Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Aby Twoje dziecko mogło się rozwijać, ty musisz się nieco cofnąć.

Cofnąć do przeszłości i odgrzebać w głowie, na strychu, w Internecie książeczki, piosenki, wierszyki z dawnych lat.

Musisz się wysilić by zając dziecku czas. Ja muszę. Nina bardzo szybko się nudzi i domaga się uwagi - rozmowy i noszenia na rękach. Leżaczek, karuzela i mata edukacyjna to rozwiązanie na 10 minut.

Ile razy można recytować "wpadła gruszka do fartuszka"? albo śpiewać "Witajcie w naszej bajce"? Ile razy pokazywać, gdzie Ninka ma nosek i pytać co jej się śniło?

Trzeba w końcu poszerzyć repertuar...

I lecę szukać piosenek Fasolek, songów Tintilo i z Ciuchci oraz z Akademii Pana Kleksa. Do tego Brzechwa, Tuwim, Wawiłow, Szelburg- Zarembina. Na dziecięcej buzi rozkwita półuśmiech, kiedy matka się wydurnia.

Jednak...

To całe wydziwianie i taniec wokół niej, aby tylko nie płakała jest męczący. Jestem leniową, wyrodną matką, bo chcialabym mieć samoobsługowe dziecko. Takie z reklam mat edukacyjnych, gdzie dzieci w ekstazie same się bawią.

Tymczasem Nina nie uznaje półśrodków. Mama ma być dla niej na 100%.

Dlatego siedzenie z dzieckiem jest niełatwe. Wczoraj Małż dał mi przepustkę, a sam zajął się pichceniem i zajmowaniem się Małą Ni. Po powrocie z miasta usłyszałam, że należy mi się medal za każdy posiłek ugotowany w czasie zajmowania się nią.

Przyznaję zatem medal Perłowej Pieluchy każdej matce na macierzyńskim. Tym bardziej nadchodzącą jesienią, kiedy bardzo możliwe będzie masowe dostanie pierdolca od siedzenia w domu.

Bo wbrew poprzedniemu postowi pełnemu łagodności wiąż czuję, że pierdolec jest możliwy.

P.S Jeśli istnieją dobre rady, jak spędzać czas w domu z dwumiesięczniakiem, to poproszę!

piątek, 27 sierpnia 2010

Na początku po porodzie przerażały mnie wszystkie czynności związane z wychodzeniem z Niną w wózku "do ludzi".

Pierwszy spacer tydzień po porodzie okupiony był łzami i chęcią ucieczki.

Bo jak tu żyć przyklejonym do wózka?

Jak zrobić zakupy?

Jak wyrzucić śmieci?

Jak wtarabanić się z wózkiem po schodach do biblioteki?

Jak jeździć tramwajem pod groźbą wybuchu płaczu w każdym momencie?

A co zrobić jeśli zacznie płakać z głodu? Karmić publicznie?

A co zrobić jeśli trzeba będzie przewinąć?

Na każde z tych pytań jest prosta odpowiedź - działać zgodnie z intuicją. I nie bać się prosić.

Do marketów wjeżdżam, a koszyk ląduje na gondolce. Śmieci w torbie ładuję do kosza na zakupy i podjeżdżam pod kontener. Pod biblioteką znajduję jelenia i proszę o pomoc. Kiedy Ni płacze w tramwaju, nachylam się nad nią wystawiając rufę w drugą stronę i zagaduję. Karmię w parku otuloną kocykiem. Przewijam sprawnie bezpośrednio w wózku. Na dodatek włącza mi się olewka. Mam w trąbie ewentualne spojrzenia obcych.

Do tego dochodzi domowa ekwilibrystyka - pod jedną pachą dziecko, pod drugą poduszka do karmienia, a w rękach pieluchy, śliniak i sab simplex.

Teraz wydaje mi się, że wszystko jest do opanowania. A urlop macierzyński zaczął mi się nawet podobać. Kiedy mała drzemała mi na kolanach w ramach podbudowy samooceny skończyłam internetowy kurs PARP z zakresu badań rynku. A potem mogłam iść na spacer i spędzić czas bezkarnie gapiąc się na miny Małej Ni.

I jakaś taka łagodniejsza się czuję.  Powoli chodzę i rozglądam się.

Yes, I can!

 

środa, 25 sierpnia 2010

Moja ciocia, która urodziła dzieci kilkanaście lat temu bardzo dziwi się moim samotnym spacerom z Niną.

Bo ja spaceruję sama. Jak i inne matki z wózkami, które mijam jak samotne planety na orbicie osiedlowego parku.

Przechodzimy obok siebie dumne żaglowce.

Niektóre wędrują z komórkami, inne ze słuchawkami w uszach. Ja zaś siaduję na ławce z gazetą lub książką.   Nie patrzymy na siebie. Może czasem lustrujemy wózek i dyskretnie sondujemy jego dzieciową zawartość.

Nie chcemy się kontaktować? A może to nieśmiałość? A może syndrom naszych czasów, całkowite oddalenie się od sąsiadów i brak mikrospołeczności? (w tym kontekście mieści się wczorajsze zdarzenie: Był u mnie dzielnicowy, pytając o sąsiada mieszkającego na tym samym piętrze. Mieszkam tam rok i nie wiem jak on wygląda!!)

Wspomniana ciocia umawiała się z osiedlowymi mamami koło poczty. Potem jedna gotowała większy obiad i dzieliła się z resztą. Na drugi dzień następowała zmiana. Ja nie widzę jakichkolwiek perspektyw na spacerowe znajomości. Wydajemy się jakieś zablokowane.

A może to kwestia lęku? Lęku przed tym, że inne spacerowe mamy mają mleko zamiast mózgu i rozmawiają tylko o dzieciach? Zapewniam, że tak nie jest.

Choć dziecko jest osią mojego świata, nie przesłoniło mi horyzontu...

O dziwo Małż kiedy wychodzi z Niną nie tylko skupia spojrzenia mijanych osób, ale też jednym uśmiechem prowokuje dialogi, które mi potem opowiada. Może ja nie umiem się otworzyć?

A Wy? Macie spacerowe znajomości?

P.S Jeśli czytają to mamy z Poznania z Piątkowa, to zapraszam na spacery:)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

"Ludzie! Tu jest kiosk ruchu! Ja tu mięso mam!"

Przypomina mi się ta scena z Misia każdorazowo, kiedy widzę osobę święcie przekonaną o wyższości swojej pracy i swojej osoby na tym stanowisku wobec innych.

A tym bardziej przypomina mi się to w kontaktach ze służbą zdrowia.

Lekarze nie mogą się pogodzić z tym, że nie mają już monopolu na wiedzę, a pacjent nie jest prymitywnym chłopem rodem z Nocy i Dni ("ludzie!! uciekajta!!! doktory jadą!!" ).

Zgadzam się, że bezmyślne zawierzanie wiedzy potocznej i często błędnym informacjom dostęnym w sieci czy popularnych poradnikach może być groźne. Jednak dostępne są powszechnie także wartościowe materiały, publikacje naukowe, wyniki badań.

Nic o mnie beze mnie!

Tymczasem pacjent, który CZYTA i DOWIADUJE się na temat swojego schorzenia to śmiertelny wróg! Wróg ten ośmiela się mieć własne zdanie, sugerować, zadawać pytania, ba - trafnymi pytaniami podważać wszechwiedzę i nieomylność lekarza.

Dzisiaj powędrowałam z Niną do lekarza na szczepienie. Jednocześnie zadałam pytania o jej refluks, niebacznie stwierdzając, że "czytałam o tym, że", "myślę, że...".

Panią doktor zmroziło.

Dość protekcjonalnym czy też zirytowanym tonem rzuciła m.in. - "to nie jest tak jak pani myśli."

Ok, mogę nie mieć racji, nie mam odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia. Pomijając sprawy matczynej obserwacji - jestem racjonalna i mam prawo do własnego zdania. Mam też prawo do zadawania pytań.

Tymczasem oczywiście czuję się jak największe zło, zabierająca czas maruda.

Jak zwykle wkraczasz na wojenną ścieżkę, jeśli chcesz być podmiotem a nie przedmiotem zdarzeń w kontakcie z praktyką medyczną typu NFZ.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Przewrotny tytuł notki nie powinien nikogo zwieść.

Nie chodzi o pedofilię.

Chodzi o to, że dziecko przydaje sex appealu dorosłemu, jaki z nim się prowadza. Dorosłemu samcowi rzecz jasna.

Małż prowadzący Ninę w wózku tudzież bardziej hardkorowo - niosący ją w chuście - wzbudza rozmaślone spojrzenia kobiet w pełnym przekroju wiekowym i rozanielenie na ich twarzach. Małż z dzieckiem w ramach swojej naturalnej otwartości dzięki dziecku odbywa jeszcze więcej radosnych small talków na spacerze niż zwykle.

Nie potrzebny mu żaden efekt Axe.

Wystarczy Efekt Niemowlak.

Oczywiście im mniejsze, ślicznejsze, rozumnie patrzące/słodko śpiące i fikuśnie ubrane dziecko (jak nasze :P) tym lepiej.

A kobieta z dzieckiem w wózku?

Aaa, ona się robi przezroczysta. W zasadzie wózek mogłaby prowadzić kłoda drewna.

Ale nie. Kłoda drewna nie ma cycków w rozmiarze D. A ja mam. Taki mam nowy dzieciowy nabytek. Spojrzenia płci przeciwnej zaczynają się zatem od cycków i jadą w dół.

Jakie to ekonomiczne! Nie trzeba się malować ani czesać!

Wbrew tej pokusie dla własnego komfortu próbuję wyglądać jak człowiek. Aby nie powielać popularnego paradoksu - dziecko odstawione jak z katalogu, a matka kocmołuch. Niemniej bluzki dzielą się na podwijalne/rozpinane i wszystkie inne, które muszą iść w odstawkę.

Określenie sexy mama nabiera nowego wymiaru.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Zaczyna się wojna podjazdowa.

Czyli wizyty i próby wizyt małej u lekarzy wszelkiej maści.

Na początek - ważenie. Ważenie w przychodni odbywa się tylko w określone dni i to przez godzinę. Trzeba wycyrklowac z karmieniem i wyjściem z domu aby zdążyć. Dla mnie to nie aż taki problem. Ale ciekawostką jest - waga mogłaby być wystawiona do użytku poza gabinetem, ale pacjenci kradną. Kradną spłuczki, papier toaletowy i insze oprzyrządowanie, co wyznała mi dziś lekarka. Warta 1000 zł waga na pewno szybko by zniknęła. A może tak łańcuchem ją? Jak miski do kaszy w Misiu? Po co grzebie, jeszcze talerz przewierci!

Druga walka. Próba dodzwonienia się do poradni rano, aby zarejestrować małą do pediatry. Wykonałam dziś z 10 prób - każda nieudana. W końcu Małż poszedł piechotą do okienka i zapisał małą. Już to widzę zimą... Kilometrowa kolejka do okienka i pod gabinetem. Chwilo trwaj!

Trzecia walka.  Szpital dziecięcy na Krysiewicza. Aby dostać się doń trzeba wspiąć się wózkiem pod górę po dziurawym bruku. Do pracowni EKG z wózkiem się nie wjedzie, bo się nie zmieści. Trzeba go zostawić na korytarzyku. Ot takie uroki państwowej służby zdrowia.

Czwarta walka. Pobieranie krwi. Trafiła się nam przerażona pielęgniarka. Mała musiała mieć pobraną krew z żyły na TSH. Siedziałyśmy tam pół godziny, a Nina z każdą minutą bardziej wyła. Z żyły nic nie kapało. Pani przeniosła się do drugiej rączki.  Skapło, po czym zakrzepło w igle. Wyjęła igłę i wyciskała więc ręcznie krople wprost z ręki do próbówki. Nina miała pół rączki umazanej we krwi...

Na dodatek wejście do przychodni zostało zatarasowane przez rusztowania, na których trwają prace ocieplana budynku. Nikt nie pomyślał, że drzwi powinny otwierać się na tyle, by zmieścił się wózek...

Kiedy wychodzilyśmy wreszcie z gabinetu wszyscy się na nas gapili. Zaglądali do wózka. Nina umęczona od razu padła.

Czułam się jak bohater filmu sensacyjnego, który wychodzi z płonącego budynku podparty przez ratownika. Ledwo powłóczy nogami, jest cały osmalony, zakrwawiony. Wokół stoją policjanci i gapie i klaszczą z uznaniem... Zwolnione ujęcie, muzyka pełna patosu...

Tagi: dzieci scenki
15:58, aeidenn
Link Komentarze (7) »
piątek, 13 sierpnia 2010

Jestem matką typu DIY.

Czyli Do It Yourself.

Spieprz To Sam!

Dlatego Internet dostarcza mi frajdy - można w nim znaleźć mnóstwo pomysłów na własnoręcznie robione przedmioty, akcesoria czy zabawki.

Niedawno robiłam (z dwóch drucianych wieszaków i wstążek) czarno-białą karuzelkę na podstawie tych wzorów. Ale teraz przyszła karuzelka Fisher Price z misiami zamówiona na Allegro, więc ta poszła w podstawkę.

A teraz skonstruowałam czarno-białą książeczkę stymulującą na podstawie designerskich obrazków wyszukanych na tym blogu.

Obrazki wydrukowałam, wycięłam i skleiłam w długą taśmę. Ninie się spodobało - lubi się w nie wgapiać.

Polecam, voila:)

Tak to wygląda w akcji:

A tak Nina się zmęczyła stymulowaniem jej zmysłów

środa, 11 sierpnia 2010

Około połowy lipca dotarła do mnie paka zawierająca dwie zgrzewki wody źródlanej Mama i Ja. Dostałam ją do testów, aby szczerze się podzielić opinią na blogu. Miałam ją testować jako ciężarówa, ale wczesne wyklucie się Niny sprawiło, że nazwa wody stała się adekwatna do sytuacji.

Akurat trafiło idealnie - trwała straszna fala upałów oraz rozgrywała się wewnętrzna bitwa pt. połóg i nawał pokarmu. Zatem transport został wchłonięty w ilościach hurtowych. Idealnie sprawdził się podczas karmienia, kiedy dopadało mnie koszmarne, nieopanowane pragnienie.

A sama woda?

O wodzie można lać wodę. Ale ja tak krótko.

Jak obiecuje producent, jest wodą niskozmineralizowaną i dzięki temu idealnie nadaje się dla babek w ciąży, matek karmiących, niemowląt i dzieci. Dla mnie najważniejsze było to, że jest niegazowana i bezsmakowa. Nie ma żadnych naleciałości, jakie czasem mają wody mineralne. Dlatego mogłam ją wchłaniać w dużej ilości, choć ogólnie nie przepadam za wodami - wolę soki. Zawsze miałam jakąś butlę pod ręką i w wózku - wygodne jest to, że dostępne są dwie zróżnicowane pojemności 1,5 l i 0,5 l. To było zbawienne podczas tych ukropów. Szkoda tylko, że mała butla nie ma "dzióbka" do picia.

Wodę testowała też szwagierka Ewa, która ma 4-miesięcznego synka Szymka, karmionego mieszanką. Mama i ja posłużyła jej nie tylko do picia, ale także do przygotowywania mieszanki i dopajania Szyma. Efekt - brak sensacji żołądkowych, a to już dużo. Akurat Szymek miał problemy z wydalaniem (osławione zielone kupy i pasma krwi) po podaniu mu do picia wody Żywiec (prawdopodobnie to było przyczyną podrażnienia).

Zdaję sobie sprawę, że obecność takiej wody na rynku jest głównie efektem znalezienia fajnej niszy marketingowej. Ale jeśli sam produkt jest dobry jak w tym przypadku - to nie mam nic przeciwko.

Minusem jednak jest to, że Mama i Ja nie jest wszędzie dostępna. Listę sklepów można znaleźć na stronie producenta. Dlatego wcześniej nigdy nie natknęlam się na tę wodę - tym bardziej zaskoczyły mnie nagrody dla niej przyznane przez Mamo to Ja jeszcze w 2004 r. i Dziecko - w 2006 r. A ponieważ nie trafiłam na tę wodę wcześniej, nie wiem nawet czy cena odbiega od cen typowych wód. Jeśli jest porównywalna - to chętnie kupowałabym dalej. Zwyczajnie mi podeszła smakowo.

Moja konkluzja jest taka - jeśli trafisz na tę wodę na półce w swoim sklepie - warto przetestować dla siebie samej - na zasadzie wypróbowania nowości. Wodę można też polecić mamom maluchów karmionych sztucznie, zwłaszcza tam, gdzie w kranie jest twarda woda, a dziecko jest jeszcze malutkie i ma wrażliwy układ pokarmowy.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Właśnie mnie szlag trafił jak zwykle w kontaktach z urzędami.

Otrzymałam maila z pracy, że mam się skontaktować z ZUSem, ponieważ nie wiedzą, gdzie mi przesłać zasiłek macierzyński.

Fajnie, myślę, bo już 10 sierpnia, a kasy dalej nie ma.

Dzwonię.

Ktoś odbiera i nie mówi ani dzień dobry, ani pocałujta mnie. Cisza w słuchawce. Chrząkam i przedstawiam się. Proszą do telefonu panią S.

Tłumaczę o co chodzi - że miałam się skontaktować.

Pani S. z wielkim fochem: "Bo my nie wiemy gdzie pani mieszka. Na wypisie ze szpitala jest inna miejscowość, a tutaj Poznań"

Ja: Mieszkam w Poznaniu, na wypisie jest adres zameldowania. (by the way - bardzo trudne do wydedukowania z innych dokumentów...) . Mam pytanie - kiedy otrzymam pieniądze?

Pani S oschle i urzędowo: ZUS ma 30 dni na wypłatę zasiłku. (i cisza)

Ja: A w jakiej formie otrzymam pieniądze?

Pani S: To przyjdzie na adres. Bo my nie mamy numeru konta. (z fochem)

Ja: A jak można podać informację o numerze konta?To o wiele wygodniejsze dla mnie.

Pani S: Musi pani złożyć wniosek.

Ja: A czy wzór tego wniosku można pobrać z sieci?

Pani S. mocno poirytowana: Ja tam nie wiem. Pani sobie sprawdzi. Do widzenia.

---

Kultura osobista.

Pełne poinformowanie.

Pomoc petentowi.

Informatyzacja.

Życzliwość.

Szybkość realizacji spraw.

Wszędzie, tylko nie w ZUS.

poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Mam cholerne poczucie, że w chwilach, kiedy moje dziecko nie śpi powinnam zapewnić mu EDUTAINMENT czyli naukę przez zabawę.

Podobno każdorazowy kiedy dziecko doświadcza czegoś nowego i wykonuje nową czynność, w jego mózgu tworzą się nowe połączenia nerwowe.

A zatem na rodzicu niejako spoczywa odpowiedzialność za dostarczenie maluchowi jak największej ilości pozytywnych bodźców.

Stąd mam poczucie winy, kiedy siedzę przy komputerze, a mała fika na łóżku wgapiając się w kolorową ośmiornicę. Przecież powinnam tą ośmiornicą machać, naśladowac głosy, czytać jej, śpiewać i tańczyć jak całe koło gospodyn wiejskich ze Swornychgaci w jednym!

Na razie to Małż króluje w kategorii kaowca. Robi małej samoloty, wycieczki po domu, śpiewa, gra na gitarze, tańczy, opowiada i robi wszystko to na co mój wdrukowany ciasny gorset pt. "to nie wypada, tak nie można, to głupio wygląda" nie pozwala.

Wiem, że Bubuśka będzie miała z ojcem wiele frajdy dzięki jego zdolności do nieskrępowanego uwolnienia swojego wewnętrznego dziecka ze smyczy.

Moje wewnętrzne dziecko jeszcze stoi pod ścianą i zerka z zaciekawieniem, ale boi się dołączyć do zabawy.

Może niebawem?

A tymczasem:

Potwór i Spółka!

Najbardziej rozwala mnie ten odwłok z pieluchy:)

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers