Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 30 marca 2011

Mieszkamy sobie z Ninką od miesiąca praktycznie same, stęsknione oczekując weekendowego Taty wracającego z Dalekiego Miasta. Myślę, że mój powrót do pracy i wyjazd Taty to dla małej za dużo.

Tak jak do lutego przesypiała całe noce, teraz odkąd bytujemy samodzielnie nie przespała ani jednej. 
W ciągu dnia mało śpi i dość szybko się wybudza. Wieczorem zasypia łatwo i ze zmęczenia nie dojada porcji do końca, przez co prawdopodobnie zasypiając jest głodna. 
Ma bardzo płytki sen, przebudza się często z płaczem, a o czwartej budzi się z wyciem głodomora. Wypija 200 ml i często pada spać, na co oczywiście z utęsknieniem czekam.

Dziś jednak obudziła się o piątek i harcowała do 6:30. Po czym zasnęła jak aniołek, a ja musiałam wstawać...

Sprawiedliwości, gdzie jesteś? Śnie, gdzie się podziałeś?

Zaczęłam ją już nawet brać do łóżka na całą noc. Wczepia się kurczowo we mnie, maltretuje łapkami twarz, ciągnie włosy, ściska biust jak koło ratunkowe. Obie nie śpimy,
A przecież w ciągu dnia jest pogodna, uśmiecha się do niani, jest pogodna kiedy wracam, choć stanowczo domaga się biustu i wisi na nim z westchnieniem wyrzutu.

Jak ją przestawić na przesypianie nocy?
Mój mały, zmęczony, stęskniony stworek...
Moja biedna, niewyspana głowa...

poniedziałek, 28 marca 2011

Jak mnie łapki świerzbią!

Jak już pisałam wcześniej, nie mogę się doczekać kiedy będę z Ninką lepić, rysować, wycinać, maltretować papier, plastelinę, glinę. Znowu bezkarnie będę mogła uwolnić swoje wewnętrzne dziecko. Gorzej, gdy Ninka będzie miała w nosie moje pomysły, co też może się zdarzyć. Ciekawe zresztą, czy mi entuzjazm przejdzie, kiedy zobaczę ten bałagan...

Tymczasem mam parcie na inne formy wyrazu, taki jak szycie. Problem w tym, że mam dwie lewe łapy. Przyszycie guzika jest dla mnie wyczynem, choć na przykład umiem w miarę rysować, uczę się fotografować i lubię wszelkie prace plastyczne.

A tu zamarzyła mi się odzież typu DIY.

I wymyśliłam, że kupię kiedyś maszynę do szycia, pójdę na kurs. Ale to chyba dopiero, kiedy Ninka będzie duża. Przecież teraz nie mam na to czasu.

Tymczasem oglądam w sieci wszelkie strony typu crafts i do it yourself i zachwycam się talentami dziewczyn z polskiego naszego podwórka i z całego świata.

Zachwyca mnie np. umiejętność szycia czy przerabiania odzieży, tak że wygląda designersko wręcz. Albo piękne autorskie zabawki, ozdoby. Niezwykle sobie cenię takie umiejętności. Żałuję, że moja kochana babcia nie była w stanie mnie nauczyć robienia na drutach i szydełku. Byłam zbyt leniwa by to opanować. Moim jedynym dziełem swego czasu była czapeczka szydełkowa dla małej maskotki - wielbłąda Abdula...

Cieszą mnie pączkujące ekspresowo wszelkiego typu kursy, warsztaty projektowania, szycia, lepienia, decoupage itd. W moim odczucie to nie tylko szlifowanie konkretnej umiejętności, ale także wspieranie w kobiecym kręgu. To, co obśmiewane przez mężczyzn (często z zazdrości moim zdaniem) wychodzi do mainstreamu i robi się modne. Wszelkie artystyczne dłubaniny jakie się chowało do szuflady teraz można i wypada pokazać jako autorskie dzieło. W zalewie sieciowych, masowych produkcji są bezcenne. (dosłownie, bo ceny w galeriach powalają...).

W ramach inspiracji załączam link do bluzki, która mnie zauroczyła kompletnie. Autorkę kosztowała dolara plus jej pracę...


Top z falbanami

 

A Wy, produkujecie się artystycznie?

sobota, 26 marca 2011

Dzisiaj w ramach umilenia sobie samotnego weekendu udałyśmy się na basen na zajęcia dla niemowlaków.

Nina wykazała się wielką odwagą i po chwili zdziwienia hałaśliwą przestrzenią pluskała się w wodzie jak kaczka parskając śmiechem przy podskokach i wierzgając nogami jak mini motorówka.

Nie muszę nadmieniać, że napawa mnie to dumą, podobnie jak tłumek innych rodziców wpatrzonych w swoje dzieciaki jak w obrazek. W tym także ojców drobiących przy brzegu z aparatami fotograficznymi.

Cała ta fascynacja z pewnością winduje ceny tego typu zajęć.

Za półgodzinne pluskanie trzeba zapłacić łącznie 33 zł, a dodatkowo wydać kasę na pieluszki pływaczki. Niezły biznes, prawda?

Ale czego się nie zrobi dla frajdy kochanych maleństw...

Do tego jeszcze dorabianie teorii do wszystkich zajęć dla dzieci. Bo przecież każde pobudzają wszystkie zmysły, kreatywność, motorykę itd. Jeśli tego nie robisz, Twoje dzieco się uwsteczni etc.

Całe szczęście, że dzieciaki nic sobie z tego nie robią i zwyczajnie świetnie się bawią. Rodzice również.

poniedziałek, 21 marca 2011

Troszkę o składzie gwoli wyjaśnienia, bo zrobiło się zamieszanie.

Zastanawiałam w poście konkursowym się, czy produkt zawiera cukier, napisałam że nie, ale ma sacharozę. Taką informację znalazłam w sieci. Moja duża wina, że nie zweryfikowałam jej o producenta.

Na co Aniołek w komentarzu pod postem konkursowym zwróciła mi uwagę, że sacharoza=cukier. I tak też zaktualizowałam posta, kajając się za swoją niewiedzę w tak podstawowej kwestii.

Na co zaś zareagował producent (za co mu chwała!), wyjaśniając, że produkt nie zawiera sacharozy, tylko maltitol. Dlatego też zamieszczam niżej wyjaśnienie odnośnie składu.

Informacja ta jest bardzo istotna. Ja sama wybieram np. kaszki zawierające maltitol a nie cukier.

Co na marginesie nie znaczy, że cukier zabija:) Ja mam tylko swoją małą fiksację w tym temacie:)

---

UPDATE dotyczący składu!!!

Dostałam informację - sprostowanie od producenta. Produkt nie zawiera sacharozy tylko malitol:


"IBUM zawiesina nie zawiera cukru. Zawiera substancję słodzącą maltitol i dlatego może być stosowany przez diabetyków. Cukier to natomiast to samo co sacharoza, czyli tym samym IBUM sacharozy też nie zawiera.

Kilka słów o maltitolu: 

- jest polecany dla osób z cukrzycą, ponieważ nie podnosi poziomu glukozy i insuliny we krwi

- jest bezpieczny dla zdrowia, co zostało potwierdzone w licznych badaniach naukowych

- jest do tego stopnia bezpieczny, że Komitet Naukowy ds. Żywności Unii Europejskiej nie ustalił limitu na jego wykorzystywanie jako substancji słodzącej

- nie powoduje próchnicy, ponieważ jest odporny na rozkład bakterii jamy ustnej i jest dużo mniej kaloryczny od sacharozy

- został włączony do kompleksowego programu właściwej higieny jamy ustnej i uznany przez American Dental Association

- jest mniej słodki od cukru, ale słodycz jest bardzo przyjemna i najbardziej zbliżona do sacharozy"

Dziękuję za sprostowanie!

---

Po drugie - dziękuję za tyle zgłoszeń. Mam nadzieję, że ich liczba wpłynie na możliwość częstszych tego typu akcji z nagrodami na blogu. A co, należy Wam się!

Po trzecie, każda z Was powinna dostać nagrodę. Każda daję radę spiąć się w sobie i rozwiązać problematyczną sytuację, zachować zimną krew, a nawet poczucie humoru i kreatywność (vide okładanie czoła skarpetką albo zeskrobanym z lodówki lodem). Generalnie dla mnie mamy to superbohaterki! (na marginesie, znacie pracę Elżbiety Jabłońskiej pt. Supermatka?)

Po czwarte, ciężko mi było wybrać jedną wypowiedź, która powinna zostać nagrodzona. Bo za każdą z nich stoją prawdziwe emocje. To niby tylko słowa, krótkie wspomnienia. Ale każdy wpis dla każdej z Was o ekstremalne przeżycie i próba nerwów.

Mimo to ostatecznie wybrałam jeden wpis. Starałam się być maksymalnie obiektywna i wyłonić wpis, jaki może też pomóc innym mamom w przyszłości.

Nagrodę dostaje...

(werble)

Witaaminkaa.

Dlaczego?

Za komentarz na końcu wpisu, który mnie samą uświadomił co do wagi sytuacji:

"Wstyd się przyznać że to Nasza Wina, w domu nie mieliśmy żadnego środka na zbicie gorączki, nie wiedzieliśmy jak postąpić, gdzie się zgłosić, nie mieliśmy żadnego nr telefonu do przychodni nocnej czy do naszego pediatry. To była nasza osobista porażka, która nauczyła Nas że trzeba być przygotowanym na absolutnie wszystko. Nadrobiliśmy straty, przewertowaliśmy wszystkie możliwe książki i filmy z instruktarzami co zrobić w nagłych przypadkach"

Bo to tak jakbym o sobie czytała...

Wszystkie wpisy uświadomiły mi zresztą, że czas przeczytać odpowiedni rozdział w książce "Pierwszy rok życia dziecka", uzupełnić apteczkę, nauczyć się procedur. W chwili kryzysowej nie ma czasu na sięganie do dr Google... Zwłaszcza, że w tygodniu jestem sama jak palec w domu. Zamierzam wydrukować sobie kartkę z telefonami nocnych dyżurów, aptek, uzupełnić podstawowe środki w apteczce, doczytać...

Wiedza najlepszym przyjacielem.  Po to, by w sytuacji alarmowej myśleć rozsądnie i nie panikować. Podobnie jest z wiedzą dotyczącą resuscytacji.

Dzięki dziewczyny za zgłoszenia! Żałuję, że nie ma więcej nagród:(

09:38, aeidenn
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 marca 2011

Ludzkie relacje można postrzegać jako różnego typu gry. Gra się o władzę, pieniądze, dobre układy, osobiste, zawodowe korzyści. Wymieniamy gesty, słowa, uczynki na różnego typu pozytywne wzmocnienia i głaski.

Socjologowie i psychiatrzy rozpracowali to układy (warto poczytać o analizie ramowej Goffmana interpretującej życie społeczne jako swego rodzaju teatr i analizie transakcyjnej Berne'a analizującej relacje w kontekście teorii gier).

Nie będę tu wchodzić w szczegóły, ale często odnoszę sobie zachowania ludzi do tych teorii.

Gry zauważam jeszcze częściej odkąd mam dziecko. Paradoksalnie, kiedy słyszę od obcych osób zachwyty nad nią, odczytuję je jako bezinteresowne - w zależności od tonacji i okoliczności.

Gorzej, kiedy osoby mi znajome a traktujące mnie czy dzieci jako ogół zazwyczaj obojętnie, albo osoby z jakimi jestem w bardziej skomplikowanych relacjach wzajemnej formalnej zależności słodzą na temat małej.

Budzi się we mnie zaraz podejrzliwość. Bo rodzica najłatwiej kupić skomplementowaniem dziecka.

Oczywiście uważam, że mała jest wspaniała, pogodna, bystra. Jednocześnie jestem obiektywna. Każdy maluch jest na swój sposób cudem. Nie oczekuję zachwytów od otoczenia, zwłaszcza takich z kategorii "bo wypada".

Kiedy się pojawiają zaczynam się zastanawiać, czego ta osoba ode mnie chce? Co chce ugrać? O co chodzi?

Może to źle świadczy o moim sposobie postrzegania świata, ale wolę mój spokojny pesymizm pt. wszyscy mają wszystkich w d. od radosnego naiwnego etuzjazmu pt. wszyscy mnie i moje dziecko kochają.

Od czasu do czasu kiedy mnie duma rozeprze do niemożności wstawiam zdjęcie Buby na Fejsa i zaspokajam swoją próżność na chwilę:)

A jak jest u Was?

czwartek, 17 marca 2011

Kobieta kobiecie wilkiem, tfu - kobietą

Wczoraj byłam świadkiem niemiłej scenki. O ustępowaniu miejsc w MPK pisałam już będąc w ciąży, ale tutaj sytuacja nie dotyczyła kobiety ciężarnej, ale de facto malucha.

Jechałam o ósmej rano tramwajem do pracy, do którego weszła mama z dwulatkiem. Poderwałam się, ale ona podeszła do siedzenia oznaczonego naklejką jako przeznaczonego dla mamy z dzieckiem. Poprosiła siedzącą tam kobietę, na oko 50-latkę o ustąpienie miejsca. Grzecznie.

Tymczasem pani ta naskoczyła na nią werbalnie, pełna agresji i świętego oburzenia.
Mama spokojnie wytłumaczyła, że jest to miejsce dla mamy z dzieckiem i ma prawo usiąść.

Podziwiałam ją za asertywność i śmiałość w egzekwowaniu tego co ważne dla jej dziecka.

I tak sobie pomyślałam, że kobieta kobiecie wilkiem, tfu, kobietą...

Pani agresorka być może sama kiedyś była mamą małego dziecka, ale dziś już zapomniała jak to jest.

Brakuje nam czasem swego rodzaju babskiej solidarności, często byśmy siebie pogryzły...

I kiedy w nas tyle uzewnętrznionego focha, akcje MPK będą się rozbijać o ścianę obojętności.



(Tymczasem muszę jednak przyznać, że mi nikt nie odmówił pomocy z wniesieniem mojego wozka do pojazdu, a lekki on nie jest. Czasem na przystanku spotyka mnie nawet bezinteresowna inicjatywa.)

Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała w sobie tyle zwykłej śmiałości, by umieć poprosić o miejsce dla Ninki. Chodzi przecież o bezpieczeństwo takiego szkraba, który nie ustoi pewnie w tłumie, w kołyszącym się pojeździe.

Rozumiem zmęczenie innych pasażerow i ich prawo do miejsca równe z moim.

Ale...

"List do ludożerców

Kochani ludożercy
nie patrzcie wilkiem
na człowieka
który pyta o wolne miejsce
w przedziale kolejowym
zrozumcie
inni ludzie też mają
dwie nogi i siedzenie
Kochani ludożercy
poczekajcie chwilę
nie depczcie słabszych
nie zgrzytajcie zębami
zrozumcie
ludzi jest dużo będzie jeszcze
więcej więc posuńcie się trochę
ustąpcie
Kochani ludożercy
nie wykupujcie wszystkich
świec sznurowadeł i makaronu
Nie mówcie odwróceni tyłem:
ja mnie mój moje
mój żołądek mój włos
mój odcisk moje spodnie
moja żona moje dzieci
moje zdanie
Kochani ludożercy
nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę"

T. Różewicz

P.S Nieustająco zachęcam do udziału w konkursie z marką Ibum. Jeszcze 3 dni:)

wtorek, 15 marca 2011

W weekend skoczyłam do centrum handlowego polować na wiosenne portki. Niestety, wszystkie szyte są na długonogie nieproporcjonalne szkielety, więc nic nie udało się znaleźć. Poza tym wszędzie na wieszakach rurki, które nie uwzględniają proporcji kobiet o falujących biodrach. Ale to temat na inną historię pt. jak przemysł odzieżowy buduje kompleksy.

Ale ja nie o tym.

Przypadkiem na wystawie Smyka zobaczyłam opakowanie zabawki, jaka mnie rozbroiła. My cleaning trolley, czyli wózek sprzątaczki za jedyne 149 zł. Na opakowaniu oczywiście dwie szczęśliwe dziewczynki, jakżeby inaczej.

Zdziwiłam się tylko, że białe, a nie latynoski czy czarnoskóre.

Może dostosowali zabawkę do warunków europejskich i są to małe Ukrainki?

Zabawka wygląda mniej więcej tak.

A może to jest tak, że ja się teraz oburzam i rozpatruję w kategorii stereotypów i dyskryminacji płciowej, a za 2 lata sama kupię Bubie taki zestawik, żeby uczyła się porządku gówniara?

W tym kontekście ciekawa wydaje się praca Lity Ledesmy pt. Low expectations.

Odnosi się ona do tego, jak społeczeństwo przez zabawki typu  "My cleaning trolley" wdrukowuje w dziewczynki to, żeby miały niskie oczekiwania już w dzieciństwie. Praca nawiązuje do tradycyjnych papierowych lalek do ubierania. Dziewczynki mogą ubierać księżniczki, modelki i marzyć. A ta lalka odbiega daleko od marzeń i oczekiwań. Nawiązuje do rozczarowującej rzeczywistości dorosłego życia. Zamiast królewny mamy sprzątaczkę w McDonaldsie, nieatrakcyjną i nieszczęśliwą.

Bardzo lubię takie prace, które zmuszają do myślenia!

P.S Przypominam o konkursie z marką Ibum, zapraszam i dziękuję za dotychczasowe zgłoszenia:)

poniedziałek, 14 marca 2011

Zostałam zaproszona jako jedna z kilku blogerek do akcji promocyjnej dla marki Ibum.

Dzięki temu mogę zorganizować dla Was prosty konkurs z fajną nagrodą. Sama w zamian otrzymuję również upominek  taki, jaki jest do wygrania w konkursie. (czuję, że może się w przyszłości przydać, bo Buba nie znosi ani obcinania pazurów, ani czyszczenia nosa, a zatem mam czelność sądzić, że nie da sobie zmierzyć temperatury zwykłym termometrem).

Ibum to zawiesina przeciwgorączkowa firmy Hasco Lek. Więcej o nim na stronie produktu. Przyznaję bez bicia - nie stosowałam. A to dlatego, że na szczęście nie miałam sytuacji, kiedy taki środek byłby potrzebny. Cena przyjazna z tego, co widzę w sieci. W składzie ibuprofen i składniki pomocnicze. Oczywiście zaraz pobiegłam w sieć sprawdzać, czy zawiera cukier - nie ma go (ale jest sacharoza), alkoholu też niet.

[Uwaga, update. W składzie nie ma sacharozy, jest maltitol. Więcej w notce o wynikach konkursu]

Jak to w tego typu środkach są wewnątrz różne utrwalacze. No ale zakładam, że nie podajemy tego typu środków nagminnie. Swoją drogą chętnie bym poznała jakieś doświadczenia mam odnośnie skuteczności środków typu syrop a np. czopki. I doświadczenia względem podawania syropów. Tutaj w zestawie jest specjalny aplikator do dzioba, ułatwiający podanie środka bez rozlewania.

Załączam dodatkowo link do wideoporadnika marki Ibum na temat obniżania temperatury. Zawiera podstawowe porady na ten temat. Można mieć jedynie uwagi do słodkiego jak soczek malinowy tonu lektorki. Nieco mniejsza ilość lukru nie zaszkodzi! Natomiast sama zawartość filmu jest ok.

A do wygrania w konkursie fajny termometr bezdotykowy marki Baby Ono - jego wartość rynkowa wg, tego co mówi mi Nokaut to od ok. 130 zł wzwyż.

A zadanie konkursowe jest łatwiutkie.

Proszę o opisanie w komentarzu "gorączkowej historii", a zatem sytuacji, kiedy Wasze dziecko dopadła gorączka. I wcale nie chodzi mi tu o opis bohaterskiej, zwycięskiej walki, a raczej tego, jak to naprawdę wyglądało. Jak się mordowałyście, co zrobiłyście, jakie emocje Was dopadły, po jakie metody sięgałyście? Czy pierwszy był telefon do pediatry, czy mamy/babci/koleżanki? A może macie radzenie sobie z podbramkową sytuacją we krwi i nic Was nie ruszyło? Ja przyznaję, cieszę się po cichu, że nie miałam takiej akcji i  każdego dnia obiecuję sobie, że uzupełnię apteczkę w razie W. Najwyższy czas!

Nie oceniam merytoryki wypowiedzi, ale szczerość, potoczystość i ciekawość posta.

Zapraszam, bo nagroda jest naprawdę fajna.

Przed wpisem proszę o zapoznanie się z regulaminem.

Konkurs trwa od 14 do 20 marca.

Skontaktuję się z wybraną osobą. Wysyłkę nagrody zapewnia sponsor:)

piątek, 11 marca 2011
  • Być matką jest bosko.
  • Być matką jest słodko.
  • Cały czas fruwasz w różowych chmurach miłości.
  • Twoje dziecko jest tłuściutkim aniołkiem o nieskalanej cerze, niewydalającym, niepłaczącym, niewymagającym, nieirytującym.
  • Ty jesteś wymuskaną lalą o anielskim uśmiechu.
  • Nie marzysz o niczym innym jak o zabawie z Twoim maluchem 24h na dobę
  • itd


BULLSHIT

Taki wyjaskrawiony obraz przedstawia oczywiście reklama.
Wszystkie wiemy, że to nieprawda.

Prawda jest po środku, ale czasem bywa przejaskrawiona w drugą stronę.

Tak, że masz wkurwa, że zostałaś matką i nie masz na nic czasu.

Jak ja.

  • Koleżanka z pracy ciągnie mnie na warsztaty tańca. Dupa blada, nie masz kiedy iść, choć zawsze o tym marzyłas.
  • Ma też tańsze bilety do teatru. A z kim zostawisz dziecko? I z kim pójdziesz, skoro małż w obcym mieście, a znajomych jakby znacząco ubyło?
  • W sobotę jest impreza z moją ulubioną muzyką. Nie ma opcji. A poza tym i tak padasz na pysk.
  • Kolega prosi o odebranie jednej rzeczy u niego w domu między 19-20tą. O tej porze przecież karmisz i kąpiesz Maludę.
  • Kumpela wkurza się, że nie odpisujesz na maila. Nie masz czasu umyć włosów, a co dopiero napisać maila (ale hola, hola - czas na posta na blogu musi być!)
  • Ludzie z pracy idą na borwara po robocie. Jasne... Ty z wywalonym jęzorem lecisz przez korki.
  • Właśnie kładziesz się po cichu spać/wchodzisz do wanny z pianą, kiedy Buba postanawia się nieelegancko rozryczeć przez sen i domagać cyca, utulenia, uwagi. Ze spania nici.


W takich momentach mam ochotę usiąść i ryczeć nad utratą wolności.
Ale nie mogę.
Nie płakałam od tak dawna, nie mogę sobie popuścić smyczy. Bo wtedy bym nie wstała.

Tak, bycie matką bywa cholernie frustrujące i wykańczające do kwadratu.
Ale bywa też budujące, wzruszające, uczące.

Szkoda, że tych pierwszych chwil jest tak dużo. Tak dużo jak tych drugich.

Chodzi przecież o to, by plusy nie przesloniły Ci minusów...


Żebys mogła tak dobrze poczuć co tracisz, wiedząc, ile zyskujesz.

czwartek, 10 marca 2011

Ja p...olę!
Ile jeszcze czasu?
Ciekawe co ona tam robi?
Czy płacze?
Czy szuka piersi?
Trzeba się stąd wyrwać zadzwonić do niani, że się spóźnię!
Cholera już szósta!
Nawet nie mam jak stąd wrócić!Trzeba było robić prawo jazdy!
O nie, do ... nędzy, to spotkanie nawet nie zbliża się do połowy!
Już się robi ciemno!
I burczy mi w brzuchu z głodu...

Tak sobie wczoraj myślałam, nerwowo wiercąc się  na krześle.

Usiłując robić korpo minę...

Dlaczego?

Pojechałam na korpo spotkanie do ważnego klienta.
Było na godzinę 14:30. Klient spóźnił się godzinę. Wynikły ważne kwestie i przeciągnęło się do prawie dziewiętnastej! A pracę niby kończę o 16:30.. Plus dojazd do domu - i zazwyczaj jestem na siedemnastą.

Tymczasem o tej godzinie spotkanie nawet nie było w połowie. I nie miałam jak się stamtąd wydostać, tym bardziej, że było pod Poznaniem. A Małż przebywa zawodowo w innym mieście... Byłam więc w przysłowiowej czarnej dupie.

Myślami byłam zupełnie gdzie indziej, przy Ninie.  

I tutaj okazało się, jak szczęśliwie w takim wypadku jest mieć nianię, a nie żłobek na godziny.

Moja Niania stanęła na wysokości zadania. Zareagowała ze spokojem, wykąpała małą, nakarmiła, odgrzała mi kolację, zrobiła herbatę... Tak zwyczajnie, po ludzku, ciepło. Mimo, że miała swoje plany. Rozwiała czające mi się w głowie niepokoje - pokazała, że mogę na niej polegać. Przypadkowo kryzysowa sytuacja okazała się zdanym na piątkę testem.

Ninoczka po moim powrocie nie wyglądała na zrozpaczoną. To też był dla mnie dowód tego, że nie czuje się samotna. choć przecież o siódmej wisi zazwyczaj na piersi i szykuje się do spania.

Gorzej ja to zniosłam.

Co nie zmienia faktu, że ostatno dobrze zaczęłam powrót do pracy po macierzyńskim, udało mi się dobrze przygotować pewną koncepcję, która została wybrana przez klienta do realizacji.

Czyli można.

Ale w normalnych godzinach pracy!

Bo wczoraj poczułam ze zdwojoną mocą jak trudno być zaangażowanym pracownikiem w trybie overtime i mamą malucha jednocześnie.

I jak tęsknota ściska za gardło, a czas pracy wydarty kosztem dziecka staje się czasem przeklętym i nieefektywnym.

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers