Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
piątek, 29 października 2010

Jak mówi tytuł - rozpoczynam poszukiwania sympatycznej niani dla Ninoczki od końca lutego/marca 2011.

Dlaczego więc nie ogłosić się tutaj?

Opieka u nas w domu na Piątkowie lub u Niani w domu - w pobliżu. Może to być inna Mama z maluchem.

Praca od poniedziałku do piątku od około 8:30-17tej (to jeszcze do ustalenia), okazjonalnie wieczorami (marzy mi się pójście do kina z Małżem...). W ramach zadań - opieka nad Ninoczką, dbanie o jej rozwój i bezpieczeństwo. Okazjonalnie drobne zakupy przy okazji spaceru z Ninusią i zerknięcie okiem, czy dom nie zarasta (ale bez większych czy regularnych porządków).

Moje wymagania? Uszanowanie naszych decyzji i stylu życia (np. nie ciąganie dziecka do kościoła i żadnej indoktrynacji - co podobno się zdarza!), wiedza o pierwszej pomocy i resuscytacji. i dużo czułości!

Kasa? Powiedz ile oczekujesz i jakie masz doświadczenie.

Kontakt na maila gazetowego lub w komentarzu.

danke szyn!

 

Tagi: dzieci
11:17, aeidenn
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 października 2010

W Poznaniu w centrum miasta, w niepozornym zaułku nieopodal placu Cyryla Ratajskiego i Empiku Megastore na ul. 3 maja 49 mieści się Gauganek - niedawno otwarta kawiarenka i klub dla dzieci i dla mam.

Dzisiaj wybrałyśmy się tam z Karoliną, Moniką i naszymi dziećmi.

Miejsce jest na pewno przyjazne - w sali zabaw czeka zjeżdżalnia i fajne miejsca do szaleństw, ale także odpoczynku. Ciekawy i nowoczesny jest wytrój tego miejsca.

W części kawiarnianej  można napić się np. zielonej herbaty,  przyjaznej mamie karmiącej kawki zbożowej w śmiesznej cenie 2,5 i zjeść domowe ciasto. Woda do picia jest bezpłatna - to miły zwyczaj przeniesiony zza granicy. W łazience czeka przewijak z chusteczkami i nakładka na sedes dla starszych dzieci. Dla mojej Ni panie przyniosły kojec wypełniony zabawkami. W kawiarni można też zakupić artystyczne unikalne zabawki (lalki) i książeczki - m.in. lubianego przeze mnie wydawnictwa Zakamarki.

Plusem jest też to, że Panie zajęły się rocznym Maksiem, kiedy my rozmawiałyśmy. Atrakcją dla niego  były bańki mydlane.  Gauganek organizuje także przeróżne zajęcia dla dzieci, można tam również wyprawić urodziny.

Niestety byłyśmy jedynymi klientkami - a szkoda. Mam nadzieję, że to się zmieni i Gauganek zyska rozgłos, a przede wszystkim - przetrwa. Pomysł jest bardzo fajny, a miejsc przyjaznych mamom i dzieciom jest zdecydowanie za mało w naszym mieście.

Polecam zajrzeć do Gauganka!

Zdjęcie zaczerpnęłam ze strony dziecipoznan.pl (kurcze, a mój minipoznan.pl leży odłogiem - nie mam kiedy nad nim pracować...)

 

 

16:26, aeidenn
Link Komentarze (6) »

Pod koniec sierpnia opadła mi szczęka do ziemi - przyszedł mój zasiłek macierzyński.

Wiedziałam, że będzie pomniejszony z powodu pewnych zawiłości podatkowych - ale nie o prawie 500 zł. A że przyszedł jednocześnie za dwa miesiące, łatwo wyobrazić sobie średnicę moich oczu po zobaczeniu kwitka.

Przystąpiłam do działania. Trudno mi było uwierzyć, że aż tyle ma mi tzw. aparat urzędniczo-administracyjny odebrać.

Znalazłam odpowiedni druczek na stronie ZUS (szok!) i wysłałam pisemko. Po miesiącu dostałam odpowiedź, że owszem, faktycznie, pomylili się i naliczają jeszcze raz. Zawiłości podatkowe nie zniknęły, ale będzie to jakieś 200 zł mniej, nie 500.

Chodzi nie tylko o pieniądze ale o zasadę.

Ile osób nie napisze takiego pisemka? Ile osób nie ma czasu by poszukać wniosku i wysłać go? Ile osób nie zrozumie biurokratycznego żargonu?Ilu osobom ZUS tak pożera świadczenia? Całkiem przypadkiem lub całkiem świadomie - tu grosik tam grosik...

Czuję się jak pogromczyni Hydry lernejskiej.

Tagi: scenki
09:15, aeidenn
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 października 2010

Moje Najcudowniejsze Dziecko Świata jest niezłym lodołamaczem.

Prawie słychać, jak pękają kry i lodowce międzyludzkie, kiedy ona się uśmiechnie, spojrzy czy zagrucha znacząco z głębin wózka.

Nagle ludzie z zastygłymi z zasady twarzami wgapionymi beznamiętnie w okno uśmiechają się, zagadują mnie lub Małża, zadają pytania.

Otwierają się.

Wspominają swoje dzieci - czesto już dorosłe czy wnuki. Starsi panowie zbaczają z trasy, by zajrzeć do wózka i się uśmiechnąć. Starsze panie porównują Ni do wnucząt. Panie w średnim wieku rozczulają się wspominając, jak karmiły nocami dziś dwumetrowego pryszczatego dryblasa. Młodziaki z ipodem na uszach chętnie wynoszą wózek z tramwaju. Studentki przytrzymują drzwi.

Małe dziecko z zasady przykuwa uwagę. A na dodatek gdy jest grzeczne, bystre i niepaszczurowate - publiczność wpada w ekstazę.

Może nie jesteśmy tacy paskudni? Może za tymi jesiennymi twarzami i maskami obojętności kryje się czułość, tak skrzętnie skrywana, po podatna na zranienie?

Nie, nie jest tak całkiem fajnie. Chamstwo, bezczelność i zobojętnienie dalej mają się dobrze. Czasem to ja nie mam ochoty na interakcję i odpowiadanie setny raz na te same pytania. Czasem nie chcę by ktoś zaglądał bezceremonialnie do wózka.

Ale miło wiedzieć, że czasem zza tej codziennej szarości przebija kolor.

P.S Kiedyś pisałam o niechęci do przytłoczenia kolorem różowym:)A posiadamy sprezentowany przez dziadków takowy kocyk. I nawet parę bluzeczek., co widać na zdjęciu.

Niemniej na co dzień ubieram ją różnokolorowo i za każdym razem rozmówcy apriorycznie zakładają, że to chłopiec, bo ma niebieską kurtkę, zielony wózek, kawowe spodnie i bluzkę w pomarańczowe paski. Takie to upupienie kolorystyczne dziewczynek w zbiorowej świadomości.

poniedziałek, 25 października 2010

Wczorajszy dzień został dniem greckim. Testowałam ciasto phillo przywiezione przez Anię z Grecji. Zrobiłam spanakopitę, lekko zmodyfikowaną. W oryginale jest tylko szpinak, cebula i feta. U mnie doszedł do nadzienia jeszcze kurczak.

A efekt na zdjęciu:

Małż stwierdził, że nie wiedział, że szpinak może być tak dobry...

Dopchałam potem się resztą kruchych ciastek własnego wypieku.

A robi się je tak:

1,5 szkl mąki pszennej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

0,5 szklanki cukru pudru

0,5 kostki margaryny

1 jajko i 1 żółtko

dodatkowo: wiórki kokosowe, kakao czy bakalie

Składniki zagniatamy. Możemy podzielić ciasto na dwie części i do jednej wgnieść wiórki, do drugiej kakao. Wkładamy do lodówki - na im dłużej, tym lepiej. Ja włożyłam na całą noc. Dzięki temu były niesamowicie kruche. Przed włożeniem do lodówki ciasto zrolowałam w wałek jak na kopytka  (tylko 4 razy grubszy). Następnego dnia leniwi jak ja mogą wtedy zamiast rozwałkowywać ciasto na placek i wykrawać koła, pokroić je na plastry. Ciastka pieczemy ok. 10-15 minut, pilnując, bo lubią się przypalić. Z podanych proporcji wychodzi wielka blacha. Niestety znika w oka mgnieniu...Tak szybko, że nie zrobiłam foty przed wszamaniem...

(korzystałam z przepisu Alicji)

Co za błogość sybaryty!

P.S Pozostając w klimatach kulinarnych - wzięłam udział w akcji pt. Jak zachęcić dziecko do picia wody. W zasadzie tego jeszcze nie wiem:) Natomiast zamierzam testować na Ninie metodę baby led weaning, która zakłada m.in. dawanie niemowlakowi do popicia czystej wody. Co ciekawe, akcji patronuje woda Żywiec.  Okazuje się, że nie jest przeszkodą, że testowałam i opisywałam na blogu inną wodę i wzmiankowałam, że po Żywcu kilkumiesięczny Szymek miał problem. Cieszy mnie ta transparencja. A wybór wody to kwestia osobistego wyboru, czesto przypadku. Ważne, aby ją pić. Z umiarem!

Poniżej artykuł napisany wspólnie z blogerkami. Mam wrażenie, że wszystkie metody są warte tylko tyle, na ile rodzice sami piją wodę. Słodkie pokusy zawsze będą w szkole, przedszkolu - ważne, aby zaproponować dla nich ciekawe alternatywy. I aby cola nie stała się zakazanym kuszącym owocem.

Jak zachęcić dziecko do picia wody?

Tagi: kulinaria
10:33, aeidenn
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 października 2010

Strasznie chcemy być "jacyś". Ja chcę być "jakaś"

Najbardziej dziś mierzi przeciętność. Lepiej być nieznośnym i wulgarnym niż szarym i zwykłym. Trzeba dla siebie znaleźć ciepłą szufladkę, choć we własnych oczach uciekamy od tych szufladek.

I podobnie jest w przypadku macierzyństwa. Do wyboru mamy różne paradygmaty do realizowania.

Eko mama i mama alternatywna, chustująca

Sexy mama.

Matka alfa.

Matka pracująca.

Matka Polka, poświęcająca się, tradycjonalistka.

Matka artystka.

Chodzi o to, by nie być "tylko matką". Bo to takie nieprzystające do dzisiejszych czasów. Ja mam chyba z tym właśnie problem.  Ciągle udowadniam sobie i innym, że nie jestem "tylko matką" na macierzyńskim. Codziennie muszę udowadniać sobie swoją wartość.

A przecież nikt ode mnie tego nie wymaga.

Wyznaczam sobie zadania do realizacji. Próbuję być na bieżąco z tematami zawodowymi. Podjęłam się zlecenia, które dziobię godzinami z przekrwionymi oczami, bo tempo i skupienie już nie takie, kiedy Ni harcuje.

Dlaczego nie mogę sobie zwyczajnie odpuścić i być sobą?

Wlazłam do wyścigówki, którą sama napędzam.

I sama sobie kreuję sytuację stresową.

Kiedy leżę z Ni na łóżku jestem zła, że tylko leżę. A kiedy dziobię to zlecenie - że je dziobię, zamiast z nią leżeć...

Oszaleć można.

środa, 20 października 2010

 

Pamiętam profesora Kubickiego wykładającego filozofię, który na pewnych zajęciach stwierdził, że niemowlę nie jest człowiekiem, ponieważ nie można z nim porozmawiać.

Tak było do około drugiego miesiąca. Od tej pory moje dziecko z małego ssaka intensywnie ewoluuje w stronę homo sapiens.

Do tej pory było Eldorado...

Ni całymi dniami spała lub gaworzyła do zabawek na macie. Teraz zauważyła, że może się komunikować, wzywać nas, prowokować - i robi to namiętnie.

I zrobiło się bajo bongo...

Karmienie wydłuża się znacznie, bo Ni musi pogadać, pośmiać się, rozejrzeć, pofikać.

Po chwili na macie zaczyna się intensywnie domagać uwagi wzywając mnie dzikimi okrzykami i wpatrując się we mnie z wyrzutem.

Nie ma, że boli.

Zrobiłaś mnie mamo, to teraz mnie masz, kochaj mnie całą i zajmuj się mną.

NON STOP!

Bo jak nie, to nie ręczę za siebie!

Ale jak już się mną zajmiesz, to się odwdzięczę szerokim, triumfalnym uśmiechem ...

wtorek, 19 października 2010

Konkurs z Lovelą dobiegł końca.

Czuję lekki niedosyt - spodziewałam się, że tryliony moich czytelników zasypią mnie zdjęciami:)

Tak się nie stało. Tym bardziej dziękuję za parę fotek, które przyszło.

Uwaga, uwaga...

Postanowiłam nagrodzić Darię za kreatywne zdjęcie Matyldy.

Do Darii powędruje paka proszku i kocyk:) (oj, Daria zainspirowała mnie też do zrobienia takich fot Ni).

 

Postanowiłam też przyznać swoją nagrodę Dagmarze za zdjęcie Marty, które choć zaśnieżone i nieostre odpowiada moim zdaniem na wyzwanie konkursu - zdjęcie pod hasłem bezpieczeństwo lub delikatność. Ja w tym zdjęciu widzę i bezpieczeństwo, i delikatność. Dagmarze oddaję mój kocyk od Loveli:)

A pozostałe zdjęcia to:

mix fot Marysi autorstwa Marty

Wesołe zdjęcie Witka autorstwa Sebastiana

i jagodowa Mania od Ciborków

Dzięki!

Z Darią i Dagmarą skontaktuję się mailowo.

Przypominam o możliwości otrzymania próbki Loveli od 5 listopada.


piątek, 15 października 2010

Oj, o stresie może młoda mama dużo powiedzieć...

Nie bez kozery w Poznaniu w ramach programu Rodzina na Starcie przygotowano ulotki dla rodziców na temat walki ze stresem.

Czasami te w pocie czoła przyswajane metody zawodzą. Miałam taki właśnie dzień.

Musiałam wybrać się na badanie do Centrum Onkologii. Już sama nazwa przybytku nie wzbudza radości... Widok wychudłych chorych na raka z fajkami, stojących pod wejściem również. Na szczęście Centrum to nowoczesny budynek, który nie przenosi myślami do epoki ponurych wiktoriańskich umieralni.

Niestety bez kolejek się nie obędzie, pomimo sterowanego elektronicznie systemu rejestracji. Nie są za długie, ale wystarczające by się zaczęło...

Jakaś pani się przysuwa i zagaduje Ninę, komentuje jakie ma mądre oczka, a jakie włoski. Akurat teraz przechodzące lekarki zatrzymują się, by zauważyć, jaką ma proporcjonalną śliczną buzię. I dopytać o imię (To chłopiec? Dziewczynka? Nie na różowo? Nina? Nie Janina?).

Moje dziecko już zdążyło się zirytować i zgrzać. Tak jak zwykle Ni jest oazą spokoju, tak po wyczuciu siódmym zmysłem, że znajduje się w nieciekawym miejscu postanawia mało elegancko rozedrzeć się.

Już jestem ugotowana, że onkolog, że czekam, że chorzy i charczący ludzie wokół, że gorąco, że ona płacze.

Zaczynają się znaczące spojrzenia (siwy pan z zaklejonym okiem aż podchodzi, by mnie sobie pooglądać z miną pełną wyrzutu, jak bezskutecznie manipuluję biustem próbując nakarmić wijącego się stwora).

Hurra, jestem w centrum uwagi... Cudownie...

Jest mi gorąco, źle i prawie mam łzy w oczach. Wszyscy z nudów koncentrują się na mnie i komentują (a mój to tak płakał, że..., niech pani tak główki nie trzyma, bo...).

Muszę jednak dodać, że tak jak często marudzę, to trzeba przyznać, że spotkalam się z życzliwością personelu - na szczęście lekarka się lituje ("młoda mama jest, trzeba pomóc"). Wchodzę szybciej. Załatwiają mi też po chwili szybką wizytę bez kolejki w gabinecie wyżej.

Tymczasem Nina nie przestaje wyć. Jeść jednak nie chce. Przydałaby się magiczna suszarka... Pielęgniarka kładzie mi wreszcie uspokajająco rękę na ramieniu. Ogarniam się w sobie.

Wchodzę i już mi wszystko jedno. Kiedy ja jestem badana, trzy lekarki próbują ją uciszyć. Voila! Kiedy wreszcie wychodzę, ona leży jak aniołek.

Ta ok. godzina tak mnie zmęczyła, że jestem totalnie wypompowana. A jeszcze muszę zapisać się na kontrolę... Nie mam już siły stać w kolejce.

Niech mi tylko ktoś coś powie o stresie!

Tagi: scenki
19:58, aeidenn
Link Komentarze (3) »
środa, 13 października 2010

Jakim cudem ludzie się rozmnażają jeszcze po pojawieniu się pierwszego dziecka?

Urodziłyśmy we cztery w zbliżonym terminie.

I każda z nas w okresie połogu stwierdziła: "Tylko jedno dziecko! Nigdy więcej tego bólu! Tego koszmaru laktacji i połogu! Tych upokorzeń szpitalnych!Tych zarwanych nocy!Tych zmasakrowanych brodawek!Tego baby blues! Nigdy przenigdy więcej dziecka!"

Na co nasi mężowie: "A braciszek? A siostrzyczka"?

Na to ja: "To sam sobie będziesz chodził w  tej ciąży. Jak słoń! Ona trwała wiecznie! I te bóle pod koniec! Nie ma mowy, przynajmniej przez długie lata!"

Założę się, że nie tylko my tak rozmawiamy.

Ciąża, poród i wczesne macierzystwo są tak ekstremalnymi przeżyciami, że sama myśl o ich powtórzeniu powoduje dreszcze.

---

Jakim cudem zatem ludzie mają więcej dzieci?

Niektórzy szybko i przez przypadek zwany np. "niepłodnością laktacyjną". Ale inni oczywiście świadomie.

Czy tak łatwo się zapomina wszystko co złe i trudne?

A może tak wielka jest tęsknota za zapachem małego dziecka, jego ciepłem i ufnością?

A może to tęsknota za błogością urlopu macierzyńskiego, spacerami, rozmyślaniem, sesjom z książką i dzieckiem u boku (chociaż przy posiadaniu dodatkowo starszaka nic na pewno nie jest tak proste i urocze).

Pomijam tu kwestię wyborów i światopoglądu, ale myślę sobie chociażby o naszych ciałach . Przecież, mówiąc językiem Pulp Fiction, ciąża i macierzyństwo robię z d... istną jesień średniowiecza!!!

Z portfela też! Zwłaszcza przy "prorodzinnej" polityce naszego państwa.

Ogólnie rzecz biorąc, i natura i czynniki zewnętrzne sprzysięgły się, by utrudniać pęd ku rozmnażaniu.

Jednak decydujemy się.

A może to samolubny gen nas pcha? Sterowany wewnętrznie przymus replikacji? I to on mydli nam oczy?

Jak to jest?

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers