Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 30 czerwca 2010

Tak. Dupa.

Dupa Niny - którą jest odwrócona nadal konsekwetnie, co potwierdził dzisiaj lekarz.

I dupa prawdopodobna - z mojej wizji porodu naturalnego.

Pośladkowe ułożenie Małej Ni przekreśla jak na razie wszystkie dotychczasowe plany. Lekarz twierdzi, że ma ona bardzo mało miejsca i już się raczej nie obróci. A skoro to moja pierwsza ciąża, to raczej nie urodzę naturalnie.

Nina waży 2640 - czyli tyle ile powinna na tym etapie. Jeśli dotrwam do terminu, może dobić szacunkowo do 3200. Czyli będzie kruszynką. Zwłaszcza, że podobno dzieci ułożone pośladkowo mają tendencję do mniejszej wagi. Ale to nie ma dla mnie jakiegokolwiek znaczenia. Aczkolwiek przecież tak mała waga mogłaby sugerować podjęcie próby porodu naturalnego... Ale u nas chyba nie chcą się tego podejmować...

Większe znaczenie ma to, że breeche  czyli "pośladkowce" mają tendencję do rodzenia się wcześniej, przed terminem. A poród taki podobno najczęściej rozpoczyna się nagłym chluśnięciem wód płodowych...

Zatem od teraz jestem troszkę jak na bombie zegarowej. Termin mam wyznaczony na 28 lipca, ale jeśli nie urodzę samodzielnie do 22go, mam się zgłosić na wizytę, gdzie dostanę skierowanie na patologię ciąży i w konsekwencji - cesarkę.

Stąd... Chyba wolę urodzić wcześniej "sama z siebie". Niechże chociaż skurcze samoczynnie się zaczną i dla dziecka cesarka nie będzie takim szokiem jak planowa i nagła... Paradoksalnie może trzeba będzie popracować nad wywołaniem porodu... Seks, mycie okien, liść maliny, wiesiołek i co tam jeszcze z poradnika domorosłego ginekologa...

Oj ciężko mi psychicznie to znieść.

Wielki zawód. Choć iskierka nadziei może gdzieś się tli, to pomału wygasa...

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia...

Oj zaczyna mnie dotyczyć bezpośrednio ten truizm.

Na spotkaniach Rodzina na Starcie często pojawiały się nie tylko babki w ciąży, ale także młodziutkie matki z niemowlakami i malutkimi dziećmi do ok. 2 lat. Niemowlaki kwękały i płakały, dzieci wariowały z nudów i biegały. Skutecznie uniemożliwiało to skupienie się na temacie wykładu. Irytowało to i skłaniało do puszczania spojrzeń spokojnie siedzącej i dysponującej hiperpodzielną uwagą matce.

--

Dzisiaj udałam się do osiedlowego lumpka w poszukiwaniu pajacyków w rozmiarze 56 dla Niny. Niestety nie mogłam się dopchać do wieszaka, bo dział ten okupowały Mamuśki (Mamafia - jak określa to Leszek Talko) razem z PIEPRZONYMI WÓZKAMI I LATAJACYMI W KÓŁKO BACHORAMI. Co jakiś czas rozlegało się spokojne i bezsilne: Stasiu/Karolina/Luiza! Nie biegaj bo pójdziesz do wózka (by the way - idea wózka jako więzienia...). Spasowałam, nie byłam w stanie okrążyć tego towarzystwa i skorzystać z możliwości przejrzenia wieszaków.

--

Od moich rodziców dowiedziałam się zaś, że pewien DZIECIOR mieszkający z rodzicami  nad ich głową właśnie uczy się chodzić i całe dnie spędza w chodziku, jeżdżąc nim po dębowym parkiecie i doprowadzając Mamę i Tatę do rozstroju nerwowego.

--

Trzy te fakty zgrabnie połączyłam w swojej głowie.

Otóż niedługo to JA będę taką mamafią z PIEPRZONYM BACHOREM, który ryczy, domaga się atencji, później uczy się chodzić, biega, tarasuje drogę i ogólnie jest nieznośny.

To na mnie będą sie gapić w tramwaju, kiedy nie będę mogła uspokoić małej i z sykiem przeciskać się koło mojego kolumbryniastego wózka.

A czy ja będę się tym stresować? Czy raczej włączy mi się ogólny ZLEW na to wszystko? Bo taki ZLEW wydaje się konieczny dla zachowania równowagi umysłowej i duchowej.

Przejdę na drugą stronę barykady.

I wobec wszystkich życiowych i infrastrukturalnych utrudnień rzucanych jak kłody pod nogi matek (np. niefunkcjonalnych wyjść z tramwajów, braku podjazdów itd.) będę mieć głęboko w nosie, że moje dziecko właśnie zamienia się w PIEPRZONEGO BACHORA.

A ja będę Mamafią - czołgistką na polu walki, wózkiem rozjeżdżającą sfochowane jak ja dzisiaj paniusie domagające cię ciszy...

 

niedziela, 27 czerwca 2010

Panie doktorze, czy instynkt wicia gniazda polega na robieniu rzeczy absurdalnych?

Bo dzisiaj w nocy totalnie nie mogłam spać.

Wstałam o 5 rano, kiedy już pięknie słońce świeciło.

I zabrałam się za porządkowanie i mycie szafek kuchennych. Trzeba wszystko wyjąć, przetrzeć chusteczkami czyszczącymi, umyć okienka w szafkach i drzwiczki. Poustawiać rzeczy z powrotem.

To właśnie zrobiłam. Po czym o szóstej rano zjadłam śniadanie i położyłam się spać.

Wypadałoby jeszcze umyć okna... Kuszą mnie, choć ledwo się ruszam i coś mi strzyka...

Panie doktorze, ale czy to nie lekka przesada?

Uprałam też i wywiesiłam wszystkie ciuszki dziecięce, jakieś 140 sztuk. Na dwie tury. Poskładałam je na kupki rodzajami i włożyłam do przygotowanych opisanych kartoników jakie wylądują w szafce. Body małe, body większe, pajace, rampersy, sukienki... W całym domu pachniało dziecięcą czystością.

Ale prasować nie będę!  No może ten zestaw do szpitala, na wyjście. Taki lans.

Tylko w co ja ją ubiorę na wyjście? I co się zabiera do szpitala? Co się przydaje? Kompletnie nie wiem, skoro szpital podobno zapewnia odzież. Spakowałam wszystkiego po dwie sztuki i robi się z tego torba druga tak duża jak moja...

18:20, aeidenn
Link Komentarze (6) »

Nie było specjalnego wpisu z okazji Dnia Matki. De facto nie czuję się nią jeszcze. Będę nią. Jak dojrzeję.... Samo wydanie dziecka na świat nie czyni matką w mojej opinii. To chyba ciągły proces i balansowanie.

Dzisiaj dotarł do mnie ze zdwojoną mocą jeden z wymiarów bycia matką.

Wczoraj miałam emocjonalnie bardzo ciężki wieczór. Huśtawka hormonalna końca ciąży i mnóstwo przemyśleń powodują u mnie płynnie przechodzące w siebie stany ekstremalne. Potrafię nagle przemknąć od godzinnego stuporu po totalnie wyniszczającą histerię (nie na darmo może słowo histeria ma źródłosłów w greckim hysteria czyli macica, postrzeganym jako wędrujące po ciele w poszukiwaniu wilgoci zwierzę, powodujące emocjonalne ataki...).

Dziś po wczorajszych przejściach napisałam do Mamy, że mi jej brakuje. Oddzwoniła natychmiast i rozmawiała ze mną pół godziny. Dziękuję.

To podsunęło mi myśl o tym, kim jest Matka.

Najwyższą Instancją, do której odwołanie się przychodzi automatycznie w ciężkich chwilach - nawet gdy ma się prawie trzydzieści lat. To osoba, która mimo swoich zmartwień przyjmuje jeszcze zmartwienie swojego dziecka i stara się je zmniejszyć, ukrócić - chociażby dobrym słowem. I przez tę chwilę rozmawiając z Matką można być znowu bezkarnie bezradnym dzieckiem...

Chciałabym, żeby Nina miała we mnie taką matkę. Aby chciała ze mną po latach rozmawiać mimo błędów, jakie popełnię i moich wad. I chciałabym znaleźć w sobie siłę i chęć by jej to dać - mimo własnego egoizmu, który każe zamykac uszy na problemy.

Jak trudno musi być pozostać zainteresowanym, ale nie wścibskim, służącym radą, ale nie pouczającym, kochającym, ale obiektywnym? Czułym, ale rozsądnym?

Matka to baletnica na bardzo cienkiej linie.

czwartek, 24 czerwca 2010

Na dowód tego, ze panowie również bywają w ciąży...

Małż i ja mierzymy moje koszule porodowe od Asi i Artura z Dublina.

Małż to ten z prawej:P

 

Tagi: ciąza scenki
20:54, aeidenn
Link Komentarze (7) »

Kojarzycie film Koterskiego "Nic śmiesznego"? [Małż uświadomił mnie, że to było w Dniu Świra

Bohater po przeciętnym i dość żałosnym życiu umiera w sposób groteskowy]. W tle pada tekst: 'Taki był mądry... a teraz umiera..."

To właśnie ja tak się czuję teraz.

Tak chojrakowałam, a teraz dopadają mnie nowe dolegliwości. Plus nasilają się różnego typu obawy i smutki. I to na zwolnieniu, kiedy siedzę sama w domu i mam dużo czasu na grzebanie w bebechach umysłu.

Średnio wprawny lekarz na przeglądzie odkryłby wieczną zgagę, bóle miednicy i twardnienie brzucha, które to wszystkie razem powodują  straszne problemy ze snem. Budzę się o 4 rano totalnie wymęczona i nie mogę dalej zasnąć. Każda pozycja to stękanie i ból. Koniec końców nad ranem, kiedy Małż wstaje do pracy czuję się jak zombie. I tak wyglądam. (Chociaż wczoraj od endokrynolog usłyszałam, że wyglądam jak ziemniak na zapałkach...).

Staram się odsypiać w ciągu dnia i tak dni mijają rozbebeszone i rozkawałkowane.

A psychicznie? Proszę bardzo.

Wczoraj atak histerii: ja się boję, ja nie chcę, ja nie umiem, po co mi to, ja nic nie wiem, ja nie dam rady... I podręcznikowe obawy z ksiażk dotyczące potencjalnej cesarki: ja zawiodłam, ja się nie nadaję, ja nie będę pełnowartościową matką, ja nie będę umiała pokochać...

Na szczęście jednocześnie czuję się w miarę zabezpieczona. Psychologiczne pogotowie ratunkowe zapewnia Małż, najbliżsi, Forumki i Internetowe Koło Wsparcia Ciężarówek i Mam. (Małż powyższe obawy kwituje stwierdzeniem: to depresja przedporodowa, Ty naprawdę tak nie myślisz, to emocje, spróbuj popatrzeć na to rozsądnie...).

Kołyska skręcona, dotarła wielka paka od Rodziców z gadżetami dla dziecka, mamy już super wózek od Zigzac. Torba do szpitala spakowana przez Małza i rozpracowana logistycznie.

Tylko ta mała cholera się nie chce obrócić.

Za tydzień wizyta u gina. Może się w końcu dowiem, jakie opcje mnie czekają. Może to mnie wyprowadzi z tego stuporu.

P.S Tato, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

niedziela, 20 czerwca 2010

No to zaczynają się sny o porodzie. Podręcznikowe objawy wjeżdżają na tapetę. Tylko dlaczego jest tak drastycznie? Kumulują się moje lęki - o zdrowie małej, o poród, o przedmiotowe traktowanie w szpitalu...

Śniło mi się, że jestem na porodówce z moimi dwiema koleżankami ciężarówkami - Karolą i Gosią. Czekamy. Co prawda w rzeczywistości każda z nas ma inny, oddalony o miesiąc termin, ale to nie ma tutaj znacznia.

Rodzę - oczywiście niestety przez cesarskie cięcie. Dziwnym trafem obserwuję jednocześnie z góry lekarza, który wydobywa ze mnie córeczkę szczypcami wyglądającymi jak typowe kleszcze porodowe.

Jest maleńka, kilkucentymetrowa. Nagle widzę, że Mała Ni ma tylko jedną nóżkę... A w wodach płodowych pływają jeszcze trzy, urwane... Zaczynam szlochać, a lekarz zdawkowo rzuca przez zęby jak typowy pan Zenek, fachura - hydraulik: "Co się pani martwi, to się przyszyje" - i przykłada chwycone szczypcami "TO", pływającą nóżkę do jej okaleczonego bioderka...

Na szczęście rzucająca się i mamrocząca zostaję utulona przez Małża. Znów zapadam w nijaki tym razem sen.

Nad ranem okazuje się, że Mała Ni śniła się też i Jemu. Wracaliśmy z nią ze szpitala w wózku, a mała podśpiewywała pod nosem w swym dziecięcym języku piosenki Dire Straits i Marka Knopflera. Małż był z niej dumny, że jako niemowlę objawia już takie talenta i pasje w tatusia...

Ciekawa jestem, co dalej?

 

piątek, 18 czerwca 2010

Mam trochę dość.

Zwolnienie wcale nie cieszy, skoro ciągle siedzę sama. Małż wraca bardzo późno i pada zmęczony. Brak na miejscu kogoś do wyciągnięcia na lody czy posiedzenia na ławce daje się we znaki.

Beznadzieja mnie dopada. I poczucie strasznego osamotnienia. Może to hormony, a może szara rzeczywistość...

Do tego zmęczenie i ból. Budzę się o czwartej rano przytłoczona bólem kręgosłupa i bioder. Nic nie pomaga, więc wiercę się i męczę. Jednak rano wita mnie z optymizmem, jeśli tylko świeci słońce. Jestem aktywna do południa i kultywuję swój instynkt wicia gniazda. Robię obiad, wstawiam pranie, a nawet myję wannę w dziwnej pozycji.

A potem znów padam oklapła i chce mi się płakać.

15-minutowy spacer zamienia się w męczarnię. To naprawdę boli. Trundo czerpać przyjemność z czasu wolnego, kiedy zasadniczo główną czynnością jest unikanie niekomfortowych pozycji.

I najważniejsze. Mała wciąż się nie che przekręcić. Jak to ma być cesarka, to ja pierdolę to wszystko. Odechciewa się. Nie tak miało być. Cesarka to dla mnie nie poród! Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

Czuję złość. Najgorsze, że ukierunkowuje się ona na dziecko.

I gdzieś w głębi czai żal do Małża, bo jestem z tym sama. Nieuzasadniony, bo przecież nie może mi poświęcać czasu będąc w pracy. A wieczorem musi godzinę minut dla siebie. Ale nikt nie zrozumie tego poczucia osaczenia i bycia na bocznym torze.

I co mnie obchodzi to, że "nie można w życiu wszystkiego zaplanować", "trzeba zaufać naturze" itd? Mam cholerne poczucie braku kontroli - tego, co mnie trzyma w pionie całe życie.

Frustracja. Narastająca - bo wiem że już zawsze sytuacja będzie się lubłą wymykać spod kontroli.

Przerasta mnie to.

czwartek, 17 czerwca 2010

Dzisiaj przeprowadziliśmy pierwszy eksperyment z cyklu termoterapii - czyli zastosowaliśmy moksowanie, które ma pomóc Małej Ni się obrócić do odpowiedniej pozycji.

Moksa to rodzaj cygara wykonanego z chińskiego piołunu. Otrzymaliśmy go od Gosi  (za co dziękujemy!). Naeży ją przypalić, rozrżarzyć i przyłożyć w okolice małego malca u stopy w miejsce, gdzie paznokieć przechodzi w skórę. Pacjentka ma odczuwać miłe ciepło i relaksować się. Tymczasem termoterapia ma stymulować ciepłem punkty odpowiadające za obrócenie się dziecka.

Oczywiście na początku byłam zupełnie sceptyczna, a Małż jako totalny racjonalista w ogóle nie chciał o tym słyszeć. Ale jak tu nie ulec ciężarnej?

Tym bardziej, że znalazłam badania naukowe na reprezentatywnej grupie kobiet, które wskazują na istotną statystycznie skuteczność moksy. W 89.52% kobiety w grupie poddawanej terapii doświadczyły obrotu dziecka, a w grupie kontrolnej - 83.87%. Uznałam, ze warto spróbować.

Oczywiście pytanie Małża brzmi - czy skuteczność terapii nie jest zależna od psychicznego nastawienia? Badanie wykonano w Chinach, gdzie istnieje wyższy poziom zaufania do medycyny alternatywnej. A my wykonujemy to na zasadzie eksperymentu. Czy to nie ma znaczenia?

I jak tu skupić się na terapii i na dziecku, kiedy Małż wariuje?

  • cytuje Dzień Świra - "ciuje boli?"

  • śpiewa mantry głosem szamana: "Jamma... jamma... jamma... jamma..."
  • dusi się ze śmiechu robiąc dziwne miny i wyglądając jak jeden z bohaterów Simpsonów
  • sugeruje, że moksa pachnie jak ganda i okadza się oparami
  • i in.

Jak mam się skupić na zabiegu, kiedy sama kwiczę ze śmiechu, a do tego kolacja podchodzi mi w pozycji półleżącej do gardła?

Poza tym w trakcie zabiegu powinna być zauważalna większa aktywność dziecka. Nic takiego specjalnie nie miało miejsca - no, może przez chwilę.

A może czas się naprawdę skupić i zaufać procedurze?

Albo dać sobie spokój, skoro nie umiem się nastroić?

 

wtorek, 15 czerwca 2010

No i stało się.

Od wczoraj jestem formalnie na zwolnieniu.

Tak czy siak w końcu zacznie się CZASOPRZERAŻACZ, czyli zwolnienie lekarskie.

Co ja będę do cholery robić?

Chyba nie umiem sensownie wypoczywać. Bo zaraz zaczęłam w głowie robić PLAN wypoczynku.

Codziennie musi być jakaś krótka droga na świeżym powietrzu.

I będe gotować Małżowi. I posprzątam ten burdel, panowie.

I trzeba uprać w proszku dziecięcym i PODOBNO poprasować  ubranka (czy dziecku przeszkadza pognieciony bodziak??? A może chodzi o eliminację bakterii metodą przypiekania?).

I przygotować małej kącik (dziś odbieramy wylicytowaną na Allegro kołyskę:))

I odwrócić ją z pozycji pośladkowej ćwiczeniami i przypiekaniem moksą (dziękujemy Gosi M. za inspirację i zdamy relację z zabiegów).

I nadrobić seriale (True Blood się zaczyna!) i filmy z osiedlowej biblioteki. A nawet parę książek.

A może nawet skończyć rozpoczęte szkolenie zawodowe online z PARPU...

W ramach uaktywniania się już zrobiłam girlandę z papieru na żyrandol (17 metrowych linek z nawleczonymi na żyłkę kwiatami). Postarzyłam papier herbatą i wydrukowałam na nim wiktoriańskei motywy, bo będę oklejać pudełka.

Strasznie ambitne te plany.

A tymczasem Nina postanowiła pokazać, kto tu rządzi. I obudziła mnie o 4 rano, dając mi w kość, generując bóle i nie dając zasnąć.

Córka zweryfikuje moje założenia.

I może okazać się, że urlop okaże się prawdziwym czasoprzerażaczem, czyli potworem zmuszającym do leżenia plackiem, pozbawiającym sił...

A Wy, co robicie/robiłyście na zwolnieniu?

Nie było poczucia zmarnowanego czasu? Bo ja mam parcie na szumnie zwany samorozwój wszelkich umiejętności... Poleżę, może mi przejdzie...

 

P.S Serdeczne życzenia imieniowe dla mojej Mamy!

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers