Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011

Trzeci wers z poniższych słów Staffa przypomniał mi się dość abstrakcyjnie wczoraj a'propos Niny. Mocno patetyczny i kiczowaty mi się wydaje, ale symboliczny dla mnie bo znaleziony dawno temu w młodzieńczym magicznym zeszycie mojej mamy z wierszami, wycinanymi z gazet zdjęciami i cytatami:

"Kochać i tracić,
pragnąć i żałować
Padać boleśnie i znów się podnosić
Krzyczeć tęsknocie "precz" i błagać "prowadź"
Oto jest życie: nic, a jakże dosyć."

Padać boleśnie i znów się podnosić...


Nauczyła się bowiem stawać w łóżeczku trzymając się szczebelków. Po czym pada i znów się wspina...
I tak robiła wczoraj przez 20 minut, kiedy już dawno powinna spać. A kiedy już nie mogła ustać na nogach, trzymała się krawędzi łóżeczka zębami, chwiejąc się na zmęczonych nóżkach.
Szczęśliwa i niezmordowana w swym zapale.

I tak już będzie.
W swej pasji poznawczej będzie się wspinać na meble, płoty, drzewa, schody.
I będzie wspinać w sensie metaforycznym - rozwijać, siegać wyżej, uczyć, zdobywać nowe i dalsze rejony. Wyszła z kołyski, potem z łóżeczka na podłogę, teraz zdobywa mieszkanie... Niedługo czas na pierwsze kroki...
I będzie spadać, potykać się. Czasem coś jej nie wyjdzie.
Ale znów zacznie wspinanie.

"Oto jest życie:nic a jakże dosyć"?

Wzruszyłam się moim dużym dziewczyniskiem.
 

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Wiem, co tak trudno znieść po pojawieniu się dziecka.

CHAOS.

Prędzej czy później jego element wkrada się w życie, choćby dziecko było okazem aniołka. Co z tego, że ono wymaga uregulowanego planu dnia, kiedy samo wprowadza w życie sytuacje ekstremalne?

Rezygnujesz z uporządkowanego życia i z porządku dosłownie.

Bo w pewnym momencie maluch staje się mobilny. Zasuwa, nie przymierzając, jak Kubica. Pożera okruszki z ziemi. Pożera gazety i to głównie te, jakich nie zdołałaś przeczytać. Włącza i wyłącza komputer w nieodpowiednich momentach, bo kocha wszystkie przyciski i urządzenia elektroniczne. Przewraca kosz na śmieci bawi się klapką, otwiera szuflady, wyrzuca zawartość, dobiera się do kremu, wylewa zawartość kubka.

Pobojowisko.

Ale ja się nie daję. Zasuwam za nią zapobiegając kataklizomom lub likwidując je w zarodku tudzież sprzątając efekty pracy kreatywnej rączek.

Ale myślę, że i tak nie wygram.

Że muszę zaakceptować fakt, że moją przestrzeń anektuje teraz czołgistka zdobywająca nowe rejony z radosnym kwikiem. Że muszę  przełknąć hałdy zabawek, pudełek, pacynek, chochelek, gazet, bajeczek...

A to dopiero początek.

Stwór urośnie i sam będzie przytaszczał ze sobą ukochane i niezbędne przedmioty.

Na razie najszczęśliwsza jest siedząc na stosie ubrań wyrzuconych z pudełka i zakładając usilnie śpiochy przez nogawkę na głowę lub zjadając Wysokie Obcasy.

Siadam z nią z łagodną rezygnacją i udaję tygrysa bengalskiego.

Radosny usmarkany chaos króluje.

P.S Trochę z innej beczki - ostatnio na blogu był konkurs z marką Ibum. I miałam okazję ją przetestować, kiedy Ninę dopadło przeziębienie i ząbkowanie. Zdecydowanie posmakowała jej ta zawiesina. Przyjmowała ją chętnie. Nie było u nas goraczki, ale kończyło się marudzenie, więc można sądzić, że efekt przeciwbólowy był. Sprawdziła się też woda morska w sprayu przy odsysaniu glutów. Testowałam różne marki wód, nie ma znaczenia jaka to, choć warto pewnie sprawdzić rodzaj rozpylacza. Im mniejsze ciśnienie tym mniejszy ryk...

czwartek, 21 kwietnia 2011

W sobotę wybywamy na święta. Ninka będzie pierwszy raz jechać pociągiem i pierwszy raz od dawna spędzi trochę czasu w chuście.

Bogowie, dajcie nam siłę:)

Tagi: życzenia
22:07, aeidenn
Link Komentarze (5) »
środa, 20 kwietnia 2011

Wydaje mi się, że mało się mówi o stresie jaki towarzyszy rodzicom małych dzieci. Nie  mówię tu o stresie na początku, kiedy zostajemy rodzicem i całkowicie zmienia nam się świat, ale o stresie codziennym.

Chodziłam kiedyś na wykłady "Rodzina na starcie", gdzie w materiałach informacyjnych poruszano te tematy. Trzeba się przygotować psychicznie na to, że bycie mamą to nie tylko piękno miłych chwil, ale często stres przeżywany na różnych poziomach głebokości w zależności od predyspozycji osobnika.

Mój stres wynika z odpowiedzialności samodzielnego na co dzień rodzica.

Jestem odpowiedzialna za jej bezpieczeństwo i zdrowie, nakarmienie jej, zdrowy sen, rozwój. Pełza z prędkością światła, więc po powrocie z pracy muszę koordynować jej poruszanie się zamiast smacznie zainstalować się na kanapie i wypoczywać. A do tego muszę ogarnąć pediatrę w razie sytuacji kryzysowej, mieszkanie, pranie, sprzątanie, zakupy, śmieci... Potem kąpiel małej i walka o zaśnięcie. walka - bo budzi się wielokrotnie w pierwszej fazie snu i budzi się też w nocy na karmienie.

Nie zostaje mi wieczorem wiele czasu dla siebie - godzina może po ogarnięciu spraw domowych. To rodzi frustrację, bo nawet nie jestem w stanie być na bieżąco z tematami zawodowymi czy przejrzeć prasy. Gazety czytam pobieżnie w wannie...

A w nocy - stres. Kładę się na paluszkach, byleby się nie obudziła. A często kiedy to już kładę się rozlega się ryk... Ostatnio słyszałam go co godzinę, bo zachorowała. Ja zresztą też. Nie miał nawet kto podać mi głupiej herbaty.

Tymczasem pomimo oczu na zapałkach muszę rano wstać, spędzić w pracy 8 godzin na pełnym rozruchu i pracować z pełnym zaangażowaniem pomimo zmęczenia materiału. To także stres, bo biorę odpowiedzialność za przygotowywane przez siebie materiały. W pracy wiedzą o wyjeździe małża na projekt tylko dwie koleżanki, zresztą nie mogłabym liczyć na tarfę ulgową. I nie chciałabym chyba...

I tak to się kręci w swoistym kieracie. Małż przyjeżdża na weekendy, zabierając małą na długaśne spacery i dając mi chwilę - tylko ja zamiast spać, sprzątam mieszkanie, na co nigdy nie mam czasu w tygodniu. I znów stres, bo się nie wyrabiam i nie wiem w co ręce włożyć...

Dobrze, że widzimy się choć w weekendy, dobrze, że mam nianię, dobrze, że mam kumpelę którą w sytuacji alarmowej mogę prosić o podwózkę autem do lekarza...

Generalnie jednak samodzielni rodzice, niemający jak ja rodziny na miejscu czy zaangażowanego grona do pomocy, powinni dostawać medale za zasługi, za cierpliwość, za osamotnienie, za niewyspanie, za częściową rezygnację z siebie i swoich potrzeb, za brak czasu wolnego, za...

Ok, na pewno usłyszę "chciałaś dziecko, to masz".


No tak, mam...

16:31, aeidenn
Link Komentarze (9) »
niedziela, 17 kwietnia 2011

Nina postanowiła wypiąć się elegancko na matkę, mającą potrzebę sprawdzania stanu jej umiejętności i rozwoju. (zwłaszcza, że matka naoglądała się zdolniachy Mikiego)

Nie robi kosi łapci. Ani "sroczka kaszkę warzyła".

Nie powtarza słów po nas.

Nie pokazuje "gdzie mama ma oczko" - patrzy zdziwiona, że domagam się od niej takich pierdół.

Od czasu czasu zrobi bez większego zrozumienia "papa".

Jednym słowem opóźnienie w rozwoju i głęboki infantylizm :)

Ja ją męczę "pokaż oczko" a ona z zapałem naukowca zaczyna mi dłubać w zębach i wkładać palce do nosa.

"Nuuuuda, mama! Jestem o krok dalej..."

Znacznie bardziej od zabaw tego typu rajcuje ją recytowanie przez matkę z zapałem klasyki polskich wierszy dla dzieci, wierszyki masażyki i wygłupy z ojcem.

A przede wszystkim nowe technologie.

Komórka, pilot do nieczynnego telewizora traktowany jako zabawka i ciężka lustrzanka Nikona to obiekty jej miłości. Hitem jest też ipad, do którego dopełza z prędkością światła i radośnie obsługuje pacnięciami dłoni i językiem.

Jednym słowem jest to dziecko nowej ery.

Takie, które w wieku jednego roku słuchać będzie kołysanek z You Tube, w wieku dwóch lat samodzielnie włączy bajkę na laptopie, w wieku 5 postawi pierwszego bloga, w wieku 13 będzie miało 200 znajomych na Fejsie...

Niech więc się matka dewiantka  się odczepi i przestanie marudzić o durne kosi łapci! Bo kiedy mam taką skupioną minę, wcale nie kroję w pieluchę, ale obmyślam nową aplikację na Iphone'a!

sobota, 16 kwietnia 2011

Piszę prawie bez polskich znaków, z odmętów skłębionego koca, herbat, nalewek z bzu, wafelków ratunkowych...

Niania nam się przeziębiła.

Zaraziła Ninkę.

A ja zaraziłam się od Bubiszona.

I tak jedziemy na jednym wózku kichajac, prychajac, walczac ze soba każdego dnia by otworzyc oko i wstać.

Bubę przeziębienie dopadło w tym samym tygodniu, kiedy intensywnie przebijaja jej się chyba zębiszcza. Zatem moje samotne noce to spanie z nia w jednym łóżku, modlitwa o sen, karmienie co 5 minut, płacze, szajba, marudzenie...

Jednym słowem uroki samodzielnego macierzyństwa.

Małżon przybył wczoraj w nocy z odsiecza z dalekiego miasta (stojac 3 godziny w pociagu, bo przecież Pkp dba o umilanie piatkowych powrotów do domu). W zwiazku z tym Buba nagle postanowiła prawie spokojnie przespać noc, robiac pokazówkę pt. matka wydziwia, przecież nie jest tak źle jak opowiada... Właśnie poszli karmić kaczki i obserwować konie na łace. Ojciec to prawdziwy skarbczyk spełnionych marzeń dla Ninoczki. Kiedy przybył o pierwszej w nocy, usiadła na łóżku radośnie intonujac dadadaddaddada....

Jednocześnie tydzień obfitował w emocje z tytułu wzmożonego pełzania. Zaliczyłam lekcję pt. nie zostawiajaca dziecka samego na sekundę. Jak dobrze, że mam kumpelę Asiencję pod telefonem w razie W...

Zaliczyłam też czystkę portfela z tytułu zakup środków na przeziębienie dla dziecka. Niby nic, kropeki, maść do smarowania, woda morska, wapno, witaminki, a przy kasie stówka pęka. Witajcie w życiu!

Na umilenie tygodnia Bubol dostał przepiękna wiosenna czapeczkę od Ladrete. Pochwalimy się jak się wykurujemy. Albo wcześniej, matka w końcu bez internetu nie wyżyje...

środa, 13 kwietnia 2011

Fascynuje mnie tempo, w jakim Buba rozwija nowe umiejętności w ostatnich dniach. Wczoraj zauważyłam ewidentną, intencjonalną zabawę ze mną.

Jako, że ma wiadomą tendencję do ładowania wszystkiego do paszczy, wpadła na pomysł sprawdzenia tego, jak ja będę wyglądać z kawałkiem kolorowej ulotki od lekarstwa.
W tym celu zaśmiewając się zaczęła mi ją pakować do buzi. Oczywiście ja ochoczo weszłam w tę grę wydając odgłosy atakującego niedźwiedzia grizzly. Zachwyt na twarzy dziecięcia i próby radosnego wyrwania mi papierka z zębów i poszukiwania go w odmętach paszczęki - bezcenne.

Kolejny raz potwierdza się fakt, że najfajniejsze są najprostsze zabawki. 15 minut bawiłyśmy się opakowaniem kremu z apteki - najpierw ulotką, potem gumką i samym pudełkiem.

To niesamowite, kiedy zamieniasz się w sztukmistrza w oczach swojego dziecka. Wystarczy, że z odpowiednią atencją pokażesz mu zaczarowany przedmiot. Na przykład kartkę, albo szeleszczącą foliówkę. Albo cudowną łyżkę cedzakową, błyszczącą w słońcu i przesączającą snopy światła. A ile frajdy może też dostarczyć "rozpękiwanie" baniek mydlanych i obserwacja ich wirowania...

Przystajesz na chwilę i patrzysz na świat oczami swojego malucha. Świat, w którym nic nie znaczący pyłek na podłodze urasta do miana znaleziska epoki, oglądanego z zachwytem odkrywcy...

Jednocześnie kiedy pojawia się umiejętność zabawy z kimś a nie czymś, wchodzisz z nim na inny poziom relacji. Widzisz w nim zwierzaczka przeistaczającego się istotkę społeczną. Testującą, prowokującą.

A potem wystarczy pudełko zwane wyobraźnią, by z dzieckiem spędzić miłą chwilę na odkrywaniu magii w codzienności. 

niedziela, 10 kwietnia 2011

Dzisiaj pomyślało mi się o rodzaju więzi, jaka jest między mną a Niną, a między nią a jej tatą.

Nina reaguje na mnie często czysto biologicznie.

To rodzaj niewytłumaczalnej więzi, instynktu małego ssaka. Takiej, która sprawia, że sam mój zapach działa na nią kojąco. Takiej, która potrafi uspokoić samym oddechem, położeniem dłoni na głowie. Takiej, która sprawia, że mała wczepia sie we mnie kurczowo w nocy palcami, wtula i chłonie mnie jak utraconą część siebie. To więź, która sprawia, że myślę o niej czasem jak o małym spłoszonym zwierzątku. Takim, które kontrolnie unosi przez sen powiekę, by sprawdzić, by żywa mleczarnia jest obok. Takim, które wwierca się z rozkosznymi pomrukami w pierś.

A więź z ojcem?

Małż od zawsze poświęcał jej maksymalnie dużo uwagi i nie unikał żadnej czynności łącznie z przewijaniem i smarowaniem pupska. Przy czym spędzając z nią czas skupiał się w dużej mierze na zabawie, ćwiczeniach, piosenkach...

Dziś, kiedy przebywa poza domem i wraca w weekendy, czas we dwoje jest spędzony jeszcze bardziej efektywnie. Kilkugodzinne spacery, przewalanki na macie piankowej, zezwalanie na maltretowanie jego twarzy łapkami, wyginanie, podrzucanie, łamańce, przyśpiewki...  Mała doznaje ekstazy na widok taty. Kręci za nim głową, kiedy straci go z pola widzenia. Szczerzy się niemożliwie do niego i piszczy z radości. Widzę, że małż daje jej głęboką miłość, a ona to czuje i chłonie ją na swój dziecięcy, spontaniczny sposób. Już pisałam zresztą ostatnio o ich odczuwalnej komitywie.

Moja miłość do niej jest spokojna, uważna, czasem zatroskana. A męża - roześmiana, beztroska, szalona. Dostaje od nas komplet, full zestaw rodzicielskich uczuć i zachowań.

Na marginesie - mała chyba zawzięła się w sobie i postanowiła robić postępy w weekendy. Tydzień temu stanęła w łóżeczku, a teraz usiadła z leżenia i następnego dnia - przeraczkowała parę centymetrów. Gdyby ojciec był w domu na stałe, to idąc w tym tempie w tym tygodniu napisałaby powieść...

P.S Nawet własny mąż źle zrozumiał mojego ostatniego posta. Wcale nie chodziło mi o to, jak biadolę, bo ludzie nie zauważają Ninki i świat jest dlatego paskudny! Tylko o to, że ludzie sobie żyją normalnie, mijają nas, a Ninka dziwi się, dlaczego nie każdy reaguje na nią z takim zachwytem jak my. I to właśnie jej zdziwienie, zawód, zderzenie z normalnym życiem powoduje mój skurcz serca. Ot co.

środa, 06 kwietnia 2011

"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat."

Bullshit.

Przeżywam pierwszy rodzicielski ból serca.

Ninka jest niezwykle pogodnym stworkiem, ciekawskim świata i śmiejącym się szeroko do wszystkich ludzi, co oczywiście napawa mnie dumą.

Obnaża swoje dziąsełka i królicze ząbki w szerokim uśmiechu, mruży oczy, wyciąga rączki do ludzi, badawczo zagląda w twarze.

Wiele osób reaguje na nią, zaczepia ją również, zagaduje, mianuje flirciarą i zaczepialską. Uśmiecham się i cieszę z mojej przebojowej, otwartej córeczki, która jednocześnie nie jest nachalna w tym dialogu ze światem.

Jednak nie każdy odpowiada uśmiechem na jej uśmiech. Niektórzy są zatopieni w soich myślach, inni posępni i zmartwieni, inni zabiegani, inni mają ją gdzieś czy zwyczajnie nie lubią dzieci.

A moje dziecko wtedy dziwi się światu. Dlaczego ten pan się nie uśmiecha? Dlaczego minął mnie obojętnie - patrzy na mnie pytająco.

Jak mam wytłumaczyć takiemu szkrabowi, który na razie styka się tylko z życzliwymi, kochającymi ludźmi, że istnieje obojętność czy wrogość, że nie każdy będzie się do niej uśmiechał i życzył jej dobrze?

Chciałabym ją przed tym jak najdłużej chronić w kokonie miłości i bezpieczeństwa, w dziecięcym pogodnym i bezpiecznym świecie...

I boli mnie, że ta bańka kiedyś pryśnie.

Ale wiem, że za wszelką cenę nie mogę jej wdrukować mojego cynizmu i pesymizmu...

A może ona nauczy mnie dziecięcego, bardziej ufnego spojrzenia?

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Są ludzie, którzy wożą szalik ukochanego klubu piłkarskiego w samochodzie na tylnej szybie.

Są ludzie, którzy naklejają na auto chrześcijańską rybę.

Są ludzie, którzy wykupują unikalne tablice rejetracyjne.

A są ludzie jak ja, którzy najchętniej nakleiliby znaczek Programu 3 Polskiego Radia.

Gdyby mieli auto.

Program 3. obchodził właśnie 49 urodziny. To niby tylko radio, ale ile wzruszeń... Marek N.  na łono 3ki powrócony mawia - nie wierzę w życie pozaradiowe.

I tak jest.

Nie mam telewizora, ale radio musi grać.

To jedyna stacja jakiej słucham bez wysypki, która nastraja mnie pozytywnie, nakręca lub wycisza. Która ma fantastyczną redakcję - paletę osobowości. Kiedy budzi mnie Wojciech Mann, niestraszne mi ranne wstawanie zimą (szkoda, że odszedł pan Wasowski). Podobnie niestraszny mi leniwy blues, kiedy Mann nadaje ton. Kiedy zaś ktoś mi przestawi radio na inną stację, kręcąc gałką (bo mam radio za gałką!) i znajdując np. Dire Straits czy zapomniany singiel Pearl Jam albo coś z ejtisów - od razu wiem, że jestem w domu.

Poranki z Piotrem Baronem towarzyszyły mi codziennie na macierzyńskim. Każdy z redaktorów wnosi swoją cegiełkę... Stelmach, Kaczkowski, Hanke, Kantereit, Rosiak, Szydłowska, Gacek, Metz - niegdyś z RMF, Kydryński, Zaborski, panowie Legowicz i Sołtys od audycji gospodarczej - jedynej jakiej słucham z zaciekawieniem, Nogaś, Obszańska i inni. Nie można zapomnieć nawet o słynnej Helen... Zresztą wiele wartości tworzy się w relacjach dziennikarzy. Na przykład w rozmowach o książkach Mann-Nogaś. Zwyczajnie czuć, że Ci ludzie się lubią i uśmiechają do siebie.

Nie mogę zdzierżyć jedynie natchnionej pani Marcinik i w zbyt dużej dawce Kuby Strzyczkowskiego.

Tak sobie tu wyznaję miłość, bo to tak na marginesie chyba jedyna stacja poza Radiem Maryja z tak oddaną publicznością, która jest w zbierać pieniądze na rzecz stacji. I jest w stanie licytować NIC od pana Wałkuskiego, które idzie na aukcji za 6 tys zł na rzecz dzieci z domów dziecka.

Pozdrawiam Trójkowiczów! Hoduje się u mnie w domu kolejne pokolenie:)

A nietrójkowiczom polecam chociażby książkę Wojciecha Manna. Łyknięcie w jeden wieczór i kwiki ze śmiechu gwarantowane.

Można też zajrzeć na stronę fanowską i oficjalną.

16:22, aeidenn
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers