Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
niedziela, 31 lipca 2011

Turbo Człowiek Pająk w świątyni dumania.

To pomyślałam patrząc na Bubę, która niczym jaszczurka, wąż i inne obłe zwiezątko prześlizgnęła się bezszelestnie do ubikacji korzystając z niezamkniętych drzwi i zawisła nad otchłanią z wywalonym z zachwytu ozorkiem, grzebiąc łapką w muszli.

Buba wygląda zabawnie, ponieważ przemieszcza się po domu w pozycji stojącej, przesuwając się  przyklejona rączkami do ściany. Brakuje jej tylko przyssawek na łapkach. 

Istny spiderman.

 

 

Ubikacja jest miejscem budzącym jej nieustanny zachwyt i ciekawość odkrywcy. Otchłanie muszli z niebieską od tabletki czyszczącej wodą kuszą i mamią niczym oceaniczne odmęty.

Tym bardziej, że gdy tylko przyłapię ją tam, rozlega się mój wrzask - Nina, nie wolno! I próbuję ją natychmiast ewakuować, myć łapki etc.

Stąd też światynia dumania jest dla niej obietnicą zakazanego owocu tfu tfu, najbardziej kuszącym miejscem w całym domu.

A także miejscem, w którym nie można być samemu.

Gdy tylko próbuję się zamknąć na sekundkę, rozlega się walenie w drzwi i ryki pod tytułem "LET ME IN! NOOW!". Muszę ją wpuścić, a gdy to się stanie, pcha się tarmosząc kosz, czy wc szczotkę albo gramoli mi się na kolana...

I tak siedzimy we dwie za przeproszeniem na tronie. 

A ja pękam ze śmiechu.

Dzisiaj siedziała pod drzwiami przybytku wyjąc histerycznie i nie dając swemu ojcu przeżyć w ciszy sekundy prywatności.

 Czyżby bała się, że porcelanowy tron pochłania i nie wypuszcza?

Coś w tym jest... 

czwartek, 28 lipca 2011

Niee
Niee
Nieee!!!!

Jak to jest, że jednym z pierwszych i to najlepiej opanowanych słów przez dziecko jest magiczne słowo NIE?

Ninka w tym tygodniu opanowała je do perfekcji.

Nie mówi jeszcze mama, ale potrafi perfekcyjnie wymówić "NIE!"

Obiad - nieee
Jedzenie w konsystencji innej niż ma na nią aktualnie ochotę - niee
Usypianie - niee
Odsysanie glutów fridą - niee
Antybiotyk na łyżeczce - nieee
Zabieranie potencjalnie niebezpiecznego przedmiotu - niee
Przenoszenie jej w bardziej bezpieczne/cieplejsze/wygodne miejsce - niee
Przytulanie, gdy ona tego nie chce - niee
Nieprzytulanie, gdy ona tego natychmiast chce - nieee 
Zakaz rysowania kredką po podłodze i jej zjadania - nieee

To co niezmiennie zaś budzi jej ekscytację to wszystko co zakazane, tuczące i niezdrowe.

Na przykład wczoraj dostała okrszek czekoladowego ciastka, jakie jadłam (mamo, dziekuję, Ty wiesz co tygrysy lubią...). Natychmiast pojawiły się nieziemskie odgłosy ekstazy cielesnej, uśmiech od ucha do ucha, mlaskanie i "mniam mniam mniam."

Na dodatek mała cwaniara przedrzeźnia mnie.

Kiwam palcem i mowię nie, wolno.
A ona "odkiwuje" na mnie z szerokim uśmiechem odpowiadając swoje nie, nie, nie. Zamiera na chwilę w czasie zakazanej czynności, po czym zaczyna od nowa.


Albo zaczyna bić sobie brawo.

Mój diabeł tasmański.
Moja mała przekorna kobietka.

środa, 27 lipca 2011

Moja wojna o dostęp do podjazdu trwa. Dziś ukazał się kolejny artykuł w Wyborczej w tej sprawie.


A to dlatego, że w poniedziałek zorganizowano spotkanie: ja plus dwie inne rodziny versus lokator mieszkający obok podjazdu i Rada Osiedla.

Generalnie okazało się, że lokator ten od kilku lat walczy o zakaz korzystania z podjazdu, bo jest to dla niego uciążliwe. Jestem w stanie to całkowicie zrozumieć. To, że nagle wszyscy mieszkańcy ogromnego bloku zaczęli z niego korzystać musi utrudniać życie. Dlatego nie mogę polemizować z czyjąś potrzebą spokoju i ciszy - bo sama jej przecież potrzebuję.

Rada Osiedla zobowiązała się do wydania szybkiej decyzji dotyczącej kluczy. Gdzieś między słowami padła propozycja consensusu - wysokiej kaucji za klucze i ograniczenia dostępu tylko dla rodzin z małymi dziećmi do 1,5 roku oraz inwalidów. Być może uda się taki dostęp wywalczyć.

Dla mnie bardziej od samej decyzji ważna była atmosfera. Mnie od razu napadnięto, czy mieszkam legalnie, kim jestem - przecież nie jestem w spisie lokatorów, czy płacę na pewno za 3 osoby itd. Zostałam wrogiem publicznym.

Nie usłyszeliśmy też "przepraszam" od autora bezobcesowych komentarzy. A całość została sprowadzona do

  • naszego rodzicielskiego lenistwa w pokonywaniu ośmiu schodów dzielących parter od wejscia do windy
  • komentarzy o tym, że w blokach czteropiętrowych ludzie żyją bez wind i przecież sobie radzą
  • kwestii tego, że przecież nie płaciliśmy 10 lat temu za budowę podjazdu nie będąc członkami spółdzielni i dlaczego chcemy w takim razie korzystać...
  • tego, że może zamienimy się z tamtym lokatorem na mieszkania, skoro jesteśmy tacy cwani...

Jedna z mam, która wcześniej usłyszała, że ma czekać na powrót męża z pracy, by jej wniósł wózek, aż się popłakała z nerwów na spotkaniu...

Jednym słowem brakuje zrozumienia dla potrzeb rodzin z małymi dziećmi, dla których te osiem schodów urasta przecież do rangi Mount Everestu. Cieszę się, że rok temu będąc po cesarce nie musiałam tachać i obijać mojego noworodka, mogąc wówczas korzystać z podjazdu.

Chciałam dodatkowo wskazać - nie czytajcie dosłownie tego co pisze prasa...:)

Przy pierwszym artykule w ogóle nie było autoryzacji, w drugim już o nią wyprosiłam i wykłócałam się o każde słowo, choć i tak nie wszystko brzmi jak bym chciala. Dla mnie istotna jest prawda - dla prasy sensacja i poczytność... Byłam nieco naiwna - przecież gazeta nie walczy o sprawiedliwość, tylko dobry temat, tytuł, sformułowania jakie wzburzą czytelników i ich przyciągną.

Aha, dodatkowo warto zaznaczyć - pan, który mnie nieelegancko potraktował w spółdzielni dostał 3 czarne pyry w tygodniowym rankingu Wyborczej...

wtorek, 26 lipca 2011

Dzisiaj spałam może 4 godziny... I to snem przerywanym. Buba zresztą też. A działa to raczej niezbyt dobrze na psychikę i kondycję osoby poddawanej tej procedurze...

Ninka zachorowała na zapalenie oskrzeli.

Wczorajszy cały dzień pokładała się i przytulała do niani, w nocy wędrowała po mnie, waliła mi łapkami po twarzy, popłakiwała i ciężko oddychała.

Mały Darth Vader.

Biedactwo.

Paskuda jedna! 

Kiedy zobaczyła dziś nianię doznała ekscytacji na jej widok i wtuliła się w nią kurczowo, a mnie odepchnęła łapką.


Tak, matka to ta wyrodna kreatura biegająca po domu z obłędem w oku by zdążyć do pracy, odsysająca gluty Fridą, wiecznie zmęczona, a w nocy za wszelką cenę usiłująca uśpić gadzinę... Od dawna wiedziałam, że mała przepada za nianią, ale dziś ten gest był odczuwalny ze zdwojoną mocą. Tata i niania są super, matka jest niefajna... "P...ę, nie robię" pomyślałam z rezygnacją... Bo to tata uskutecznia z nią wielogodzinne spacery i zapewnia rozrywkę, a ja męczę się i ją później nocami w czasie choroby... 

Na dodatek Paskuda dostała antybiotyk i tonę syropów, a ja nie umiem stwierdzić, czy choróbsko ma podstawę bakteryjną czy wirusową i czy rzeczywiście trzeba jej je podawać. Kaszel jest, "chrychanie" także, stan podgorączkowy czasem też. I jako mama, która nie chce faszerować dziecka lekami i tak jej podam te świństwa - bo przecież nie można ryzykować zejścia zakażenia do płuc...

Ok.

Zalanie sąsiadów, zepsute żelazko, pęknięty ipad, nowiutki wózek zaczął nam szwankować po 3 dniach i jeszcze teraz choroba Ninki.

Także mamy cudowny koniec lipca. Czasu relaksu, słońca, zabawy, wypoczynku, wyluzowania...

P.S a Co do małego Dartha Vadera - na pociechę spot Volkswagena i jego spoof by Greenpeace:)

 

poniedziałek, 25 lipca 2011

Oj, skończą się wypady na śmieciowe jedzenie...

Czasem nas nachodzi chęć nawrzucania śmieci w siebie i zalania coca colą, całkowicie świadomie załadowanie się kaloriami, cukrem i konserwantami:). Tak też było w sobotę, kiedy wracaliśmy z Muzeum Narodowego z ciekawej wystawy plakatu. (Buba zaliczyła swoją pierwszą wyprawę do muzeum).


Nie przewidzieliśmy jednego, że nasza Ni jest już dużą dziewczynką, która doskonale wie, jaką ma potęgę manipulacji w garści - krzyk i płacz.


Nie było opcji, abyśmy my jedli swoje mcśmieci, a ona deserek owocowy i rogala. O nie...

Rozpoczęło się od narastającego AM AM AM MNIAM MNIAM MNIAM przechodzącego w krzyk. I tak totalnie niepedagogicznie ulegliśmy jej popełniając karygodny błąd. Dostała szkodliwą, tłustą, słoną frytkę. A potem kolejną i kolejną. Tylko kilka, ale te kilka frytek to krok milowy ku dziecięcemu terrorowi, jaki sami sobie szykujemy.

Powinniśmy posypać głowy popiołem...

Ilu rodziców tak robi?

Ulega, by uniknąć obciachu publicznego?

I ile jeszcze takich akcji przed nami? Bunt dwulatka i tego typu historie? 

Mała już pokazuje swój charakterek, bada granice i testuje nas. Przez cały tydzień nie chciała jeśc obiadu, za to w nocy budziła się na mleko.  Obiadu ani do rączki, ani z miseczki, ani na widelcu. Ani makaron, ani chlebek, ani paciaja.

Beee, Neee i krzyk.

Chudnie i buntuje się. 

A rodziców szlag trafia.

Kupiłam książkę o wadze cegły pt. "Drugi i trzeci rok życia dziecka". 700 stron porad na temat tego, jak nie zwariować z małym obywatelem naciągającym granice cierpliwości...

Zaczyna się...

piątek, 22 lipca 2011

W ostatnim Twoim Stylu znalazł się artykuł o modzie na co-sleeping czyli na spanie z dzieckiem, traktowane jako ideologia.

Przedstawiane są wyniki badań argumentujące wartość takiego spania i portrety rodzin uprawiających taki styl wypoczynku nocnego.
Kiedy przeczytałam o całej ideologii dorobionej do spania z dzieckiem zachciało mi się śmiać.
Bo ja choć kocham Ninkę strasznie, strasznie cenię także sobie swój nieprzerwany sen, wygodne łóżko i bliskość z mężem sam na sam... Co w towarzystwie mojej córci jest awykonalne.


Śpię z nią bo muszę. Inaczej nie zaznałabym snu w ogóle. Chciałabym móc się wyspać jak człowiek, nie jak zając na miedzy, bojąc poruszyć by Stworek się nie obudził.


Choć jest to wspaniałe i rozczulające, jest to także irytujące, kiedy kolejną noc z rzędu jak dziś śpimy razem, a i tak zaliczam pobudkę o 4 rano...

Przewertowałam w głowie wszystkie te nowoczesne określenia na pewne zachowania rodziców i postanowiłam stworzyć miniaturowy leksykon nowomowy z wytłumaczeniem prawdziwego znaczenia tych wyrazów...


Oczywiście z przymrużeniem oka.

To zaczynamy?

attachment parenting - ideologia dorobiona do zwyczajnej rodzicielskiej intuicji wychowywania dziecka w bliskości, czułości, zrozumieniu, dająca do zrozumienia, że dziecko jest najważniejszą istotą w rodzinie i dla jej zdrowia psychicznego trzeba się jej podporządkować

bobo-migi - efektywny i imponujący sposób komunikacji z małym dzieckiem, na naukę którego wszyscy napalają się przed urodzinami dziecka, a później kompletnie nie mają na to czasu, siły, ochoty i nie widząc efektu po kolejnym powtórzeniu porzucają naukę rozczarowani

baby led weaning - dawanie dziecku nareszcie ludzkiego jedzenia (jak mawia mój tata), ograniczenie specjalnego gotowania, za to wzmożenie syfu i ilości prania, połączone z nasileniem ekscytacji rozwojem dziecka i jednoczesną irytacją jego babraniem się w jedzeniu, a nie autentyczną konsumpcją

co-sleeping - gnieżdżenie się w łóżku w towarzystwie szkraba wiercącego się jak wskazówka zegara, składującego nogi na waszej twarzy i popłakującego lub wczepiającego się jak małpeczka plus brak realnego głębokiego snu i notoryczny brak intymności

eco-friendly parenting - zdrowe, bezpieczne, naturalne, ładne i nie zawsze tanie produkty zasiedlające całą gamę artykułów domowych, żywności i zabawek, często upierdliwych w użyciu (wielorazowe pieluchy czy orzechy piorące), ale wspierających dobre samopoczucie eco-istycznej rodziny

simple plan Tracy Hogg - w zamyśle prosty plan dnia wprowadzający ład w życie noworodka i rodziny a realnie awykonalna utopia wpędzająca matki w złość i poczucie winy oraz zazdrość wobec matek, których dzieci normalnie śpią, jedzą i wydalają

slow-parenting - trend odwodzący rodziców od nadmiernego stymulowania i planowania rozwoju dziecka, a usprawiedliwiający wspólne lenistwo i nicnieróbstwo oraz ograniczenie wydatków na zajęcia pozadomowe, co w dobie kryzysu ekonomicznego jest fajną racjonalizacją braku pieniędzy

Może podrzucicie mi jakieś inne definicje?

czwartek, 21 lipca 2011

Hura! Moja latorośl zaczęła wykazywać autentyczne zainteresowanie książeczkami;))

Myślę, że to efekt konsekwencji - codziennie przed snem czytam jej co najmniej jedną. Co ciekawe, ostatnio Bubiszon kiedy odkładam książkę i mówię - "a teraz czas spać" pochwytuje ją i zaczyna przeglądać. Sięgam więc po kolejną. I kolejną... A ona zaciekawiona słucha i ogląda obrazki. Ożywia się też, kiedy wydaję z siebie odpowiednie wyrazy dźwiękonaśladowcze.

Jest to też pewnie efektem fajnych książek dopasowanych do jej wieku, jakie dorwałam w bibliotece. Jak wspominałam ostatnio, zdecydowanie mogę zarekomendować serię Zakamarków o nietypowej rodzince - mamie, tacie, Ajszy, Babo, Lalo i Bincie z małego domku nieopodal lasu, w którym zamieszkuje z nimi pies i kura. Kiedy w tomiku "Binta Tańczy" tata gra na bębnie, a wszystkie kobietki tańczą do rytmu (bembeli bembedi bom), moje biodra falują a Nina wpada w ekscytację;). O serii tej i innych książkach Zakamarków dla najmłodszych napisała niegdyś fajny felieton Joanna Sokolińska.

Wracaąc do Buby. Parę dni temu z radością nakryłam Ninkę jak siedziała z otrzymaną od dziadków "Lokomotywą" Tuwima (z pięknymi starymi ilustracjami Szancera - w wersji jaką ja pamiętam)  i "czytała" sobie na głos w swoim języku. Wczoraj zas weszła na etap pokazywania palcem ilustracji w książce i "zadawania pytań".

Tak naprawdę w tym wypatrywaniu miłości do książek przemawia ze mnie chyba czysty egoizm.

Zwyczajnie nie mogę się doczekać czytania pozycji mojego dzieciństwa i młodości, typu serii Poczytaj mi mamo, zajechanych przeze mnie na śmierć Dzieci z Bullerbyn, a później podsuwania Nince serii o Ani i innych marzycielkach Montgomery a także Ożegowskiej, Niziurskiego, Bahdaja itd. (niesamowity sentyment i radość się budzi przy oglądaniu bloga Jarmilli i fantastycznych odręcznych ilustracji). Chociaż pewnie za jakiś czas będę miała dosyć męczenia Poooczyytaj miii maaaaamo...
 ;)

A co czytać?

Jeśli wystarczy mi czasu będę odwiedzać co jakiś czas serwisy i blogi literackie w poszukiwaniu rekomendacji dotyczących książek nowych. Niedawno chociażby kupiłam fajnie wydaną książkę Agnieszki Frączek "Banialuki do zabawy i nauki", która tak naprawdę po przeczytaniu wszystkich wierszyków wydała mi się głupawa.

Trzeba jednak nieco zmienić swoje dorosłe spojrzenie na wiele spraw... Szymkowi kupiłam książeczkę uczącą nocnikowania, w którym pojawia się brudna i czysta pielucha, kupa w toalecie i "dziurka do robienia kupy". Być może łopatologia w wydaniu dziecięcym jest czasem potrzebna?

A jutro idę do biblioteki po kolejną porcję książeczek. Co odkryję tym razem?

środa, 20 lipca 2011

Diabeł Tasmański to nowa ksywa Ninki.

Człowiek Segregator to jej starszy o 3 miesiące kuzyn, Szymuś, jaki z mamą, siostrą męża odwiedził nas w weekend.

Ta dwójka pochodząca z najbliższej rodziny to przykład skrajnie różnych osobowości, widocznych już na etapie wczesnego dzieciństwa. Niesamowite było dla mnie obserwowanie ich interakcji i pokazu charakterów.

Nina jak zwykle zdominowała Szyma. W ekspresowym tempie podbierała i zabierała mu zabawki, a nawet wyciągała z buzi smoczek i sama sobie wkładała. Wspinała się na niego, mówiła do niego ekspresywnie i generalnie znaczyła teren.

Musiałam choć trochę ją stopować.

A Szym, nieśmiały introwertyk wycofał się. Bardzo dużo rozumie, kojarzy i pokazuje palcem analogie czy pytania (np. przy zabawie tabletem pokazał nieczynny telewizor zagracający nam pokój - moim zdaniem skojarzył, że i tu i tu jest ekran...). Szym jest milczący i porozumiewa się pytającymi westchnieniami i marszczeniem brwi. Nie uśmiecha się raczej do obcych, jest niesamowicie przywiązany do mamy i mama jest zresztą jego ostoją. Gdy Nina dała mu popalić, chował się za mamą i wtulał. Umie się też sam po cichu bawić, a gdy mama padła usypiając go, siedział przy niej w pokoju po cichu. Szok!

Nagraliśmy niesamowity filmik. Daliśmy im do zabawy koszyczek z klamerkami do prania.  Szym wkładał je pojedynczo, skupiony, Nina systematycznie wywalała wszystko, niwecząc jego pracę.

Ni jest ekspansywna i ekspresywna do tego stopnia, że Szym nieraz miał usta w podkówkę i dosłownie bał się jej, wciskając w kąt pokoju. Gdy Nina poszła z tatą na spacer,nieco wyluzował, bawił się i uśmiechał.

Moja Domina! Mój Diabeł Tasmański!

Oczywiście, choć żal mi niesmiałego Szyma i muszę pilnować Niny, jestem z niej dumna... Bo mimo wszystko nie ma w jej zachowaniu agresji, złości, tylko wieczna ciekawość, otwartość, radość poznawania świata i ludzi. Jeszcze nie zna granic. Jeszcze nie wie, że są dzieci inne od niej.

Muszę ją tego uczyć.

Ale nie za bardzo... By nie zabić naturalności i spontaniczności. Musi wiedzieć, że czegoś nie wolno czy może komuś zrobić krzywdę. Chcę jednak także, by eksplorowała świat.

A ta wariatka już to wie.

Wczoraj ściągnęła ze stołu cukierka Michałka w tzw. sreberku i zaczęła pakować do buzi. Ja na to: Nina, nie wolno, oddawaj! A ta małpiatka z dzikim chichotem zaczęła raczkować i uciekać w tempie odrzutowca dookoła stołu, z tym cukierkiem w łapkach, waląc nim o podłogę.

Oj nie ma lekko:)

P.S Prawo serii działa. Walka z administracją, zalanie sąsiadów, teraz jeszcze popsuło się żelazko, Ni strąciła ipada i pojawiła się rysa na szybce, a wczoraj popsuły się głośniki od kompa. Chyba pan z administracji zrobił laleczkę voodoo...

P.S 2 Nadal nie mam odpowiedzi z administracji. A w Wyborczej ukazał się artykuł o podjeździe. Nie do końca z moimi wypowiedziami, ale sens mniej więcej zachowano. Dla mnie liczył się nie mój interes, ale szerszy kontekst i interes społeczny. Ja już teraz dam radę, ale jak pomyślę o sobie po cesarce, z raną w brzuchu i o dźwiganiu wózka, o telepiącym się noworodku... Miałam szczęście, że mogłam korzystać z podjazdu. Współczuję innym dzisiaj bez tej możliwości. Niby to tylko kilka schodków. Ale te kilka schodków, przysłowiowe 3, urastają do 100...

sobota, 16 lipca 2011

W dzisiejszych Wysokich Obcasach znalazł się artykuł o mamach, które po urodzeniu dziecka odkryły w sobie nowe pokłady aktywności i stworzyły coś nowego, wyszły do ludzi, otworzyły się, zadziałały.

Jedna z nich mówi: "Po urodzeniu syna miałam wielką potrzebę aktywności,  działania, współpracy z ludźmi. Radykalny odwrót od ślęczenia nad książkami. Jakby po urodzeniu dziecka coś się we mnie odblokowało, jakby nowy kanał udrożnił się w umyśle".

Coś w tym jest. Ja w ciąży założyłam minipoznan.pl, który w krótkim czasie umarł śmiercią naturalną z braku czasu, a szkoda...

W ciąży i będąc na macierzyńskim wynajdywałam dla siebie spotkania i warsztaty różnego typu. Miałam i mam ochotę na zbliżenie z innymi mamami, rozmowę. Zauważyłam zmiany w swoim charakterze. Chociażby to, że niegdyś zwyczajnie ignorowałam małe dzieci - dziś zwracam na nie uwagę, uśmiecham się, wdaję się w small talki z ich opiekunami (choć zazwyczaj to ja jestem indagowana z uwagi na Ninki bezpośredniość). Mam czasami przemożną ochotę zrobić coś pożytecznego, zebrać się, zorganizować - efektem będzie pewnie moja mini wojna z administracją o podjazd (pani z Wyborczej była wczoraj u nas na osiedlu, możliwe, że będzie z tego artykuł).

Znam także mamę (Gosia, to o Tobie:P), która po świadomym wyborze i doświadczeniu porodu domowego stała się ich orędowniczką i edukatorką, zabiera się za doktorat w Irlandii związany z tematem, możliwe, że będzie działała społecznie w tym kierunku, może także jako doula.

Często myślę o biznesie związanym z branżą dziecięcą czy też ogólnie pojętym rodzicielstwem. Ale głowy do interesów i pieniędzy nie mam, kryzys na rynku ciągle majaczy, ceny oszalały, a i konkurencja już spora. Sektor usług tego typu pączkuje, wiąże się także z designem, zdrowym iwyluzowanym stylem życia, nowym podejściem do rozwoju dzieci, bliskości, edukacji. Czymś co mi światopoglądowo bardzo pasuje.

Generalnie mam wrażenie, że posiadanie dziecka otwiera nowe horyzonty.

Tak jak zamyka pewne możliwości, tak otwiera inne.

Wiele rzeczy się chce, tak jak innych nie chce. :)

Chociażby sprzątanie staje się pomnikiem straconego czasu (jak swego czasu, jakieś 16 lat temu ujęła to w Filipince bodajże Małgorzata Musierowicz i co utkwiło mi w głowie). A chce mi się np. pisać, kleić, szyć itd. 

Ale i tak jak mam jakąkolwiek wolną chwilę, kończy się na siedzeniu online, a obietnice dane sobie pozostają niespełnione...

Zostaję aktywistką niespełnioną. Jest nawet na to termin - slacktivism. Aktwizm dla leniwych, przed komputerem. Taki jak chociażby klikanie w Pajacyka. Klik i dobre poczucie zagwarantowane...

Post na bloga, szast prast, i czuję się lepiej robiąc odleżyny (odsiedziny?) na pupie od siedzenia na kanapie...

piątek, 15 lipca 2011

Jak pisałam ostatnio, ten tydzień spędziłam na przymusowym urlopie - niania dopiero w poniedziałek wróci do nas.

Tydzień z Ninką to tydzień hardcore'u.

24h na dobę sam na sam z małym wesołym demonkiem. Przyjacielem wesołego diabła. Albo samym diabłem.

Moje dzieciątko jest sprytne, uśmiechnięte i pogodne. Ludzie zagadują mnie i ją na ulicy, w sklepie, tramwaju reagując na jej uśmiech. To ta fantastyczna część urlopu - obserwowanie jej rozwoju, gadanie z nią, tulenie i całowanie. Patrzenie na jej uśmiech i królicze ząbki, na zmiany (np. polubiła książeczki, sama chętnie je ogląda i lubi czytanie przed snem).

Ale jest też dynamitem, małym robrojem i turystyką.

Wszędzie zagląda, wszystko pociągnie, wyjmie, wsadzi do ust, rozgniecie, rozmaże, porwie, naciśnie... Najczęściej rzucane przeze mnie słowa to "zostaw", "nie wolno", "nie rusz", "wypluj". Chce też non stop chodzić trzymana za ręce, wspina się wszędzie. Wczoraj chociażby w sekundę znalazła się w toalecie i spuściła sobie klapę na palce...

Kiedy jej wczoraj powiedziałam, że z nią nie wytrzymam ani minuty, jeśli nie usiądzie spokojnie, zaczęła się śmiać. Kiedy jej mówię "nie wolno" dostaje spazmów ze śmiechu.

Zachowuje się jak króliczek Duracella.

Bateria niewyczerpana.

Nawet dziś o trzeciej w nocy chciała się bawić, ganiała po łóżku i chichotała jak chochlik.

Współczuję kobietom na wychowawczym! Bycie z dzieckiem w domu to oprócz chwil szczęścia (bla bla bla) wieczna orka, ćwiczenia fizyczne i trening cierpliwości oraz spostrzegawczości...

Oczywiście jakby mało było wrażeń, wczoraj o 3 w nocy obudził mnie szum Niagary. wybiegłam na korytarz, a tam kilka centymetrów wody. I w kuchni. A w łazience powódź i gorąca woda tryskała strumieniem. Pękł wężyk pod zlewem.  Zalałam sąsiadów, jeszcze nie wiem czy właścicielka ubezpieczyła mieszkanie, czy poniosę koszty malowania i muszę wymienić całą baterię w umywalce.

Udalo mi się też wczoraj złamać część w blenderze...

Swoją drogą, co ja mam z ta trzecią w nocy? Godzina przeznaczenia?

Poród zaczął się o trzeciej, powódź w domu też o trzeciej, nocne pobudki Niny z zębami też były często o trzeciej...

Cudowny urlop, pełen wypoczynku... :P

Jak wrócę do pracy, to odpocznę...

P.S Oczywiście mieszkanie nie jest ubezpieczone... 

P.S 2 Dzisiaj mi naprawili baterię, skasowali 240 i dalej cieknie!! 

 

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers