Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 29 września 2010

Czarna rozpacz mnie ogarnia na myśl o konieczności pozostawienia Niny pod czyjąś opieką i powrotu do pracy.

Zapowiedziałam wcześniej, że wracam z początkiem stycznia.

Już teraz zaczynam mie drgawki na samą myśl.

Pierwsza zasadnicza sprawa - nie oddam Jej komuś obcemu!!!! Nie dam rady!

Myślę, że wiele mam może się pod tym podpisać. Jak zostawić takiego  szkraba wymagającego czułości i miłości pod opieką osób spełniających jego fizyczne, ale nie emocjonalne potrzeby?

Nikt nie będzie jej całował i tulił.

A z drugiej strony - a jak będzie?

Obcy człowiek ma ją dotykać, przewijać, ubierać??? Bez delikatności, bez obcaływania stóp? Obsługiwać jak auto na stacji benzynowej?

Przecież ja się zadręczę na śmierć wybrażając sobie wszystkie czarne scenariusze pt. Nina płacze, a opiekunka pali fajkę na balkonie. Nina wkłada palce do kontaktu. Nina się dławi. Nina rozbija głowę. Nina leży sama zasikana po pachy i wyje. Nina leży i parzy w sufit a niania czyta gazetę lub plotkuje przez komórkę.

A żłobek? Będzie więcej chorować niż w nim być. Co wiąże się ze zwolnieniami...

Koszmar!

Zamartwię się i zatęsknię na śmierć!

Drugą sprawą są oczywiście finanse.W kolejce do żłobka państwowego Ni jest 410-ta na 30 miejsc. Nierealne. Zostają nianie i żłobki prywatne. Od 1200 zł wzwyż. Po opłaceniu mieszkania i opieki z mojej pensji nie zostanie na przysłowiowe waciki!

Te 20 tygodni macierzyńskiego są jak splunięcie w pysk. Wiem, że do niedawna było 18, ale niewielka to pociecha. Planuję jeszcze wykorzystać 2 tygodnie urlopu dodatkowego (mam pecha, bo od 2012 roku będa to aż 4 tygodnie...), a potem urlop wypoczynkowy. Wyciska to jeszcze prawie 1,5 miesiąca razem.

Nina, Najcudowniejsze Dziecko Świata leży mi na kolanach kiedy to piszę, a mnie dopada skarmelizowana czułość i smutek jednocześnie.

Jak Wy radzicie sobie albo poradziłyście?

Akcja Bebilonu pt. Mama wraca do pracy jest słuszna. Szkoda, że nie jest to akcja państwowa, która polegałaby na konkretnych, szybkich ułatwieniach stymulujących zakładanie prywatnych, niedrogich miejsc opieki! Zanim te nowe przepisy zaczną działać w praktyce, miną wieki.

Bo mama, która nie ma rodziny na miejscu, zostaje w tzw. czarnej d... ze swoimi problemami.

Jak ja.

Dochodzi do tego, że Moja Mama pracująca zawodowo, mieszkająca ponad 400 km ode mnie planuje zorganizować plan pomocniczy. Wszyscy główkujemy.

Halo!Rozwiązania szukam!

poniedziałek, 27 września 2010

Wkładam dziecko do wanny, a wyjmuję Jacka Nicholsona!

To takie proste!

Wystarczy mieć "pudełko zwane wyobraźnią".

Przepis na Nicholsona jest prosty.

Bierzesz Ninę.

Rozbierasz na pralce robiącej za przewijak. Kwiczy już z radości i przebiera nogami. Uśmiecha się.

Pilnuj, aby nie spadła.

Postaw wanienkę i nalewaj wody. Jednocześnie chlap drobnymi kroplami na twarz dziecka. Zobaczysz radość i zadowolenie. Dziecko już wyczuwa, co je czeka. Domowe SPA!

Nalej olejku do wanienki. Włóż dziecko, mówiąc do niego. Myj delikatnie obserwując rozleniwioną, zachwyconą minę. Udawaj, że chlapiesz dziecka kończynami.

Umyj dziecku głowę. Polewaj wodą z kubka i spłucz.

Wyjmij dziecko i delikatnie osusz ciałko i włosy.

Nicholson w rzeczy samej! Na czubku głowy puszą się zaczątki loków.

Całuj Nicholsona i powtarzaj, jaki jest piękny. Możesz mu naoliwić pupkę i ciało. Załóż pieluchę i śpiochy. Zanieś do karmienia.

Czasem, jeśli Twoje ruchy nie będą płynne, zaliczyć możesz atak rozgoryczenia Nicholsona. Wygląda wtedy jak w Czarownicach z Eastwick. Całuj go wtedy i utulaj. Wróci do normalnej postaci.

Uwaga, Nicholson znika po nocy. Jego włosy robią się płaskie... Powtarzaj co parę dni.

Tagi: dzieci humor
22:36, aeidenn
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 września 2010

Ses-ame zaprosiła mnie do zabawy pt. Co lubię. Mam w 10 punktach streścić co lubię.

Pomyślalam, że przyjemnością jest już odpowiadanie na te pytania. Zabawa, jaka wydała mi się najpierw infantylna daje dużą frajdę. Przyjemnie się babrać w przyjemnościach.

Czy dziesięć punktów wystarczy sybarycie?

Spróbuję upakować w nie jak najwięcej... A kolejność nie ma znaczenia. Chociaż... W badaniach marketiingowych stosuje się określenie top of mind, czyli skojarzenia nasuwając się bez podpowiedzi, samoistnie.

A zatem... Najbardziej chyba kocham jeść...

Co lubię?

1.  Jedzenie. Smakowanie, pochłanianie, delektowanie się. Gotowanie z Małżem. Poznawanie nowych smaków. Podróże kulinarne. Gotowanie, dosypywanie, mieszanie, wąchanie. Siedzenie w restauracji, nieśpiesznie, cieszenie oczu daniem. Niespodzianki. Kuchnię meksykańską i tex-mex, grecką, włoską, niektóre dania arabskie,  hiszpańskie, chińskie... Gdybym miała możliwości, zainwestowałabym w dom z wielką kuchnią, księgi kucharskie a nawet może własną knajpkę?

2. Oglądanie filmów z Małżem i dyskusje o nich. Wyprawy do kina i skromne seanse przed laptopem. Nasz wspólny gust filmowy. Nasze przemyślenia.

3. Przebudzenia Niny. Jej miny, przeciąganie się. Jej ciepłe ciało. Jej zapach. Jej ufność.

4. Bliskość fizyczną w różnych wymiarach. Przytulanie, dotyk, głaskanie. Ciepło, energię, zapach. Spokój lub dzikość. Intymność. Jej dawanie i branie.

5.  Czytanie ciekawych książek, artykułów. Połykanie ich. Niemożność oderwania się, zdziwienia, śmiech, szok. Surfowanie w Internecie. Wtyczkę stumble upon do Firefoxa.

6. Ciepło. Słońce. Ciepły wiatr, gorącą kąpiel. Ciepły miękki sweter. Ciepło świec. Ciepłe, słoneczne poranki.

7. Perfumy. Zapach. Buteleczki. Posiadanie ich i możliwość wyboru tego co się nosi. Otulanie nimi. Dobór do nastroju.Testowanie. Odkrywanie. Skojarzenia jakie niosą.

8. Podróże. Zwiedzanie miast z Małżem. Poznawanie historii. Spacery. Odkrywanie ciekawostek. Zadziwienia, zachwyty.

9. Błogość nicnierobienia. Chwile, kiedy nie trzeba się do niczego zmuszać, można polenić, poleżeć, odpocząć, nie analizować, nie martwić się, zawisnąć w niebycie.

10. Taniec. Zatopienie w ulubionych dźwiękach i odpłynięcie. Zaufanie ciału.

To lubię.

Ponieważ dużo blogerek, jakie chciałabym zaprosić już zostało zaproszone (Treasure, Mama Słoninki, Mama Pietruszki, Mamrocia, Ses-ame, Jamatka, Bebedete), zapraszam:

Mamę Juniora

Mamę Gutka

Mamę Dziubelunia

Mamę Mikołajka

Żonę Męża

Mamę Pawła

Mamę Zosi

Mamę Zuzi i Natalki

Ses-ame, dzięki za zaproszenie:)

 

22:58, aeidenn
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 września 2010

Mój Małż załatwił agresywnego żula.

Użył przemocy - wobec typa używającego przemocy.

Jak i gdzie?

W tramwaju.

Do jadącej z wózkiem kobiety dotoczył się podpity typek i zaglądał jej do wózka, zionąc oparami. Kobieta starała się zablokować go - bezskutecznie. W końcu poprosiła stanowczo o odsunięcie się. Również bezskutecznie.

Jednak typa to rozsierdziło. Rzucił się na nią z łapskami i zwyzywał ordynarnymi okrzykami. Bezbronna się skuliła.

Wtedy Małż, który jak mi powiedział - zobaczył jak przez mgłę oczami wyobraźni w  tym obrazku napastowaną mnie z Niną -  podszedł do typa i wycedził "Przeproś!!!!".

Wówczas oczywiście żul uderzył do niego z łapskami, wymachując dodatkowo piwskiem.

W Małża wstąpiła siła Samsona i agresja.

Akurat tramwaj się zatrzymał na przystanku.

I Małż "pomógł" natrętowi wydostać się z tramwaju. Innym słowem - wyrzucił go używając siły mięśni. Wykopał.

Po czym jak w transie wrócił do domu. Kiedy go zobaczyłam, prawie się słaniał na nogach, zalany adrenaliną.

A ja? Zamiast cieszyć się, czy być wdzięczną - bo mogło się to przytrafić także mi - zrobiłam mu wyrzuty. Co jeśli żul miałby nóż? Co jeśli żul ma kolegów i Małża zapamiętał?Co, jeśli go znajdzie?

Klasyczny lęk.

To dlatego tylko Małż spośród innych pasażerów zareagował. Dlatego nie reagujemy w takich sytuacjach.

Dlatego walczą we mnie sprzeczne głosy.

Tak, chcialabym, aby ktoś stanął w mojej obronie.

Nie, nie chcę by Małż się angażował. Potrzebuję go całego i zdrowego.

Kiedy nie reagujemy, nie kieruje nami znieczulica, tylko permanentne zastraszenie przez agresywnych kmiotków. Jednocześnie gotujemy się ze złości - na swój lęk. Ale co robimy? Głowa w szybę i postawa pt. mnie tu nie ma. I zaciśnięcie pięści z nadzieją - oby tylko do mnie się nie przyczepili.

A jak się przyczepią, czy ktokolwiek stanie w naszej obronie?

I jak reagować na natrętów?

Dzisiaj Ni płakała w tramwaju. Podpity facet z drugiego jego końca krzyczał do mnie: "to dziecko jest chore, niech pani idzie do lekarza". Chciałam mu odparować, ale po pierwsze - nie zrozumiałby, a po drugie - jeszcze bardziej przyczepił. I ja także odwróciłam się i udawałam, że nie słyszę.

Głuchota i ślepota metodą ocalenia własnego tyłka?

Miasto ślepców?

20:26, aeidenn
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 września 2010

W taką ohydną pogodę, z perspektywą jesieni zdradliwie się zakradającej trzeba posiadać prywatne słońce.

Ja mam...

No właśnie.

Jak tu nie wpaść w banał?

Zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem wykształcone ewolucyjnie i nie jest jednym ze stwierdzonych faktów socjobiologii.

Mianowcie chodzi  o zachwyt nad własnym dzieckiem.

Czy przypadkiem nie jesteśmy perfidnie zaprogramowani przez naturę?

W końcu szczebiotanie, uśmiechy, interakcję, wtulenia można traktować jako przekupstwa, by dorosły samiec zaopiekował się oseskiem i go nie porzucił. Analogicznie można traktować podobieństwo dziecka do rodzica, zwłaszcza do samca. Nie bez kozery wszystkie mi znane niemowlaki są straszliwie podobne do ojców...

Wspomniane szczebiotanie gaworzenie, drobne ciało, dziecięcy zapach z każdym dniem indukują coraz silniejszą więź i rozczulenie. Tymczasem de facto niemowlak to mały ssak terrorysta. Pasożyt upasiony dobrowolnie własnym mlekiem i poświęceniem:)

Co jest w tej małej istocie, że możesz na nią patrzeć godzinami, a wszystko inne powszednieje?

A może to mali kosmici?

Plan B z kosmosu?

Wszczepiają czip miłości i odpowiedzialności.

I się cholera nie uwolnisz?

niedziela, 12 września 2010

Matka karmiąca podnosi statystyki.

Statystyki czytelnictwa i słuchalności radia.

Matka karmiąca, czyli ja.

Namiętnie w ciągu dnia słucham jedynej słusznej stacji - czyli Trójki. Kiedy słyszę Wojciecha Manna, Piotra Barona, Piotra Stelmacha czy nawet audycję gospodarczą Wiktora Legowicza, to może nawet sobie padać za oknem. (A od kiedy zobaczylam w jakich skromnych warunkach pracują, to tym bardziej sympatię wzbudzają).

A niezależnie od pory czytam.

Czytanie ma m.in rolę użytkową - w zasadzie ratuje mnie od zaśnięcia podczas karmienia o trzeciej w nocy i szóstej rano. Czytam też w parku na ławce, kiedy Ni śpi.

Naliczyłam przykładowo, że  nie dalej jak od połowy sierpnia przeczytałam trzy książki, a czwartą właśnie zaczęłam (i to grube tomiszcze, ponad 700 stron). Przynamniej raz w tygodniu jestem w bibliotece, gdzie wypożyczam książki, filmy i prasę.

Statystyczny Polak czyta pól książki rocznie. Tylko 10% ludności miejskiej chodzi do biblioteki. (co prawda z słuchaniem radia jest dużo lepiej).

A zatem matka karmiąca szczególnym dobrem narodu!

Oczywiście, kiedy moje dziecię zacznie się wiercić i wymagać nieustannej uwagi, te przyjemności się skończą. Nadrabiam  pewnie czytelnictwo za miesiące, kiedy będę za nią biegać po domu.

P.S Pochwalcie się tym, co czytacie i co lubicie! Niekoniecznie przy karmieniu:)

Ja jestem fanką literatury faktu - wspomnień, biografii, reportaży, lit. podróżniczej i w zasadzie tylko taką czytam. Ostatnio np. poradnik Moniki Witkowskiej "Z plecakiem przez świat" (hehe, jakbym miała gdzieś wyjechać ;/), wspomnienia Beaty Tyszkiewicz "Nie wszystko na sprzedaż", opowieść o historii rodziny Jerzego Stuhra "Stuhrowie", wspomnienia żołnierza Werhrmachtu Helmutha Nowaka "Walczyłem w Stalingradzie", "Walczyłem pod Kurskiem". Zabieram się za wspomnianą wyżej książkę "Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich 1893-1946" i czeka na mnie biografia porównawcza Elizabeth Arden i Heleny Rubinstein.

17:49, aeidenn
Link Komentarze (12) »
sobota, 11 września 2010

Czas na pożegnanie...

...z białkiem mleka krowiego..

Z racji refluksu u małej Ni dostałam zalecenie pożegnania się na dwa tygodnie z nabiałem. Całe dwa tygodnie, by sprawdzić, czy objawy się nie zmniejszą wskutek tego.

Paradoksalnie i egoistycznie mam nadzieję, że nie, bo oznaczać to będzie parę miesięcy męki...

Zbieram się w sobie od tygodnia do tej decyzji... Nie umiem sobie wyobrazić swojego menu bez jogurtów, serków, twarożków, muesli na mleku... Prosta sprawa urasta do problemu.

Gdybym nie była Polką wsuwałabym na śniadanie zupę miso, ryż albo curry. Ale cholera niestety mam pewne upodobania i - może -  brak wyobraźni kulinarnej.

Dlatego postanowiłam najpierw się wyedukować.

Co można jeść na śniadania i kolacje, by uniknąć nabiału?

Zajrzałam do Wikipedii by poczytać o śniadaniach w różnych rejonach świata. (sugerują, że u nas jada się m.in. kaszankę...)

Tutaj znalazłam pomysły i nawet przepis na ciasto bez jaj i mleka (oczywiście pognam wyróbować).

NA Wegedzieciaku roi się od  konkretnych przepisów. Pogrzebać można jeszcze w serwisie Mały Alergik.

Ale kiedy pomyślę o wynalazkach typu masło roślinne, tofu, jogurt sojowy, mleko sojowe, mleko kokosowe, mleko owsiane, śmietanka kokosowa to robi mi się źle...

Ach żegnajcie jogurty, twarożki z dżemem od Mamy, wafelki familijne śmietankowe, drożdzówki...Time to say goodbye...

Niech no tylko pozjadam te zapasy z lodówki :P

 

Tagi: Jedzenie
23:53, aeidenn
Link Komentarze (10) »
piątek, 10 września 2010

Przy całym zachwycie Małą Ni czasem mi brak mojej przeszłości.

A konkretnie brak mi jej np. w piątkowe czy sobotnie wieczory, kiedy to chętnie choć raz na miesiąc wyszłabym na balety na depotekę czy rockotekę i przy muzyce Depeche Mode/80's/The Cure/Pearl Jam etc. szalała z Małżem do rano sącząc piwko.

A tu nici.

Ani imprezy, ani piwka.

Ani Małża wespół na parkiecie.

Bo nie mamy z kim zostawić Ni.

A piwka zresztą i tak przecież nie mogę nawet polizać.

Do kina też nie mamy jak wyjść razem. Raz jeden tylko zostałam wysłana samotnie na 'Incepcję'. Ale cóż to za przyjemność, kiedy nie można podyskutować po wyjściu z kina? I coż to za przyjemność, kiedy cały czas myślę o tym, że mała płacze i nie śpi?

Dzisiaj Małż wyszedł na imprezę z kumplem, pod koniec miesiąca wyjdę ja - sama. I dlatego wcale mnie to nie cieszy to "wychodne Marysi"...

To zdecydowanie takie momenty, kiedy ogarnia mnie hedonistyczna i egoistyczna nostalgia za nieskrępowaniem w dysponowaniu własnym czasem charakterystycznym dla stanu bezdzietnego.

Ale pewnie kiedy się uda wyrwać we dwójkę, bo znajdziemy chętnego jelenia do roli babysitter, będzie to miało smak pierwszej randki i wszystkich rzeczy zakazanych, a wspaniale smakujących... Nie mogę się doczekać...

 

wtorek, 07 września 2010

Rację miała Gosia.

Macierzyństwo nie zmienia cię całkowicie, ale o otwiera na nowe doznania.  Otwiera też oczy na pewne kwestie.

Tak jest z nami.

Usłyszałam kiedys, że  miłość bliska jest lękowi.

Im bardziej kochasz tym bardziej się boisz o tę osobę.

O jej bezpieczeństwo, o jej zdrowie. Bardziej pracuje wyobraźnia. Przerażenie budzą zasłyszane opowieści i snute w głowie czarne scenariusze. Historie w mediach o chorobach, zaginięciach i każdej krzywdzie łatwo projektować na swoje życie i obawiać się ich.

Boimy się utraty.

Teraz ten lęk  dotyczy głównie dziecka.

Rodzicielstwo otwiera oczy na krzywdę dzieci. Na choroby i nowotwory maluszków, na problem dzieci niechcianych, na kwestię aborcji, do której miałam kiedyś tak liberalne podejście, na problem przemocy wobec dzieci, pedofilii i tak dalej.

Wszystkie te problemy odnoszone są zaraz do własnego dziecka.

I zapierają wręcz dech.

Na samą myśl, że mogłoby Jej się coś stać mam wrażenie, że mówiąc pretensjonalnie - umarłabym wewnętrznie i rozpadła.

Małż też ma identyczne odczucia. Krzyżują się nasze spojrzenia i oboje wiemy...

A przecież ludzie żyją dalej po  utracie, żyją mając dzieci ciężko chore, żyją po różnych tragediach osobistych. Budzi to szacunek i współczucie.

I znów lęk. Zaklinanie rzeczywistości.

Byle nie my, byle nie Ona ...

 

poniedziałek, 06 września 2010

Moi Rodzice obchodzą dziś 30-tą rocznicę ślubu - Perłową.

Z tej okazji trochę prywaty, ale też przemyślenie.

Kochani, chciałabym Wam życzyć jeszcze wielu lat razem w zdrowiu i przede wszystkim - wzajemnym poszanowaniu, zrozumieniu i trosce. Dziękuję Wam, że jestem - bo dzięki Wam w łańcuchu pokoleń pojawiła się nasza kochana Nineczka...

Teraz, kiedy mam swoje dziecko, wiem jakim wyzwaniem jest być rodzicem i partnerem  jednocześnie. Jaką przygodą jest godzenie ról, własnych i partnera potrzeb, oczekiwań, pomysłów na rodzicielstwo, wizji rodziny. W tym kołowrocie dodatkowo walczy ze sobą przekonanie o priorytecie potrzeb dziecka i zdrowy egoizm oraz tęsknota za dawną swobodą bycia we dwoje.

Jednocześnie czuję, że dziecko wprowadza nową jakość do związku, pozwala odkryć nowe cechy w sobie i partnerze, wyzwala czułość i cierpliwość - choć często czasem prowadzi do skrajności przez to, jak zawłaszcza nas bezwarunkowo.

Małżeństwo i rodzicielstwo to dwie najsłodsze formy niewolnictwa, gdzie sami dobrowolnie zakuwamy się w kajdany i czerpiemy radość z ofiarowania siebie, swojego czasu, myśli, pracy fizycznej, swojego ciała...

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers