Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 27 czerwca 2012

Zawiązałam kitkę na cebulę na czubku głowy- trochę by rozbawić Ni, trochę by pokazać jej funkcję kolorowej gumki, jaka przykuła jej uwagę.

Ostatnio uwielbia oglądać się w lustrze, odgarniać włosy, mierzyć spinki. Odkrywa kolejny etap kobiecości po smarowaniu się kremami i pryskaniu z lubością perfumami. Robi przy tym przezabawne miny starej pudernicy. Czyżby mnie podpatrywała....

Związałam woje trzy włosiska. A ona zmierzyła mnie wzrokiem kwitując z rozbawieniem jednym słówkiem: TUBIŚ!!

 

No tak.

Wiedziałam, że mam braki urodowe i w kitce wyglądam jak idź stąd i nie wracaj.:)

Ale myślałam, że do teletubisia to mi jeszcze trochę brakuje :P

Za to torebusię -kuferek już mam, choć nie czerwoną.

Tagi: humor scenki
19:38, aeidenn
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 czerwca 2012

Po napisaniu posta o Dniu Taty weszłam na portal informacyjny i zastałam notkę o tym, że Magda Prokopowicz nie żyje.

Ruszyło mnie.

Magda była twórczynią fundacji Rak and Roll, na pewno znanej szerszemu gronu ostatnio dzięki kampanii "Zbieramy na cycki, dragi i nowe fryzury". Ja o Magdzie  dowiedziałam się ze dwa lata temu, kiedy obejrzałam film dokumentalny o niej.

Ta młoda, dzielna,  inteligentna kobieta pozostawiła męża i synka.  Chorowała przez wiele, wiele lat, a jednocześnie mimo chwil zwątpienia i cierpienia stworzyła poruszającą akcję społeczną. 

Magda nie była jedyna. Na pewno jest więcej zaangażowanych, niesamowitych kobiet takich jak ona.

Ale to akurat ona dzięki swoim kontaktom i osobowości  mogła stworzyć i wypromować świetną fundację zmieniającą myślenie chorych i zdrowych.  Wraz z innymi dziewczynami pokazała zdrowym, że chorobę można zwalczać postawą - kobiecością, humorem. Pokazała ludzką, tę nieupodloną twarz choroby.

Dziękuję.

Z okazji dnia Taty zamiast pisać akapity i poematy wkleję link do reklamy, która mówi więcej o ojcostwie niż tysiąc ckliwych słów. 

Dedykuję ją tatusiom zakochanym w swoich córkach, zwłaszcza takiemu jednemu, jaki dał się kompletnie omotać wokół palca:)

I mojemu tacie, który daaaaaawno temu fałszował z nami dwiema w aucie szanty o cholernym sztormie w drodze nad morze...

środa, 20 czerwca 2012

Ninka, jak pewnie każdy maluch w jej wieku, zaskakuje nas na każdym kroku fenomenalną pamięcią.

Oczywiście pamięć ta dotyczy rzeczy, które ją zaciekawią i pochłoną, a które często pojawiają się przypadkiem. A inne zapadają jej w pamięć, ale udaje, że nie kojarzy. Na przykład kiedy wbrew ostrzeżeniom robi coś z upodobaniem ponownie, testując granice...

Na spacerze tatuś od niechcenia pokazał jej marki aut, ponieważ była zafascynowana motorami i bezbłędnie rozpoznawała kultowego Fiata 126 P krzycząc na jego widok z radością "maluch, maluch!".

I teraz nie można przejść z nią obok parkingu, by nie przeżyć pokazówki znajomości marek.

"Kja, Cedes, Wagen, Opel, Troen, Reno, Nisan, Fjat, Adi"...

Moja dwuletnia córka lepiej rozpoznaje marki samochodów niż ja...

Można się ze mnie śmiać, ale w pewnym momencie nie byłam już pewna, co to za auto. Ninka za to radośnie zakrzyknęła "Adi, adi" - czyli audi.

Mamusia skonsternowana odparła, że nie wie, ale sprawdzi. Ninka na to z przekonanie,: "Adi, JEST!!!"

No tak, mamusia przekonała się po chwili, że Ni bez wątpienia miała rację.

Takim sposobem chowamy małą pasjonatkę motoryzacji...

Raz tylko przeżyłam chwilę grozy - kiedy podbiegła do mercedesa i chwyciła za celownik - gwiazdę. Już miałam nomen omen gwiazdy przed oczami i wizję, że go urwała, a ja będę płacić na pewno niezbyt mile nastawionemu właścicielowi. (Być może jestem skrzywiona stereotypem, ale mam swoją mało zachęcającą wizję właściciel mercedesów - podobnie jak BMW...).

Na szczęście nie urwała. Mój refleks dorównał tym razem jej prędkości. 

Ale chyba ten zapał do poznania organoleptycznego świata momentami trzeba hamować:)

niedziela, 17 czerwca 2012

Ninka dostarcza mi niejednokrotnie powodów do śmiechu - który czasem muszę stłumić i podjąć próbę rodzicielskiego tłumaczenia swoich zasad. Czasem zachowanie powagi przychodzi z trudem.

I tak było wczoraj.

Ninka zasmakowała w zbożowych kulkach czekoladowych do mleka. Zabrałam trochę na spacer. Zjadła garstkę, po czym postanowiłam, że już jej wystarczy.

Ni: Kulka! Kulka!

Ja: Nie Ninko, już zjadłaś sporo, będzie Cię brzuszek bolał...

Ni [żebrząco]: Prose, prose...

Ja [wymiękając]: Myszko, dostaniesz po obiadku na deser, teraz już wystarczy.

Ni [energicznie i prostestująco]: KULKA! KULKA!!!

Ja: [próba oszukania dziecka w związku z brakiem stanowczości]: Wiesz co, chyba nam się te kulki już skończyły. Nie ma...

Ni [stanowczo i dobitnie]: MOZE... JEDNAK... SKLEPIK!???

---

No tak.

Nie tylko żelazna konsekwencja.

Także znajomość logiki faktów - nie ma kulek=trzeba kupić=trzeba kupić w sklepiku.

I próba negocjacji.

Oj, będzie się jeszcze działo:)

--

Ostatnio znajomy pięciolatek którego mamę odwiedziłam, wziął mnie za rękę na bok i mówi: "Ciociu, jaki słoneczny dzień, idealny dzień, w sam raz na lody...Chodź, pokażę Ci jeszcze taki sklepik..."

Kiedy mama zaciekawiona zapytała czemu wziął mnie na bok uroczo skłamał: Tak dawno nie widziałem cioci, że muszę z nią porozmawiać...

Mama domyśliła się, że próbuje mnie naciągnąć i zbeształa małego zmieszana.

Ja zachowując kurtuazję odrzekłam, że pójdziemy na lody, ale tylko jak jego mama pozwoli. Bo to mama ma zawsze rację i wie co chłopiec może zjeść, a czego nie może i kiedy.

A mały na to: Nie zawsze ma rację! Raz nie miała!

No i negocjuj tu z małymi spryciarzami!

środa, 13 czerwca 2012

Moją podróż do Budapesztu rozpoczął czternastogodzinny przejazd przez całą Polskę do Krynicy Górskiej, gdzie zaplanowano nocleg.

Ledwo żywi po podróży (nad moją i mamy głową huczał jedyny czynny głośnik w autokarze, nastawiony na koszmarne RMF Max...) trafiliśmy do oldskulowego w negatywnym znaczeniu hotelu, którego lata świetności dawno minęły.

Zimna woda, lodowate pokoje (spałam w ubraniach) i mikroskopijne porcje jedzenia na które trzeba było czekać pół godziny - to nie przykry żart. Właściciele na pewno słyszeli o haśle tanio i dobrze, ale zapomnieli o jego drugim członie.

Swoją drogą cała Krynica wygląda troszkę jak pani o ufarbowanych włosach, które to zabiegi były robione wiele miesięcy temu. Widać jeszcze ślady dawnej chwały - pijalnia wód zbudowana jest w socjalistycznym stylu, budynki domów wczasowych sięgają architekturą daleko wstecz do przedwojnia.  Kiedyś musiało tu być pięknie...

Za to Krynica ma coś, czego nie ma inne znane mi miasto - przepyszne lody z rodzinnej mikroskopijnej lodziarni, gdzie gigantyczna porcja pełna świeżych truskawek czy orzechów pistacjowych kosztuje jedyne 2,5 zł. Obłęd! Przed lodziarnią non stop wije się kolejka. Absolutnie się nie dziwię!

Następnego dnia rano ruszyliśmy w drogę. Przejazd przez Słowację dostarczył ekstremalnych wrażeń, ponieważ okazało się, że toalety w tym kraju są płatne w eurocentach. Oczywiście nikt nie zaopatrzył się w euro, tylko forinty... Można sobie wyobrazić rozpacz wycieczki - na szczęście uratował nas jeden sympatyczny pan i wykupił złoty klucz do wychodka:)

Sama Słowacja robi momentami przygnębiające wrażenie. Zielony, piękny kraj upstrzony gdzieniegdzie blokowiskami, małymi skromnymi miasteczkami. Brak jest widocznego handlu czy gastronomii przydrożnej, brak "zmysłu turystycznego" jakbym to nazwała. Wydaje się, że kraj ten służy turystom wyłącznie jako droga przejazdowa na południe (pomijam turystykę i sporty górskie blisko naszej granicy). Dodatkowo w wielu miasteczkach widoczna jest biedna ludność romska, taka jaką widywaliśmy na ulicach polskich miasta na początku lat dziewięćdziesiątych. Całość mimo pięknej przyrody robiła nieco smutne wrażenie kraju kategorii B.

A potem już Węgry:)

Raj zielonych równin i nielicznych wyżyn i dolinek, wielu winnic malowniczo roztaczających się przy drodze. 

Kraj ten ma 10 mln obywateli, z czego ponad 2 mln żyje w Budapeszcie i okolicach. Pomimo tego wjeżdżając do Budapesztu nie czuję się oddechu metropolii.

Dzięki starej architekturze, bogatej secesji węgierskiej i niskiej zabudowie miasto w tym centrum wyglądają pięknie i spokojnie, dostojnie. W Budapeszcie praktycznie nie ma wieżowców. Socjalizm nie zostawił wielkich śladów, przynajmniej w centrum miasta. No może oprócz pomników - ZSRR zobowiązało Węgry do budowy licznych monumentów ku czci sojuszu radziecko-węgierskiego... No ale to kawał naszej wspólnej historii i nie ma o czym mówić.

Wspólna polsko-węgierska historia jest odczuwana zresztą dzięki pomnikom czy tablicom pamiątkowym. Widziałam np. pomnik ku czci Powstania 1956 oraz w Egerze tablicę poświęconą Ewardowi Dębińskiemu (generał za czasów Wiosny Ludów).

Zresztą miasto to i kraj oddychają historią i bogatą kulturą. Podobnie jak Praga, Budapeszt oszałamia położeniem nad rzeką i widokiem ze wzgórza. Widoki wokół Dunaju, panorama z budynkami parlamentu, wzgórza zamkowego czy starych hoteli i wielu mostów robią niesamowite wrażenie, także nocą - miałam możliwość odbyć wieczorny rejs po Dunaju sącząc piwko i podziwiając podświetloną architekturę. Całość robi wrażenie, podobnie jak zestawienie bardziej nowoczesnego Pesztu z urokliwą historyczną Budą pełną krętych uliczek, małych hotelików i zieleni.

Żałuję, że zabrakło mi czasu na zwiedzenie szlaków poza głównymi traktami turystycznymi po jakich nas obwożono. Krótka obecność tylko w tych punktach pozostawia głód i niedosyt, chęć oderwania się od grupy i ruszenia w tango na własną rękę:)

Ilość polskich autokarów w Budapeszcie przytłacza. Jesteśmy nacją, która chyba najliczniej korzysta z turystyki zorganizowanej do tego miasta. Zagajenia sprzedawców w sklepach  z pamiątkami w tych rejonach, czy też ulotki w tzw. muzeum marcepana w Szentendre tudzież tabliczka informacyjna ostrzegająca przed hałasowaniem w knajpce all you can eat z folklorystycznym występem - wszystko oczywiście było po polsku...

Komercja wdziera się także w obszar który powinien być wolny od opodatkowania - w widoki. Kiedy chciałam zrobić zdjęcie panoramy Budapesztu przez okno kawiarenki na Wzgórzu Zamkowym, zostałam brzydko zbesztana. Zresztą trudno mówić o wielkiej wszechobecnej sympatii Węgrów do nas. Być może nieźle sobie napsuliśmy opinię... Panie kelnerki w hotelu również "liczyły nam każdy kęs", a kiedy nieświadoma odpłatności nalałam sobie herbaty ze szwedzkiego stołu, biegły za pokrzykując jak za złodziejką (co dziwne - przy obiedzie herbata ta była płatna, a następnego dnia przy śniadaniu nie...). Trudno się nie zmieszać słysząc połajania w tak abstrakcyjnym dla nas języku, a czasem nadawcy wyglądali na wyraźnie zadowolonych z konfuzji turysty. Co ciekawe jeszcze o Polakach - oczywiście za granicą się kochamy i jesteśmy dumni z Polski, gorzej po przekroczeniu z powrotem granicy... W knajpie all you can eat pełnej polskich grup grupa pań nauczycielek  z Lublina na lekkim gazie śpiewała narodowe hity w stylu "Szła dziewczka" czy... "Koko Euro Spoko" i z uśmiechem pozdrawiała pobratymców.

Gdybym miała więcej czasu, na pewno skorzystałabym z wycieczki autobusem typu hop on, hop off, zz darmowych walking tours, wykorzystałabym bezpłatne aplikacje na smartfona jakie naściągałam hurtowo (np. oferowaną przez popularny Trip Advisor czy przewodnik audio), zwiedziłabym dawną dzielnicę żydowską, poszła na wielki targ spożywczy i festiwal kulinarny... I wiele, wiele więcej...

Do Budapesztu na pewno warto się wybrać i to na własną rękę. Współczesne media oferują możliwości zwiedzania, jakich kiedyś nie było. Nawigacje, wspomniane aplikacje, przewodniki online - dzięki nim zwiedzanie jest wielką przyjemnością i przygodą. Zwiedzanie zorganizowane zaostrza na to apetyt. Na pewno chciałabym tu wrócić, już całą rodzinką:)

A poniżej troszkę zdjęć z komentarzem:)

Ulice Krynicy i Nikifor.

Typowe pamiątki dla turystów - w tym serwety z tradycyjnym wzorem papryki i niezapominajek.

Uroki języka... Gyerek cipok to buciki dziecięce, a cały napis oznacza po prostu męskie, kobiece i dziecięce obuwie. Mi bardzo podoba się hamburgerek i hot dogok :))

Rozczarowanie - pseudo muzeum marcepana w Szentendre  - de facto zwykły sklep. (więcej zdjęć innej blogerki tutaj)



Pyszne i kaloryczne langose ze śmietaną i przyprawami w Sentendre.

Trochę zabytków i panoram miasta.

Tańce ludowe i dziesiątki potraw oraz tabliczka ostrzegająca Polaków przed hałasowaniem w knajpie all you can eat Trofea Grill (za 4999 forintów gigantyczna ilość rzeczywiście pysznego jedzenia - nic dziwnego, że zwożą tu hurtowo polskich turystów).

Szwedzki stół w hotelu - papryka i leczo muszą być!

I to by był koniec tego krótkiego przeglądu:) 

wtorek, 12 czerwca 2012

Po prawie dobie w podroży wróciłam do domu prosto w ramiona mojej Ninki, która po tak długim czasie wydała mi się oczywiście jeszcze większa, jeszcze bardziej urocza i jeszcze mądrzejsza;))

Oczywiście podczas wieczornego usypiania nie chciała zasnąć. Opowiadała mi o wszystkim co widziała w tym czasie, o dzieciach, zwierzątkach, niani, tatusiu... Kiedy mówiłam jej - "połóż się, śpij", odpowiadała "pestań musiu! pestań piesku" (nie wiem skąd ten piesek!) i zaśmiewała się, a ja z nią:) Padła dopiero w moich ramionach. A nad ranem doznała szoku po przebudzeniu, że śpi ze mną a nie z tatą i zażądała przeniesienia do jego łóżka...

A Budapeszt?

Widziałam go za krótko.

Pierwszy raz byłam na wycieczce zorganizowanej.  Na plus należy zaliczyć na pewno brak problemów, przestojów i dogodny transport.  Minusem jest jednak brak prawdziwego kontaktu z danym krajem, kulturą, kuchnią, brak czasu, możliwości przystanięcia, posiedzenia, podelektowania się miejscem. Należę do dociekliwców, przed wyjazdem czytam, drukuję, sprawdzam fora, rekomendacje itd. I oczywiście wertuję informacje o jedzeniu, które kocham i jest dla mnie ważne. (Przez kuchnię do serca narodu!) Wycieczkę zorganizowaną można polecić osobom nieznającym języków czy mniej samodzielnym. A wolne duchy wybiorą samodzielne wyprawy, razem z ich niedogodnościami dodającymi smaczku - i ja preferuję taką swobodną formę

Pomimo świetnej pilotki miałam także głód informacji o kraju, historii, tradycji, współczesności. Ale ostatniego dnia wyprawy pojawił się przewodnik, student polsko-węgierskiego pochodzenia, którego tak męczyłam pytaniami, że aż zapytał, czy jestem nauczycielką:)))

Oto garść faktów-ciekawostek o współczesnych jakie z niego wydobyłam:

  • Węgrzy uwielbiają ciężką, tłustą kuchnię - tradycyjnie smażą na smalcu i słoninie
  • Na dodatek głównym rodzajem spożywanego mięsa jest wieprzowina, ponieważ Turcy opuszczając kraj po najazdach wybili lub zabrali krowy, których nie było przez około 50 lat!
  • I dlatego są (podobno) pierwszym narodem jeśli chodzi o śmiertelne zachorowania na choroby serca i nowotwory
  • Kuchnia młodych ludzi się europeizuje w stylu zachodnim, ale nadal w większości rejonów jest tradycyjna, pikantna i tłusta; na śniadanie podano nam tak tłuste leczo, że nie mogłam przełknąć pół łyżki!
  • Jest 10 mln Węgrów, aż milion żyje na Słowacji, z którą przez jej nacjonalizm (np. nakaz mówienia tylko po słowacku w urzędach, podczas gdy w kraju tym mieszka 1 mln Węgrów) kraj ma złe stosunki, podobnie jak z Rumunią
  • Tradycyjną religią jest kalwinizm. Węgrzy na kościołach mają podwójnie przekreślony krzyż, z powodu dwóch chrztów jaki przyjął kraj
  • Wschodnie wpływy zaoowocowały pisownią najpierw nazwiska, potem imienia
  • Nadal bardzo popularne są łaźnie tureckie. W wielu z nich nadal obowiązuje turecki system - 5 dni dla mężczyzn, 2 dla kobiet (!). Lekarze przepisują wizytę w łaźni na receptę, wtedy jest tańsza :)
  • Węgrzy uwielbiają pomniki realistyczne, historyczne. Jest ich bardzo dużo i są dość pompatyczne, ale mają swój urok
  • Większość ulic nosi nazwy od nazwisk pisarzy i poetów oraz historycznych mężów stanu. Cieszą się wielką estymą
  • Samotna matka otrzymuje na Węgrzech pomoc w postaci mieszkania od państwa i zasiłku. Przyrost naturalny nadal spada, podobnie jak u nas
  • System edukacji przypomina polski sprzed reformy - 8 lat podstawówki, 4 szkoły średniej. Jednak za studia w większości się płaci, słono głównie za medycynę. Popularna jest anglistyka i turystyka. Za dużo jest psychologów - jak u nas. Za to brakuje mechaników czy rzemieślników, którzy bdb zarabiają. Po szkole średniej państwo refunduje roczny dowolny kurs, po którym można zrobić studia
  • Budapeszt kiedyś nazywany był Peszt Buda - nazwę zmieniono z powodu kolejności liter w alfabecie. Były to dwa odrębne miasta. Peszt - nowoczesny, płaski, Buda - wyżynna, zielona, historyczna i baardzo droga. 
  • Są dwa pozostałe minarety na Węgrzech - jeden w Egerze, jaki zobaczyłam i jeden w południowej części. Ten w Egerze ostał, bo wg legendy nawet 400 wołów nie potrafiło go obalić (pod nakazem monarchii austriackiej)
  • Bardzo popularna i uciążliwa jest reklama telefoniczna - do przeciętnego Węgra ciągle ktoś wydzwania z ofertami;0
  • Węgrzy także mają swojego mitycznego ptaka - Turula - skrzyżowanie orła z dziką kaczką czy innym ptakiem. To on wg legend przywiódł plemiona z Arpadem na czele na tereny dzisiejszych Węgier. Tam gdzie Turul, tam Węgry!

I to na dzisiaj tyle. Jutro foty i dalsza część wrażeń:)))

Dziękuję mojej mamie za super wspólną wyprawę! I tacie za zawiezienie na autobus o 4 rano...

No i oczywiście mężowi (z pomocą niani za dnia), za to, że mogłam beztrosko zwiedzać, podczas gdy on opiekował się Ni.

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Ninka odziedziczyła po mnie nie tylko skłonność do emocjonalnego komentowania oglądanych bajek.

Podobno jako dziecko byłam tak nieśmiała, że zakrywałam twarz rękami, kiedy zbliżał się ktoś obcy i patrzyłam nań przez rozczapierzone palce.

Ninka od paru dni zachowuje się podobnie. Potrzebuje dłuższej chwili oswojenia, by wejść w sytuację.

W sobotę pojechaliśmy na Poznański Golęcin, gdzie znajduje się muzeum uzbrojenia. wystawiono dla zwiedzających mnóstwo sprzętu wojskowego i pojazdów.  Tatuś, miłośnik historii militarnej koniecznie chciał Nince pokazać czołg (stoi tam m.in przepołowiony czołg grający wnętrza Rudego z Czterech Pancernych).

Ninka nie wykazała jednak zainteresowania. Postawiona na czołgu rozpłakała się. A kiedy tatusia zaczepił znajomy z widzenia pan, mała spuściła głowę, zasłoniła ją rękoma i wtuliła się twarzą w barierkę wózka. Nie można jej było przekonać, że nic strasznego się nie dzieje.

Podobnie kiedy spotkałyśmy się z moją kumpelą Agatą i jej wesołą córeczką Muchą moje dziecko w towarzystwie młodszej koleżanki popadło w depresję. Zwiesiło główkę, trzymało kurczowo mojej nogi i bało się nawet podejść do swojej piłki, którą zaanektowała beztroska Emilka vel Muszka.
Dopiero po chwili weszła w interakcję i zajęła się podawaniem koleżance znalezionych przedmiotów, które to Mucha wyrzucała z radością. Potem już pięknie ją wołała per Milka i biegała - choć lekkimi zakosami omijając obie obce sobie panie.

To kolejny zaskakujący okres rozwoju.
Zawsze Ninka szalała, pruła naprzód z dzikim śmiechem nawet w towarzystwie obcych. Teraz widzę ją w sytuacjach, kiedy lgnie do mnie jak mały bluszczyk. Sytuacjach wzruszających, kiedy budzą się wszystkie instynkty opiekuńcze.

Ale także rodzicielskie parcie i popisywanki. Nie wiem czy to takie łatwe się ich wyrzec. Parcie pod tytułem - "Ninka, dawaj, pokaż co potrafisz", "nie bądź niesmiała, no przecież nigdy taka nie jesteś", "nie wiem co się stało, to nie ona"...

Nie wiem czy to nieuniknione, ale mam już wdrukowany obraz dziecka, pewne oczekiwania. Jestem dumna z dotychczasowych postępów i otwartego, śmiałego charakteru naszej córki. Widać, jak mimo rozsądku i własnych deklaracji jestem nieprzygotowana do indywidualności dziecka.

To ważna lekcja pozwalania dziecku na bycie sobą niezależnie od sytuacji i oczekiwań, do szanowania potrzeby wycofania, do złego humoru...

P.S Do usłyszenia za tydzień! A za tydzień... relacja z Budapesztu, gdzie zaprosiła mnie moja mama :) Wyjeżdżam pierwszy raz na tak długo bez Ninki...

piątek, 01 czerwca 2012

- Jak masz na imię?
- Ninka!!
- Jak masz na nazwisko?
- BOSKA!!!!
- A ile masz latek?
- Dła! (pokazuje dwa paluszki). Tsy! (pokazuje trzy paluszki)
- A gdzie mieszkasz?
- Naniu! (w Poznaniu)! Bego! (nazwa osiedla w jej języku)


Mojej najdroższej prawie dwuletniej córeczce i wszystkim małym dzieciom, dużym dzieciom, wiecznym dzieciom i dzieciom wewnętrznym życzę  radości i przyjemności, nie tylko dzisiaj!
 

Tagi: dzieci humor
18:32, aeidenn
Link Dodaj komentarz »

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers