżącą obok książkę czy spojrzeć z poczuciem winy na swoje stopy, kiedy pytam, dlaczego ściągnęła setny raz skarpetki...

Zauważa ewidentnie naszą ekscytację jej rozwojem - i domaga się sytuacji, kiedy jest chwalona (np. wciska mi w ręce ipada by włączyć jej aplikację ze zwierzątkami i odpytywać ją, a dzisiaj zaczęła sobie sama bić brawo po pomyślnym posiedzeniu na nocniku).

Wymaga 100% uwagi i domaga się od nas ciągle nowych bodźców. Nie akceptuje półśrodków i erzacu. musimy jej nieustannie objaśniać świat. Widzę, że chłonie go jak gąbka. Naśladuje nas w dziecięcy nieporadny sposób. Wczoraj zakładała sobie pasek od aparatu na szyję i wciskała migawkę wołając coś podobnego do wyrazu "zdjęcie" (moja krew!).

A my - musimy uważać... Po historii szpitalnej na więcej jej pozwalamy. Sam psycholog zwrócił uwagę, by nie dać sobie wejść na głowę - z całym szacunkiem dla jej przeżyć. Tymczasem kiedy mowimy "nie wolno" - ona powtarza ze śmiechem "nie nie nie" i dalej robi swoje. Albo wpada w bezdenną rozpacz...

Tymczasem zanim ogarniemy się i przejdziemy z poziomu bezkarnego rozpieszczania i totalnego zachwytu na normalny kochający etap wychowania (oby) cieszymy się nią nieustannie, nawet kiedy broi jak młoda koza.  

Dziś zakrztusiłam się, bo dosypała mi gigantyczną ilość pieprzu do herbaty, wylała sok i posypała stół solą. W międzyczasie tego dokazywania nagle rzuca wszystko, wtula się bezinteresownie, wczepia łapkami, wystawia ryjek do pocałunku czy częstuje nas swoimi smakołykami.

Przeżywam te niby zwyczajne chwile z życia dziecka jak niezwykły prezent od losu.
Bo jest znowu z nami, zdrowieje, jest znowu sobą, śmieje się i poznaje świat.

Mój jedyny Diabeł Tasmański.

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers