Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
wtorek, 23 sierpnia 2011

Kiedy cofam się pamięcią do początków swojego macierzyństwa pamiętam głównie poczucie osaczenia.
Osaczenia nową sytuacją. Dzieckiem. Karmieniem. Wykończeniem organizmu. Bólem po cesarce. Brakiem snu.

A także osaczenia jedzeniowym terroryzmem.

Jedzeniowy terroryzm wobec matki karmiącej oczywiście opiera się na zakazach.

kiedy wróciłam ze szpitala pielęgniarka środowiskowa przyniosła mi karteczkę z produktami, jakie mogę jeść. Nie pamiętam, czy było na niej cokolwiek poza jabłkami, burakami, ziemniakami i indykiem... Kiedy usłyszała, że mąż na powitanie kupił mi tort czekoladowy i zrobił pulpety w sosie pomidorowym, wręcz mnie zlinczowała, a ja załamałam się. O ja podła matka, skrzywdziłam dziecko swoim łakomstwem!
Koniec końców kiedy rudy_eco przywiozła mi torbę pachnących moreli, przez głowę napakowaną tymi mądrościami bałam się je zjeść.

Moja mama towarzyszyła nam w pierwszych dniach, dzięki czemu bylam kompletnie odciążona w kwestii zakupów i gotowania. Gotowała pysznie - ale była to dieta zdrowa i lekkostrawna. Nic smażonego. Nic ostrego. Nic pestkowego. Żadnej czekolady. Nic mocno aromatycznego.
Jednym słowem tragedia dla takiego łasucha i niecierpliwca jak ja...

Mogę się teraz publicznie przyznać, że kiedy mama wyjechała po dwóch tygodniach, następnego dnia pognaliśmy na pizzę prosto z pieca.
Potrzebowałam kulinarnej wolności! Pizza smakowała wówczas jak zakazany owoc, czyli przepysznie...
W krótkim czasie po tym eksperymencie zaczęłam poszerzać swoją dietę. Owszem Buba cierpiała na refluks związany z niedojrzałością organizmu i później lekką nietolerancję mleka - ale poza tym nie pojawiły się u nas problemy.

Być może polski wymysł diety matki karmiącej ma być swego rodzaju smyczą i biczem na świeżo upieczoną mamę - "od teraz już zawsze będziesz się spotykać z ograniczeniami, hahaha". I choć zgodzę się, że lekkostrawna dieta jest na pewno korzystna i dla rekonwalescentki i dla dziecka, to z pewnością u mnie tylko utrwalała baby blues. Dlatego doskonale rozumiem dziewczyny, które wykończone zakazami przechodzą na mleko modyfikowane i odzyskują minimalną kontrolę nad swoim życiem - nad jedzeniem, które dla mnie jest motorem dobrego samopoczucia.


Kiedy czytałam wskazówki dla mam karmiących na stronach anglojęzycznych, uderzył mnie ich pogodny ton. Jedz wszystko z umiarem. Don't worry. Kolki mogą mieć różne przyczyny. Eliminuj w przypadku problemów, nie zawczasu itd. U nas raczej stosuje się procedury zapobiegawcze. A jednocześnie ograniczające matkę.

Litości.
Poluzujcie nam ten kaganiec.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Jedną z rzeczy jaka wymaga perfekcyjnej logistyki jest wyprawa w podróż z dzieckiem.

Zwłaszcza wyjazd pociągiem.

Polskim pociągiem...

Jechaliśmy na dwa dni na wesele.
Musieliśmy się spakować. A raczej zrobił to mąż, specjalista od pakowania. Ja tylko dokładałam kolejne puzzle do tej układanki.

Kiedy musisz spakować siebie i dziecko, Twoje rzeczy nagle zaczynają stanowić 1/4 wszystkich jego rzeczy.
Nie musisz przecież dla siebie zabierać dziecięciu tysięcy majtek na przebranie, pieluch, mleka w proszku, obiadków, zabawek, śliniaków, kocyków, tetry, butelek etc...

Nagle wspólna walizka pęcznieje do absurdalnych rozmiarów. Przy czym Twoje kosmetyki i ubrania okrajasz do ilości minimalnej. Wmawiasz sobie: nieważne, i tak nikt na mnie nie będzie patrzył... I tak ledwo zdążyłaś z depilacją, epilacją brwi i henną, farbowaniem i ścinaniem włosów, manicure, peelingiem, balsamowaniem zwłok... Jesteś tak dumna, że cudem wykonałaś te czynności, że w czasie wyjazdu nie masz siły na nic innego. (swoją drogą ilość kosmetycznych ceremoniałów, jakie stosujemy dla podtrzymania przygaszonej urody zatrwożyła mnie:)).

Przy maluchu znika spontaniczność podróżnicza. Sam wyjazd przy braku samochodu staje się wyzwaniem. Do pociągu musieliśmy zabrać oprócz dziecka wózek, walizkę, torbę, plecak i fotelik samochodowy (na szczeście udało mi się załatwić łóżeczko w pensjonacie). Jechaliśmy ponadto na raty, z przystankiem na nocleg. Wyglądaliśmy jak wesoła ekipa cyrkowa.

Bubiszon w przeciwieństwie do nas był radośnie niezmordowany, czarował wszystkich, domagał się biegania z nią za rączki (wręcz płynąc w powietrzu) konsumpcji z naszych talerzy, przegadywał księdza w kościele (aż mąż musiał ją wyprowadzić), badał płatki kwiatów, gadał ze zwierzętami i wołał na każde "kokoko" (na Matkę Boską na pomniku też...), zabierał dzieciom zabawki, wstał po weselu o ósmej rano cały rozgadany.

Zupełnie nieświadomy operacji logistycznej, jakiej stał się przyczyną.

Koniec końców mimo wspaniałej gościny we wręcz luksusowych warunkach i przyjemnej atmosfery wróciliśmy skonani.

I co? Jak to napisal Hrabal w "Pociągach pod specjalnym nadzorem": "Trzeba było siedzieć w domu na dupie!"

(Ale i tak było fajnie.)

A dzisiaj mamy trzecią rocznicę ślubu. Z tej okazji nie mam większych marzeń niż to, by Ninka dała nam przespać ciągiem całą noc...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Nie ma co kryć.

Posiadanie małego dziecka zwiększa współczynnik syfu na centymetr kwadratowy mieszkania. A także ilość cykli prania. Ilość sesji odkurzania w tygodniu także. 

Nawet wymyślne sztuczki nie zabezpieczą w pełni samego szkraba jak i jego otoczenia przed wykwitami jego talentu dekoratorskiego.

Jedzenie fantastycznie zrzuca się z krzesełka do karmienia.

Można je także wsmarować w spodnie.

Chrupki doskonale rozciapują się na pasach od wózka, dzięki czemu utrudnione jest ich wyskrobywanie.

Najlepsze do wypluwania na jasną bluzkę są deserki jagodowe.

Jeśli się coś matce rozlało w kuchni, należy koniecznie w tym usiąść.

Jeśli matka niedokładnie odkurzy, należy koniecznie jej o tym przypomnieć, przynosząc i demonstrując  z dumą budzące grozę przedmioty. Gwoździk. Agrafka. Szpilka. Pieniążek.

Podczas jedzenia należy wkładać sobie palce do buzi, wyciągac kawałki paćki, oglądać je, wyrzucać lub wsmarowywać w meble.

Jeśli zdarzy się kupsko, należy podczas przewijania wiercić się tak, że potem pozostaje już tylko spłukiwanie przemysłowe prysznicem w łazience. 

Pijąc mleko z butelki można galopować po mieszkaniu, znacząc podłogę słodką, lepką ścieżką. 

Podczas zaś prób czyszczenia buzi należy kwiczeć jak zarzynane prosię.

 

W tym chaosie można przyjąć kilka strategii.

Albo notorycznie sprzątać.

Albo demonstracyjnie nie sprzątać.

Albo sprzątać doraźnie, w locie. tu przetrzeć stół. Tu zebrać śliniak do prania. Tu przetrzeć podłogę w kuchni na szybko etc. Tego staramy się trzymać.

Nie wierzę natomiast w cudowne rady z magazynów dziecięcych - nie sprzątaj, dziecko jest ważniejsze, baw się ochoczo. Porzuć wszystko i idzcie na spacer.

Jasne, a potem będziecie mieli dwa razy więcej pracy...

piątek, 12 sierpnia 2011

1-7 sierpnia to Światowy Tydzień Karmienia Piersią.
Z tej okazji na całym świecie podejmowane są rożnorodne działania promujące tę naturalną metodę żywienia niemowląt.


W USA organizacja Big Latch on.  propaguje swego rodzaju flash moby polegające na publicznym symultanicznym karmieniu piersią odbywającym się w wielu miejscach o tej samej porze. Akcja swoje początki ma w Nowej Zelandii i rozprzestrzeniła się w USA i Wielkiej Brytanii.

Celem akcji jest uświadomienie otoczeniu i samym kobietom, że karmienie piersią jest czymś naturalnym, wrodzonym - a nie obrzydliwym. Zbyt często w opinii propagatorek akcji matki karmiące są obrzucane złośliwymi komentarzami, wścibskimi i zniesmaczonymi spojrzeniami. Ponadto coraz mniej kobiet w Stanach karmi w sposób naturalny (kiedy ogladałam doc-soap "16 and pregnant" żadna z nastolatek sportretowanych w serialu nie karmiła naturalnie).

Co myślicie o publicznym karmieniu piersią?

Ja karmiłam Ninkę do 8 miesiąca życia. Przestałam w związku z jej delikatnym uczuleniem - nie mogłam się zmusić do odstawienia nabiału (co ciekawe, teraz już pije normalne mleko modyfikowane i je nabiał). Tak, jak po urodzeniu Ninki karmienie było dla mnie koszmarem, wiążącym się z bólem, dyskomfortem i uwiązaniem (karmiłam całą dobę co dwie godziny), tak teraz często za nim tęsknię.

Uczucie bliskości rodzące się dzięki karmieniu jest fantastyczne. I uważam, że w wielu przypadkach, przy braku problemów z laktacją czy alergią dziecka karmienie jest najlepszą metodą nie tylko żywienia dziecka, ale metodą budowania miłości i emocjonalnego radzenia sobie z gigantycznym obciążeniem jakim jest wczesne macierzyństwo. Jest też bezkosztowe!

Mam wrażenie, że w moim przypadku karmienie pozwoliło mi się w dłuższej perspektywie poradzić sobie z baby blues i zakochać się w Nince.

Natomiast zawsze miałam problem z publicznym karmieniem piersią. Nosiłam ze sobą cienką chustę turecką, jaką zasłaniałam się. Tymczasem koleżanka, która urodziła dzień przede mną, bezproblemowo wyciągała na wierzch latem swoją całą piękną pierś i karmiła na widoku.

Dla mnie to bariera nie do przejścia. 
Bariera wstydu związana ze stosunkiem do własnego ciała. A także bariera związana ze stosunkiem do innych ludzi. Tego, co w mojej opinii chcieliby oglądać. Czy moją pełną ciężką, mleczną pierś powinnam pokazywać publicznie? 

Co ciekawe - naga pierś kobiety niekarmiącej jest atrakcyjna, ale pokazywana w niewłasciwym miejscu i kontekście jest widziana negatywnie. Media, które uwielbiają kuso ubrane celebrytki, jednocześnie je piętnują, kiedy wymsknie się kawałek brodawki.

Odkryłam. To brodawka jest punktem zapalnym!

Cała pierś może być goła i nikomu to nie przeszkadza. Ale kiedy pojawi się brodawka, a już zwłaszcza brodawka karmiącej kobiety - zazwyczaj ciemniejsza i większa - robi się nieestetycznie, nieapetycznie i trzeba alarmować.

Być może to brodawka przypomina nam o tym, że jesteśmy zwierzętami? Stanowi ujście gruczołów. Ucieleśnienie fizjologii.

Wszelkie objawy fizjologii w miejscach publicznych minimalizujemy. Nie defekujemy, nie kopulujemy, staramy się nie puszczać gazów, nie bekać etc. Nawet publiczne burczenie w brzuchu jest krępujące.

Ale publicznie jemy. Uprawiamy wręcz food porn. Ale za to małe dziecko nie może zjeść w sposób naturalny - bo to już razi powszechne poczucie estetyki i porządku.

Ciekawe.

Wracając do mnie - ja karmiąc publicznie ukrywałam się za chustą lub udawałam się dobrowolnie do pokoju matki z dzieckiem. I powiem szczerze - średnio mnie rajcowałby widok karmiącej matki z wyjętą całą piersią właśnie w restauracji - miejscu stworzonym do konsumpcji. Nie czarujmy się, nie zawsze jest to widok estetyczny w rozumieniu współczesnego człowieka. Jednak decyzja o karmieniu publicznym i obnażeniu sie powinna być indywidualna, zgodna z preferencjami danej kobiety. 

Bycie matką współcześnie jest już na tyle stresujące i ciągle spychane jesteśmy na margines.

Wystarczy już nam nerwów, nie potrzebujemy dodatkowego marginalizowania i ostracyzmu z powodu czegoś, co jest naturalne.

Natomiast w moim odczuciu wszelkie akcje typu publiczne symultaniczne karmienie piersią będą zawsze traktowane niepoważnie, jak parady równości chociażby. Tylko będą razić oczy opinii masowej i budować wizerunek matek jako oszołomek.

Wydaje mi się, że lepszą metodą są społeczne kampanie edukacyjne i to już rozpoczynane w przedszkolu. Na to powinny iść pieniądze i w tym kierunku powinniśmy się angażować - chociażby tworzyć książeczki dla dzieci, kolorowanki itd.

Co myślicie? 

P.S. W kontekście dyskryminacji - dostałam pismo od spółdzielni, podtrzymują zakaz wjeżdżania wózkiem na podjazd matkom z dziećmi...

środa, 10 sierpnia 2011

Nie lubię spacerów z wózkiem.


Nudzą mnie.


Nuży mnie bezcelowe włóczenie się po parku.


Jeśli mam iść z nią na spacer, wolę obmyślić sobie przy tym zadanie do wykonania. Na przykład pójść przez park do przychodni. Pojechać do sklepu dziecięcego po zakupy itd. Lubię też spacery w duecie z inną mamą, ale nie mam ku temu okazji. :(

Aczkolwiek wolę wyjść z nią na spacer, kiedy szaleje... Mogę zebrać wtedy myśli i ochłonąć, zamiast mieć oczy dookoła głowy i biegać łapiąc ją, kiedy zrzuca sobie coś na głowę, zjada kable etc.

Kiedy Ni była mała, brałam ze sobą gazetę lub książkę i wykorzystywałam jej czas drzemki na własne przyjemności. To były czasy! Nigdy nie przeczytałam w tak krótkim czasie tylu książek jak wówczas. (Zresztą niedawno pisała o tym Expecting).

Dzisiaj dziecina domaga się uwagi. Uwielbia poznawanie świata, plac zabaw i nade wszystko huśtawkę.

A mnie to nudzi.

Siedzenie z dzieckiem w piasku, pilnowanie, by nie zjadało trawy i kamieni i zapewnianie rozrywek - bo taki maluch sam się jeszcze nie bawi - jest nudne.

Jak cholera!

Podziwiam męża, który porywa Ni na kilkugodzinne spacery. W ich trakcie pokazuje jej świat. Karmią kaczki, głaszczą kucyki, oglądają szumiące liście, szaleją na trawie, robią tor przeszkód na placu zabaw. Dla niego taka forma spędzania czasu jest fantastyczną sprawą. Widać zresztą jak to procentuje w ich niesamowitej więzi.

Ja często marzę, że położę jej zabawkę, zajmie się sobą,  a ja sama poleżę z gazetą czy poczytam newsy...

Kiedy czytam na innych blogach (Martyny na przykład:)) o edukacyjnych szaleństwach z dzieckiem, mam wyrzuty sumienia.

Ale budzi się też moja autoirytacja.

Może jestem wadliwa i mam wyłączony ośrodek zabawy w mozgu?

A może jestem po prostu dorosła? Zmęczona, przygnębiona często, przywalona codziennością? Nie mam już w sobie spontaniczności?

A może nie jestem kreatywna?

A może moje wewnętrzne dziecko stłamszone życiem nie wyściubia nosa?

A może do jasnej cholerki to zupełnie normalne?

Będąc mamą nie przestałam być sobą... Nigdy zabawy z dziećmi mnie nie racjowały, podczas gdy mąż ochoczo parę lat temu szalał z moimi kuzynami przebrany za Zorro.

Czekam, aż Ni będzie większa i będę mogła z nią kleić, lepić, gotować, malować. Być może w tym się bardziej odnajdę?

A może już zawsze to tatuś będzie od zabawy, a mamusia od jedzenia, odsysania glutów, szczepień i innych tortur...

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

W niedzielę zawitaliśmy do pięknego Parku Sołackiego na spotkanie przygotowane przez Opowiadaczy Świata.
Dzieci siedząc na kocykach pod rozłożystym drzewem mogły wysłuchać historii i legend opowiadanych przez kilkoro opowiadaczy. Opowieści miały charakter interaktywny - dzieciom zadawano pytania i mogły uczestniczyć w procesie tworzenia historii.

Ninka jest jeszcze za malutka by rozumieć sytuację, ale zabraliśmy ją by mogła pobyć wśród dzieci na świezym powietrzu. Oczywiście szybko złapał nas ulewny deszcz, ale posłuchaliśmy choć pół godziny.

Nina w tym czasie zdążyła podraczkować do starszego od siebie chłopca, wyrwać mu bułkę i wpakować ją sobie do buzi... Zawłaszczyła sobie też wiaderko z zabawkami.  Oczywiście mimo naszego ataku śmiechu i zachwytu jej przebojowością musieliśmy odpowiednio zareagować. Koniec końców musimy pilnować reguł współżycia i uczyć ją poszanowania cudzej własności...

Nie wiem skąd jej się to bierze, bo ja raczej byłam niesmiałym dzieckiem. Kiedy ktoś obcy do mnie podchodził, podobno patrzyłam na niego przez palce rozczapierzonej dłoni. Nie chciałam się bawić w piasku, "bo rączki sobie pobrudzę". Raczej byłam poetycką mimozą recytującą wierszyki niż szatanem wcielonym jak Ninka.

Dlatego jej charakter wywołuje we mnie nieustający zachwyt, który zaburza moją konsekwencję. Nie umiem stanowczo reagować, kiedy broi z czarującym uśmiechem.

Mam nadzieję, źe będzie juz zawsze tak śmiała, wesoła, otwarta i budziła tak pozytywne reakcje otoczenia jak teraz. Jednocześnie mam nadzieję, że wskutek mojej niekonsekwencji nie przeistoczy się w małego terrorystę. Te zapędy związane z naturalnym rozwojem są już widoczne - wymuszanie krzykiem i płaczem naszego jedzenia, rzucanie jedzeniem jakie jej nie smakuje, nie reagowanie na "nie", a wręcz przedrzeźnianie mnie itd.

Zdecydowanie po pierwszym roku życia zaczynają się poważne zagadnienia wychowawcze, a pielęgnacyjne stają się niezauważalne...

Jak reagować na krzyk?
Jak na wymuszanie?
Jak na zabieranie zabawek innym?
Jak na ściaganie ze stołu?
Jak na niereagowanie na "nie"?
Jak budować swoją konsekwencję, kiedy dusisz się ze śmiechu patrząc na ancymona z diabelskim uśmiechem zasuwającego wokół stołu ze skradzionym ciastkiem?

Same wyzwania:)

piątek, 05 sierpnia 2011

Co takiego jest w parówkach, oprócz papieru, pół szczura i konserwantów, że dzieci je uwielbiają?

Nawet w książkach:)

Pamiętam u uwielbianej za młodu Musierowicz (dziś już jak czytam o Borejkach uśmiecham się nad swoimi dziecięcymi fantazjami posiadania takiej ubogiej i zacnej, natchnionej rodziny) w "Opium w rosole" toczącym się w stanie wojennym i czasach kryzysu:

"- Nie „można”, a „trzeba” - mruknęła Gabrysia, ocierając bródkę dziecku. - Ciapku jeden, Pyzo okropna, na dziś ci daruję, kasza już jak lód. Ty wiesz. Kreska, co to za bystra osoba? Nie tknie, ale zobaczysz, co się będzie działo, jak jej dam parówkę.
-  Palówkę! - ożywiło się dziecko w sposób widoczny.
- O właśnie - Gabrysia odsunęła przemyślną konstrukcję za którą schowany był półmisek z pokrywką. Wyjęła z niej cienką kiełbaskę i podała dziecku, które rzuciło się z entuzjazmem na jadło. - Widziałaś? Skąd ja mam brać tyle parówek? - pytała re-torycznie Gabrysia."

Potem parówki występują u Musierowicz w roli zbrodniczej w innym tomie "Nutria i nerwus" (duża już Pyza zatruwa się nimi podczas wyprawy wakacyjnej):

"- O, Boże, przepraszam panią za to wszystko - jęczała Natalia, która teraz dopiero zdołała wydobyć z siebie głos. Po każdym jednak wypowiedzianym słowie czuła w głębi czaszki ciężkie
łupnięcie bólu. - Tak myślę, że to chyba te parówki. Jadłyśmy parówki w pociągu - wyjaśniła.
- Milcz!... - stęknęła Laura, łapiąc się za usta.
- Mogły być nieświeże w taki gorąc - zgodziła się kelnerka. "

Występują również w roli towaru luksusowego, jakim karmi się dzieci prominentów i dorobkiewiczów na koloniach w "Brulionie Bebe B.":

- Odmelduj mnie u wychowawczyni, z łaski swojej - powiedział - i możemy iść do domu. Nie kąpałem się przez cały miesiąc, bo jeden idiota zatkał odpływ parówką.
- Co? - spytała Bebe, zdumiona. - Czym?
- Tak, wyobraź sobie, nie mam pojęcia, z jakiego powodu, ale on wrzucił parówkę do wanny, to znaczy do dziury w wannie, i potem tam stała taka zielona woda.
- Popatrz, to znaczy, że karmili was parówkami? – mile zdziwiła się Bebe.
- Skąd, on dostał parówki w paczce. Starzy mu przysłali paczkę ze Szwecji, bo oni tam pracują - to on je potem rozdawał albo rozrzucał, zwłaszcza jak już były nieświeże.


---

U nas to samo jak u malutkiej Pyzy.

Kasza zimna, co chwila nieeeee i parskanie z pluciem. Wymowne gesty ręką świadczące o dogłębnym zdegustowaniu kukurydzianą paciają.

A kiedy widzi parówkę - ekstaza, ciamkanie i mniam mniam.

Uśmiech pełnozębny i taniec indiański wokół stołu.

Mówię Wam, parowkówi skrytożercy są wśród nas!

czwartek, 04 sierpnia 2011

Zostałam zaproszona przez Czułą_B do zabawy, prośbę spełniłam i zaprosiłam kilka osób do dalszej zabawy - absolutnie nie traktując tego jako przymusowy łańcuszek blogowy.

Tymczasem M.Dawid napisała o tym z pewną taką niechęcią - i uświadomiłam sobie, że dla niektórych może być to obciach.

Hmm.

Tu były moje wywody na ten temat, ale po przemyśleniu je wyrzucam.

Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, chyba pójdę na robaki jak mawiała moja kumpela z klasy Aneta:)

wtorek, 02 sierpnia 2011

Zostalam ustrzelona przez Czułą_B i zaproszona do zabawy w One lovely blog award.

Zabawa polega na napisaniu 7 ciekawostek o sobie i zaproszeniu kolejnych lubianych blogerów do zabawy tzw. nominowaniu. Jeju, nikt mnie jeszcze nie nominował, raczej eliminował hehe... Czuję się, jakbym Oscara miała dostać:)

Tu było 7 dziwnych rzeczy, jakich o mnie nie wiecie... W kolejności losowej. I zaproszenie do dalszej zabawy

Po przemyśleniu je wywalam.

23:32, aeidenn
Link Komentarze (2) »

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers