Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
czwartek, 29 września 2011

Napisałam dziś długiego emocjonalnego posta o byciu złą matką.

Bo wszystko co robię jest nie tak. 

Dla siebie i innych jestem teraz za gorąca. Za zimna. Za gorzka. Za letnia. Nie spełniam standardów. Swoich i czyichś.

Skasowałam go po chwili.

Czułam, że nie na miejscu jest mówienie o mnie, o moich rozterkach, presji jaką odczuwam.

Ale... Wciąż czuję to...

Nie na miejscu jest to, że śpię, jem, wydalam, czytam, rozmawiam, funkcjonuję kiedy Ona tam jest. 

Że po jaką cholerę jest złota jesień, czemu są plotki na Facebooku, śmiech dzieci, muzyka u sąsiadów?

Dlaczego my nie obumieramy fizycznie, kiedy rozrywa nas tęsknota, przerażenie i niemoc? Dlaczego Wy normalnie żyjecie, chodzicie do pracy, śmiejecie się? Jakim prawem świat nie stanął?

Czuję, że moje normalne zycie jest nie na miejscu. Leżę w domu pod kocem lecząc zapalenie oskrzeli, a to mąż obrywa ciosy jako bufor między mną a światem, łącznik między mną a szpitalem.

A Ona tam jest, sama, pod rurkami, na wielkim łóżku w sterylnych warunkach. Mąż może ją zobaczyć przez parę minut. Nie może Jej dotknąć.

Nasze maleństwo i Nasze Wszystko...

21:23, aeidenn
Link Komentarze (19) »
wtorek, 27 września 2011

Ogromnie dziękuję Wam za wszystkie pozytywne wibracje. To naprawdę dużo znaczy!

Na razie mąż uzyskał w szpitalu informację, że Ninka ma silne zapalenie płuc, oskrzeli i związaną z tym niewydolność oddechową. Jeszcze parę dni pozostanie pod respiratorem...

Zaczęło się od zwykłego kataru - ja też go miałam. Bawiła się, jadła, nic nie wskazywało na coś tak poważnego. Dopiero w nocy nastąpiło pogorszenie i duszności, trzeszczący oddech...

Nie chcę wnikać w szczegóły wczorajszego dnia, ale nie obyło się bez jazdy między dwoma szpitalami na sygnale karetką, histerii, relanium, nieprzespanej nocy. Ja też trafiłam nocą na pomoc doraźną w szpitalu, mam zapalenie oskrzeli i zakaz odwiedzania malutkiej... Mąż dzielnie ogarnia sytuację, mimo przygnębienia i stresu.

Uważajcie proszę na swoje maluszki. Jak widać pospolity katar może przerodzić się w coś bardzo groźnego...

Pomijając wszystko - błogosławię możliwości dzisiejszej medycyny i to, że mieszkam w wojewódzkim mieście ze świetnym szpitalem i wysokiej klasy specjalistami... Ufam, że malutka jest w najlepszych możliwych rękach... Trzymajcie kciuki dalej za nas!

poniedziałek, 26 września 2011
Kochani, bardzo Was proszę o dużo, dużo dobrej energii... Ninka dziś trafiła na OIOM pod respirator nieprzytomna z powodu nagłej niewydolności oddechowej... Trzymajcie za nas kciuki... Jesteśmy zrozpaczeni....
16:23, aeidenn
Link Komentarze (32) »
czwartek, 22 września 2011

Mała adnotacja niekomercyjna na początek:

Post ten absolutnie nie ma na celów reklamowych:) Nic na nim nie zyskuję
(szkoda:P)
Ipada wygrałam w konkursie - raczej sama nigdy bym sobie na niego nie pozwoliła:).Nie jestem fanatyczką Apple, choć przyznaję, że ipad to  od dawna moje ulubione urządzenie domowe (nie ma to jak 40 minut karmienia piersią oseska z ipadem z ciekawym artykułem pod ręką). Podobną rolę edukacyjną do opisanej może pewnie pełnić smartfon albo inny tablet.

--

Zauważyłam ostatnio znaczne postępu w rozwoju mowy u Ninki.

Moim zdaniem wpływ na to ma nie tylko jej wiek, ale także czas spędzany owocnie z tatą, który poświęca jej maksimum uwagi i zapewnia multum rozrywek (między rozwojowe innymi dialogi ze Ernestynką - pluszową świnką - pacynką, których Bubiszon się domaga).

Do rozwoju mowy Buby ewidentnie przyczyniają się też zabawy z aplikacjami na ipadzie. Oczywiście stosuję tylko te bezpłatne, choć na pewno jest też sporo ciekawych płatnych.

Początkowo stosowałam tylko radio z kołysankami i puszczałam piosenki na You Tube.

Potem pojawiły się animowane scenki z muzyką i ruchem. Na przykład pingwiny.

A potem doszły ulubione aplikacje Buby, czyli zwierzątka, przedmioty i kolory.
Korzystamy np. z:

  • Zoola lite - Zdjęcia i odgłosy zwierząt
  • Baby blop - Tańczące kwiatki, jakie należy dotykać by znikały plus sympatyczna retro rosyjska piosenka a'la Mieczysław Fogg (trenuje precyzję paluszka)
  • Build it up - Dla starszaków - budowanie wieży z elementów
  • My scene - Dla starszaków - układanie kolorowej scenki z gotowych elementów


Świetna jest zwłaszcza pierwsza.
Nina opanowała większość zwierząt pokazanych na pierwszym ekranie - naśladuje ich odgłosy po pokazaniu odpowiedniego obrazka. Potrafi je też powtórzyć, kiedy pytamy np. "A jak robi świnka?". Zakochany ojciec lubi z tego powodu robić publiczne show w piaskownicy, gdzie Nina naśladuje lwa i zyskują oboje pięć punktów do osiedlowego lansu.

Oczywiście jesteśmy niesamowicie dumni z jej talentów, więc choć robię to rzadko, nie omieszkam się pochwalić poniżej w krzywo nagranym filmie video:))



Aktualnie oprócz powyższego zestawu edukacyjnego próbuję włączać jej także co jakiś czas rozrywkowo świnkę Peppę, Mysię, Reksia, Uszatka, Bolka i Lolka.
Jednak nie wiem jakim cudem, ale Nina jest w stanie usiedzieć tylko i wyłącznie na Teletubisiach. Nienawidzę ich! Jednak jako rasowa wyrodna matka od czasu do czasu puszczam jej te głupawe stwory z nadzieją, że dziecko przez parę minut usiedzi w spokoju. I tak jest! Wgapia się w nie jak zaczarowana...
Czy ktoś mi wytłumaczy fenomen tych obrzydlistw (oprócz oczywistego bazowania na powtórzeniach)????


Swoją drogą, zastanawiam się, czy kiedyś nie będzie z Ninką tak a tym filmie, gdzie dziewczynka bezskutecznie próbuje zastosować multi touch na drukowanym magazynie:



Już teraz mała przynosi mi ipada i domaga się z piskiem włączenia ulubionej  aplikacji, biorąc moją dłoń i nakierowując palec na ekran... Podobnie uwielbia zresztą mój telefon z ekranem dotykowym i naśladuje dzwonienie, przykładając rękę do ucha i słodkim głosikiem mówiąc "alo alo!"

Dlatego nie zaniechujemy kontaktu z drukowanymi książeczkami i zwykłymi zabawkami. Zresztą jej ulubioną jest plastikowy samochód policyjny na resorach z Tesco za 15 zł, kupiony przez ojca. (A nie zaś zamówiona przeze mnie na urodziny wyjątkowa, spersonalizowana lala...).

Niech mała Lady Gadżet ma trochę kontaktu ze światem sprzed rewolucji cyfrowej...

poniedziałek, 19 września 2011

W niedzielę zawitałam z Bubiszonem w fajnej, przyjaznej dzieciom i rodzicom kawiarence Cafe Bebe. Weszłam wczoraj na stronę kawiarni i przypadkiem natknęłam się na informację o warsztatach. Korzystając z odwołanej obecności jednego dziecka Udało mi się rzutem na taśmę załapać na bezpłatną lekcję pokazową lekcji francuskiego dla dzieci nauczanego metodą Musical Babies.

Około sześciorga dzieci z mamami siedziało w małej salce w towarzystwie pani lektor, sprzętu muzycznego, zabawek i obrazków. Półgodzinna lekcja przeznaczona dla maluchów w wieku 6 - 24 miesiące polega na śpiewaniu przez panią lektor piosenek, wierszyków - masażyków. Rodzice powinni powtarzać te rymowanki i stymulować dzieci do ruchu oraz zaciekawiać je pokazywanymi przedmiotami.

Wszystko pięknie brzmi, jednak praktyka w mojej ocenie jest nieco bolesna. Dzieciaczki były mocno oszołomione kontaktem z językiem francuskim i innymi dziećmi. Moja przebojowa Ninka przez pierwszą chwilę wtulała się we mnie, analizując sytuację. Po chwili z pewną nieśmiałością pozwalała się "rozrywać".

A potem weszła w zwyczajowy tryb szatana. Dorwała się do zabawek. dorwała się do okularów pani prowadzącej. Zaczęła majstrować przy sprzęcie muzycznym. Zabierała innej dziewczynce wózeczek dla lalek i wchodziła do niego. Uruchamiała tryb pisków, kiedy chciałam ją posadzić na pupie. Inne dzieci po 20 minutach również utraciły mininalną koncentrację.

Byłam na podobnych zajęciach w grudniu, kiedy Ninka miała pół roku. Były to warsztaty rozwojowe (po polsku) organizowane przez magazyn Gaga. Co ciekawe, Ninka, mimo, że młodsza, sprawiała wrażenie bardziej zainteresowanej i przejętej. Melodia słów i wyrazy były jej znajome, przykuwały jej uwagę. Francuski jest jej - i mi także - totalnie obcy.

Moja rada - jeśli iść na zajęcia tego typu, to tylko z jezyka obcego, jaki znaja rodzice. 
Druga sprawa - przed zapisem warto iść na lekcję pokazową, by sprawdzić poziom wytrzymałości dziecka...
A trzecia sprawa - warto zrobić tego typu zajęcia w domu, włączyć You Tube z piosenkami i poobserwować swoje dziecko. 

Czy naprawdę nauka języka w tym wieku ma sens? 
Jeśli już, to tylko na zasadzie zabawy i totalnego luzu. 

Lekcje tego typu tak naprawdę są chyba dla rodziców i steranych życiem mam. Uczestnictwo w nich opiera się chyba takiej samej zasadzie, na jakiej ja wylądowałam tam wczoraj - by wyjść do ludzi, wyjść z domu, ze swojego samotnego kokonu.

Szkoda tylko, że po zajęciach większość mam się rozeszła, a pozostałe panie dołączyły do pijących kawę mężów.

Brakuje mi - zamiast setek zajęć dla dzieci - klubów dyskusyjnych mam, kręgu wsparcia. Uczestniczyłam w takich spotkaniach rok temu, organizowanych przez Terenowy Komitet Ochrony Praw Dziecka. To był strzał w dziesiątkę.

Szkoda, że projekt nie trwał dłużej. Próbowałam go przedłużyć, nakłaniając uczestniczące w nim mamy do spotkania. Niestety, spełzło to na niczym.

A może trzeba zorganizować coś oddolnie? Umówić się w kawiarni? Wydaje się jednak, że bez gościa, gwoździa programu to nie wypali... Musi być jakaś przynęta na tej wędce. "Spotkanie z ciekawym człowiekiem"... 

czwartek, 15 września 2011

Leżymy sobie.

Mąż śpi, ja zbijam bąki w Internecie.

Nagle małżon budzi się. I mówi w półśnie:

On: Śniło mi się, że był jakiś czołg Twojego imienia...

Ja: (konsternacja)

On: Bo wiesz, jednostki czołgowe rekrutowały się z najdzielniejszych ludzi... Byli najbardziej narażeni na naloty, albo panzerfausty wlatujące przez lufę...

Ja: (konsternacja i śmiech)

On: (z fochem) Przeczytaj lepiej, jak działają panzerfausty, to nie zjesz śniadania! Tworzyło się podciśnienie i zasysało ludzi...

On: (Obrócił się na drugi bok): Miłej nocy... Zasnął.

Ja: (CONFUSED!)

Chyba muszę się poważnie zastanowić nad stylem bycia.:)

Subtelna jak czołgistka?

Czyżby to naprawdę o mnie?

Chyba moja praca zabija we mnie kobietę:)

Tagi: humor scenki
22:19, aeidenn
Link Komentarze (4) »
środa, 14 września 2011

Kojarzycie scenę z Hydrozagadki, w której gdzie Aligator Herman tresowany przez nazistów startuje dopiero na niemiecką komendę uwolnienia torpedy?

Achtung, achtung Hermann!
Drei...
Zwei...
Eins..
Null...
Feuer!

Torpedo los!!




Tak startuje moja mała Ninka.

Która  to dwa tygodnie temu pokazała pierwsze samodzielnego wstawania z siadu bez podtrzymywania czegokolwiek, a od wczoraj można powiedzieć oficjalnie, że samodzielnie chodzi. Biega, znaczy się.


Generalnie jej nóżki i koordynacja nie nadążają za jej temperamentem. 


Kaczym krokiem, chwiejnym slalomem pijanego zająca leci moję dziewczę przez łąki i pola, upada na pupsko i kolana, wpada mi krzaki i nadal się cieszy.
Cieszy sie głośno, zanosząc się swoim rubasznym, triumfalnym MHAHAHAHAHAAA! Aż ludzie się oglądają.

Lwica jedna.

Co było do przewidzenia.

Co ciekawe, w domu ten mały ekspress nieco leniuchuje i woli przemieszczać się trzymając się ścian. Za to na otwartej przestrzeni wchodzi w trzecią prędkość kosmiczną.
Oczywiście woli chodzić, niż jechać, dzięki czemu dwa wózki, jakie nam zagracają mieszkanie, zakwitną w niedługim czasie.

Także wchodzimy, czy też wbiegamy na nowy etap rozwoju.:) Spuchnięci z dumy, fruwający pod sufitem.

P.S A słoiczki Bobovita otrzymuje Olen_a - nie miała konkurencji, zatem nie było losowania. Smacznego!

 

P.S 2 Moja nieznajomość niemieckiego objawiła się trzema błędami ortograficznymi, dobrze, że mnie mąż poprawił post factum:)

Tagi: dzieci scenki
16:18, aeidenn
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 września 2011

Żłobek.

Magiczna instytucja.

Przed która drżą matki i marzą o niej.
Trzydzieścioro usmarkanych maluchów. Pięcioro na jedną opiekunkę. Stałe pory jedzenia i spania. Zarządzanie stadem kozłów i ławicą ośmiornic.

PRL-owska istytucja dla wybranych.

Wymarzona oaza majacząca na horyzoncie.
Majacząca tylko.

Bo dostęp do niej mają wybrani.

Wybrani poszkodowani przez los lub swoje wybory życiowe. Albo uprzywilejowani. Albo udający poszkodowanych vide kobiety z par w konkubinacie udające samotne matki.

Ninka została zapisana do żłobka 28 lipca,a urodziła się przecież 3-go. Była 410 na liście rezerwowej na 30 miejsc. Aktualnie, po ponad roku, jest 68-a. W Poznaniu, 600 - tysięcznym mieście jest 13 żłobków publicznych. W Polsce do żłobków państwowych chodzi ok 3% dzieci...

Ale przecież system się unowocześnia..

Wprowadzono elektroniczną rejestrację, zgłaszanie wniosków. Można sprawdzić status swojego wniosku i miejsce w kolejce.
Można wypełnić tenże wniosek.

Ale oczywiście - znów z przeszkodami.

Żłobek należy się tylko dzieciom rodziców pracujących na etacie od-do.
Stempelek.
Godziny.
Pieczątka.
Naaaaaastępny proszę!

A gdzie freelancerzy, pracownicy kontraktowi? Gdzie ludzie z własną działalnością gospodarczą? Tacy, którzy nie mają stałego formalnie potwierdzonego zatrudnienia?
Co z ludzmi pracującymi na etatach, ale formalnie - na umowy śmieciowe? I za śmieciowe pieniądze?

Rekrutacja do żłobków i przedszkoli stoi mocno jeszcze na gruncie upadłego systemu, totalnie nie przystaje do zmieniającej się rzeczywistości rynku pracy. Oczywiście spotyka się z kompletnym olewactwem wszystkich ekip rządzących.
Pójdę jednak na wybory. Mam kandydatkę na którą głosowałam wcześniej, została posłanką i jej nazwisko pojawiało się w mediach w kontekście tematów związanych z edukacją i dziećmi, mimo, że jest współautorką kontrowersyjnej ustawy kwotowej.

Jeszcze mi ręce całkowicie nie opadły, by odpuścić wybory. Ach, może przydałabv się partia rodziców...

piątek, 09 września 2011

Oto mail, jaki otrzymałam od męża, zdający relację z karmienia jej zawartością słoiczków domowej roboty otrzymanych od babci.

Mąż - programista pisze:

Próbowałem rozpocząć projekt Grandma's Food w obszarze Buba.

Niestety zauważyłem, że wszystkie posiadane zasoby klasy Gruszka oznaczone są jako corrupted i należało je usunąć :(

Spróbowałem nakarmić system zasobami klasy jagoda, jednak otrzymałem fatal error na wejściu.

Zgodnie z podejściem obiektowym udekorowałem klasę Jagoda klasą Chleb implementującą interfejs Masło. Tym razem system przyjął dane wejściowe i zwrócił kilka sygnałów audio świadczących o uruchomieniu apletu Zachwyt.

Niestety kolejna porcja danych została odrzucona, gdyż najwyraźniej przepełnił się bufor. Otrzymałem strumieniowo szereg porcji odrzuconych pakietów.

Podsumowując: poniesiony nakład pracy, trudności obliczeniowe oraz koszty związane z porządkowaniem środowiska po projekcie są na tyle duże, iż ROI całości wydaje się nieakceptowalne.

Obecnie zostanie podjęta próba wprowadzenia systemu w stan uśpienia.

Tagi: dzieci humor
15:58, aeidenn
Link Komentarze (8) »
czwartek, 08 września 2011

Zostałam zaproszona przez markę Bobovita do przetestowania nowego zestawu 5 deserów owocowych. Otrzymałam również miseczkę i łyżeczkę dla Ninki.

Mam dla Was taki sam zestaw do oddania:)

Wystarczy, że skomentujecie ten post wypowiadając się na temat:

Owocowe przygody.

Opisz w kilku zdaniach swoje najzabawniejsze, najdziwniejsze, najciekawsze wspomnienie związane z owocami w diecie Twojego malucha. Np. Jak wyglądało rozszerzanie diety o owoce? Jakie smaki i zestawy preferuje? Jaką radę dałabyś innym mamom w związku z owocami w diecie dziecka?

Nagrodę wydam przez losowanie. Ninka wylosuje karteczkę z nickiem osoby, do jakiej powędrują desery, miseczka i łyżeczka.

Konkurs trwa od dziś do 12 września do północy.

Tu znajdziecie regulamin.

A co do samych deserów - Bobovita wprowadza na rynek nowe smaki:

 

  • BoboVita Banany z winogronami i czarną porzeczką, po 4. miesiącu życia,
  • BoboVita Jabłka z winogronami i malinami, po 4. miesiącu życia,
  • BoboVita Jabłka z czarną porzeczką, po 4. miesiącu życia,
  • BoboVita Banany z winogronami i morelami, po 4. miesiącu życia,
  • BoboVita Banany z mango i ananasem, po 9. miesiącu życia.

Oczywiście przetestowałam wszystkie słoiczki.

Ninka generalnie nie przepada za smakiem jabłek, a poza tym woli bardziej "dorosłe", zdecydowanie smaki (jak mawia mój tata "ludzkie jedzenie"). Dlatego niezbyt jej podszedł smak jabłko+winogrona+maliny. Jest delikatny, dla dorosłego mało zdecydowany, podobnie jak banany+winogrona+morele. Natomiast Ni spałaszowała chętnie desery zawierające czarną jagodę. Są lekko kwaskowe - smaczne także dla mnie. Nadają się też dla dorosłego do wrzucenia do jogurtu naturalnego. Fajny, nietypowy smak to także mango z ananasem - na pewno przełamuje nudę, jeśli ktoś często podaje słoiczki.

Słoiki traktuję jako sposób na brak czasu, a także brak ewentualnych składników w kuchni w przypadku mięsnych - królika raczej nie uświadczę w mięsnym, więc czasem jej takowe słoiki serwuję). Podobnie w przypadku owocowych - jeśli kupuję, to z takimi składnikami jakie trudniej dostać w warzywniaku. Dlatego moim zdaniem najfajniej gdyby desery zawierały owoce rzadkie na polskim rynku. Passiflora? Karambola?itd.

Kiedy zajrzałam na strony zagraniczne producentów okazało się, że oferta się różni - dostępne są produkty typu batoniki zbożowe z owocami, paski ze sprasowanych owoców, dropsy itd. Chyba polskie mamy jednak są bardziej wyczulone i zależy im na naturalnej konsystencji i pochodzeniu produktu. Raczej takie prasowane, barwione produkty nie przeszłyby dla maluchów. A może się mylę?

Jak to jest za granicą? Co jest popularne?

Zachęcam też do komentowania na temat konkursowy Bobovity - wypowiedzi na ten temat wezmą udział w losowaniu.

11:34, aeidenn
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers