Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 28 grudnia 2011

Nadszedł czas wielkich ucieczek Ni.

Moje dziecię, jak wiadomo, ma zainstalowany na stałe silnik rakietowy. Wszystko co robi, robi z werwą i głośno.

Tak też rozpoczęła uciekanie nam, które odkryła momentalnie po uświadomieniu sobie jak szybko może się przemieszczać wysadzona z wózka i uwolniona z więzów pasów.

Wczoraj byłam z nią w sklepie i mierzyłam jej kilka kombinezonów na zimę. Bożesz Ty mój, jakby rzekła kultowa starsza pani w nie mniej kultowym Klanie, ile ja się przy tym upociłam... Mała odkryła, że genialną zabawą jest uciekanie przez całą długość sklepu na bosaka, z jedną nogawką dyndającą, a drugą założoną. Z głośnym rechotem i tupotem wiała przy każdej możliwej okazji ściągając na siebie karcące spojrzenia obsługi, sarkastyczne parsknięcia lub dla odmiany życzliwe uśmiechy pań.

Dziś na placu zabaw uciekała przez przeszkody i wywracała się tak, że wróciłyśmy całe uwalone mokrym piachem. Jak dobrze, że kupiłam ciemnoszary kombinezon... Oczywiście przy okazji wspinała się na wszystkie ślizgawki, drabinki i siatki. Matka przezorna zabrała tetrę do wycierania, dzięki czemu Ni mogła się choć chwilę pohuśtać z radosnym śmiechem.

Śmiech to jedno.

Jest jeszcze druga strona ucieczek - krzyk, wyginanie się, darcie gardła do znudzenia, kładzenie się na ziemi w akcie protestu, kiedy próbuję ją wsadzić do wózka czy upilnować. Ni ma już zadatki na prawdziwego charakternego dwulatka. Na tyle buntowniczego, że wrzaskiem i pokazówkami kaskaderskimi z rzutem na chodnik ściąga uwagę wszystkich nobliwych pań i panów z pieskami na spacerze. Oczywiście potrafi w sekundę z ryku przejść w czarujący uśmiech aniołka i zagadywanie do pieska. Ewidentnie ćwiczy i bada granice.

Na szczęście zaliczyłam warsztaty dla rodziców o mówieniu nie i radzeniu sobie bez klapsa. Teraz już jestem dyplomowaną matką z zaświadczeniem...:)) Próbuję wdrażać omawiane metody, zobaczymy co wyjdzie z tego w praktyce przy moim nieszablonowym dziecku.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ninka pod choinką znalazła sporo książeczek, także zabawkę interaktywną od mojej koleżanki, czy m.in. flecik od dziadków. W paczce od niani natknęła się za to na dziecięce ciasteczka owsiane w wielkim pudle a w pakach od dziadków dodatkowo na miśkopty. I to właśnie ciastka stały się świątecznym hitem.

Nie książeczki, nie flecik, nie brzęcząca zabawka (choć jej też poświeciła uwagę, narażając cierpliwość na szwank naciskając uporczywie jeden klawisz wywołujący jedno nagranie), ale ciastka.

Biegała po domu z kartonikami domagając się wyciągania ciastek i protestując przy próbach ich odebrania. Drugim jej odkryciem była prosta, nieposiadająca bajerów, ale siusiająca po napojeniu lalka, której proces fizjologiczny można podglądać i wysadzać ją na nocnik.

Na dzisiejszym spacerze jej uwagę przykuła zaś ławka z wgłebieniem, w której zbierała się woda i sosnowe igły. Ze skupieniem wrzucała pozostałe igły do dziurki i moczyła palce w wodzie. Czy czegoś więcej trzeba? Nie chciała stamtąd odejść.

I zastanawiam się, czy ktokolwiek decydując się na kolejne dzieci ulega konsumpcyjnej propagandzie i modzie na wszelkie interaktywne zabawki? Po obserwacji własnego dziecka te wszelkie opisy o stymulowaniu motoryki małej, koordynacji, równowagi itd. śmieszą. Czy oprócz zupełnie zielonych rodziców ktoś się na to łapie?

Nie dajmy się zwariować. I tak w rankingu zabawek wszechczasów wygra patyk:) 

czwartek, 22 grudnia 2011

Czytaczki i czytacze, dziękuję za to, że ze mną tutaj jesteście, zaglądacie i zostawiacie swój ślad.

Z okazji tegorocznych świąt życzę Wam zachowania iskierki świątecznej magii na co dzień.

Abyśmy na co dzień, w tym pędzie, mogli znaleźć czas na małe wzruszenia, odpoczynek, bycie razem, z dala od mediów, zgiełku, spraw do załatwienia.


Aby czasami było miejsce na swoistą stop-klatkę, kubek gorącej czekolady, myśli otulające jak ciepły koc. I życzę bliskich, którzy są naprawdę bliscy. I obcych, którzy stają się mniej obcy...

Tego Wam życzę ja, i mąż i pozwolę sobie założyć, że także Ninka vel Buba vel Myszka vel Pyszczorek.

Która to właśnie wrzuciła mi smartfona do wanny pełnej wody z radością małego odkrywcy...

Jak Pulpecja w Kwiecie Kalafiora Musierowicz, która ukradkiem wrzucała wszystko do zlewu, w tym pieniądze (które zapchały kolanko) i relacjonowała to w listach nieświadomej mamie leżącej w szpitalu:

" Mamo. Kacka lubi pływać. Głupia kacka bo tonie. Pa, "Mamo. Ja pisę. Miś nie lubi pływać. Głupi miś bo tonie. Pulpa" 

"Mamo! Tu ja. Piniondz nie lubi pływać. Głupi piniondz bo tonie. Pulpa. Już kończę, tą notkę, papapa..."

"Mamo. Ja pisę. Mis nie lubi pływać. Głupi mis bo tonie. Pulpa."

"Mamo! Tuja. Piniondz nie lubi pływać. Głupi pmiondz bo tonie. Pulpa."

A potem: 

"Co robisz? - spytała, widząc siostrzyczkę schyloną nad umywalką.
- Patrzę - brzmiała odpowiedź. Z kranu ciurkała żwawo zimna woda i Pulpa
miała mokry przód sukienki.
- Na co patrzysz? Chodź na obiad szybko.
- Patrzę, że to nie tonie.
- Co nie tonie? - zdziwiła się Gabrysia.
- Pieniądz nie tonie. A zawsze tonął. Kaczka utonęła i miś, i dużo rzeczy utonęło.
A pieniądz nie tonie.
Tknięta dziwnym przeczuciem, Gabrysia niemal nieświadomie zbliżyła się do
umywalki. Była ona pełna wody. W wodzie pływały różne drobne przedmioty - od maskotek,
poprzez plastykowe koraliki, do znaczków pocztowych. Pulpa zaś, nachylona
nad tym wszystkim, ze skupieniem badała zachowanie dwustuzłotówki, wirującej na
powierzchni wody. Ponieważ w rzeczy samej banknot nie tonął, popychała go szczotką
do zębów w stronę odpływu.
- A!!! - wrzasnęła Gabrysia, co Pulpę tak przestraszyło, że omal nie zleciała ze
stołka między obiekty swych badań naukowych.
- Co, Gabuniu?
- Dawaj to!
- Które?
- To, to - jęczała Gabriela, łowiąc dwusetkę jedną ręką, a drugą gorączkowo
macając po dnie umywalki w poszukiwaniu zatyczki. Należało jak najszybciej opanować
odpływ wody, której strumień mógł unieść ze sobą jeszcze jakieś fragmenty ojcowskiej
pensji.
- Teraz rozumiem - powiedziała Gabrysia do ojca, który stanął w drzwiach łazienki
z prośbą o ocet zamarłą na ustach. - Teraz rozumiem, dlaczego tak źle tu woda
spływała. Tato, trzeba odkręcić kolanko. Znajdziemy zapewne górę forsy."
 

Ja też zaraz wyląduje w szpitalu przez Buby pomysły i wściekłość na siebie... Zdążyłam naszykować wodę do kąpieli, gdy wpadł tajfun i zrobił "bam!!!!"

Moja rada - nie dawać dzieciom telefonu do zabawy i nie rajcować się, jak pięknie mówią "haloo", bo to może być ostatnie "haloo" w zyciu. Telefonu lub Waszym, jeśli zejdziecie na zawał...

niedziela, 18 grudnia 2011

Pojawienie się i rozwój dziecka oprócz wszystkich mniej lub bardziej spodziewanych efektów przynosi ze sobą także rozwój rodzinnej nowomowy.

Pojawiają się i wchodzą do słownika nowe wyrazy i określenia, jakie wymyślają rodzice i rodzina, przezwiska małego stwora i dziecięcych produktów, utensyliów oraz rozmaitych czynności.

Potem nowomowę skutecznie uprawia samo dziecko, stymulowane przez rodziców (u nas chociażby na czasie jest " Ninka powiedz -lampa-". "PAMMMPA!!" - odpowiada dziecko słodkim głosikiem, a rodzice mają ubaw).

Rodzinne słowotwórstwo, te słowne radosne prowizorki zostają potem na długo w języku. I budują fajne ciepło, wpisują się we wspomnienia. Do dziś pamiętam, że dla mojej siostry mgła była ugmą a jeleń lejeniem...

Przykładowo Wańkowicz w Zielu na Kraterze pisał o ichnim słowie "kuwaka":


„Kuwaka” jest to słowo rodzinne, będące wynikiem superlenistwa tatowego. Zalecam ten wynalazek wszystkim ojcom rodzin.
Pyta Żona, jakie wrażenie zrobiła na mnie pewna osoba, a tu taka ciekawa gazeta… Więc odpowiada się:
— Taka… kuwaka…
Intonacją się podbarwi tak, że żona już wie, o co chodzi, a definicji szukać nie trzeba. Krysia, wieczny pyton, pyta, jak się nazywała kometa Halleya („grzyb — co to jest?”). Po co jej tam
jakaś przedwojenna kometa? Mówię, że „kuwaka”. Potem już wygodne słówko przyswajają sobie wszyscy i to zubożenie mowy wszystkim wychodzi na zdrowie i „szczędzi nerwy” jak kawa HAG.

Okazuje się, że jakieś kuwaki proszą do telefonu, przychodzą z rachunkami, proponują sprzedaż mydełek, że jakaś kuwaka siedzi u kucharki w kuchni, a inna kuwaka piele ogródek. Okazuje się, że toalety widzianych pań, o które zapytuje Mama, były kuwackie, że ten i ów postąpił bardzo po kuwacku, co może być, zależnie od intonacji głosu, pochwałą lub naganą.

„Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, z czego wynika że język jest najmniej udolnym, fałszującym rzeczywistość środkiem porozumienia. Po cóż więc
ten fałsz, tę gruboskórną botokudzką formę porozumienia wprowadzać do rodziny, kiedy uśmiech, spojrzenie, gest powiedzą wszystko”


U nas na przykład w obiegu mamy takie słówka:

  • pieluchersy - pieluchy
  • kaszalot - czyli kaszka
  • baleron - czyli balkon
  • teleron - telefon, efekt literówki w smsie
  • posiłaki - czyli zmienione przez literówkę w moim smsie słowo "posiłki" ("czytam przy posiłakach", co wprowadziło domysł, że są to jakieś małe stworki
  • Myszkę, Bubę, Bubiszona, Bubolka, Pyszczora, Pięknotę, Bubusię - czyli ksywki Ninki
  • Ewa Kopacz - Ninka była tak czasem zwana, kiedy jako maluch strasznie wierzgała nogami przy ubieraniu
  • ma ni - czyli przekręcane tak przez Ninusię wyrażenie "nie ma", wspomnianą pampę - lampę i wiele innych przekręcanych przez nią wyrazów (okotko - okulary, siaty - kwiaty, trrrr - auto, misi-misio, bam - piłka, pacie - kapcie, boty - buty, halo - telefon, bani - pani i in.)

Macie takie słowa wytrychy, znane w rodzinie i przez nielicznych z otoczenia?

czwartek, 15 grudnia 2011

Dzisiaj rano mąż nazwał mnie ryczącą trzydziestką.
Kończę 30 lat.


Z tego tytułu nie będzie smętów. Ale nie będzie też imprezy. Za dużo rzeczy się skumulowało w ostatnim czasie. Na przykład tylko w tym tygodniu mężowi ukradziono telefon, a niania oznajmiła, że od poniedziałku idzie na zwolnienie i muszę szukać na gwałt opieki dla małej na parę dni...

Weźmy to jednak lajtowo!

Napotkałam na przykład zestawienie z przymrużeniem oka 30 rzeczy jakie wg The Frisky.com powinna umieć 30-to letnia kobieta. Niektóre banalne, inne nudne, inne zastanawiające:

1. Ugotować jajko na twardo (haha, ciągle nie wiem ile czasu się powinno gotować, i po prostu nakłuwam je by sprawdzić)
2. Dyplomatycznie powiedzieć mamie, że ma się odczepić (hmm, moja mama jest z gatunku nieczepliwych, ale jak jest konflikt, to raczej jestem mistrzynią gaf)
3. Być mistrzem na rozmowie kwalifikacyjnej (ee tam, nogi zawsze się trzęsą, na szczęście przeżyłam tylko kilka rozmów - szczęśliwie mam dość dużą skuteczność)
4. Zaprosić faceta na randkę (na trzeźwo nie do przyjęcia...)
5. Wysłać piękne podziękowania (jestem mistrzem czarującego dziękowania)
6. Wysłuchać przyjaciela w potrzebie (słucham i opieprzam kiedy trzeba)
7. Poprosić o pomoc (na szczęście umiem, wyspecjalizowałam się np. w proszeniu o wtachanie wózka)
8. Zakończyć niezdrowy związek (hmmm, jakieś 11 lat temu to zrobiłam ale przyznam, że nieelegancko)
9. Pięknie opakować prezent (mam jeden stały patent, na razie robi jeszcze wrażenie na niewtajemniczonych :P)
10. Ładnie odmówić (myślę, że umiem, stanowczo, nie ładnie)
11. Wyczarować obiad z 5 rzeczy z lodówki (no problem, zawsze tak robię!)
12. Zapomnieć o zadowalaniu faceta, kobieta powinna powiedzieć facetowi co ją zadowala (a ja myślałam, że to działa w obie strony?)
13. Przyszyć guzik (ledwo ledwo mi się udaje i zawsze zrobię to krzywo)
14. Zmiksować zabójczy koktajl (nie pijam i nie umiem, ale gin z tonikiem zrobię:)
15. Zdjąć stanik bez zdejmowania koszuli (betka, nie takie rzeczy się potrafi!)
16. Nałożyć szminkę w ciemności (a błyszczyk palcem się liczy?)
17. Zbilansować książeczkę czekową (nie dotyczy, nie wiedziałam, że to jeszcze jest w użyciu w USA)
18. Stworzyć budżet (haha, stworzyć potrafię, ale nie umiem przestrzegać)
19. Znaleźć najlepszą ofertę (mistrzyni!)
20. Negocjować podwyżkę (forget it!)
21. Czytać mapę (Gdzie góra? Gdzie dół? Gdzie ja jestem?)
22. Zamachać na taksówkę (nie dotyczy, ale umiem zamówić telefonicznie! W końcu taksą pojechałam do porodu, sama)
23. Powiedzieć coś po francusku tak po prostu (Dla szpanu? Teraz się szpanuje rosyjskim)
24. Przeprosić za pomyłkę (notorycznie to robię...)
25. Dobrać strój do sylwetki (frustrujące, ale działa!)
26. Przeprowadzić się (już się zdarzało, na raty, szybko i nerwowo)
27. Odróżniać podróbki torebek, przyjaciół, diamentów (tak, zwłaszcza diamenty odróżniam, widuję je przecież na co dzień)
28. Symulować zainteresowanie (oo, przydatne w korpo świecie)
29. Wiedzieć, jaki napiwek dać od rachunku na 25 dolców za obiad (o nie dotyczy, w Polsce sukcesem jest wystarczy wiedzieć, ze wypada dać napiwek)
30. Potrzymać dziecko (mistrzostwo świata, trzymam pod pachą, a drugą wyciągam pranie)

A jakie są efekty trzydziestki?

  • Problem z uwierzeniem, że to już trzydzieści
  • Konieczność zaznaczania nowego okienka wieku we wszystkich formularzach
  • Oficjalne rozpoczęcie korzystania ze specjalnych kremów dla pań w średnim wieku
  • Możliwość cieszenia się, że na szczęście jeszcze 10 lat do czterdziestki...
  • Zamiast martwić się o trądzik można martwić się o zmarszczki i siwe włosy
  • Oficjalnie zaczynasz myśleć o siebie jak o kobiecie, nie dziewczynie
  • Możesz się uśmiechać, kiedy ludzie kłamią, że nie dowierzają, że masz 30 lat
  • Idąc na imprezę musisz uważać, czy to nie jest oby za bardzo młodzieżowy klub, a szalejąc na parkiecie na imprezie pilnować, żeby nie zostać uznaną za ryczącą trzydziechę
  • Możesz sobie więcej rzeczy odpuścić wiele rzeczy i staranie się za bardzo
  • Masz już zapas doświadczeń, tak, że możesz dawać dobre rady i czerpać nauki ze swoich błędów
  • Możesz marzyć o tym co zrobisz fajnego przed czterdziestką, kiedy twoje dziecko już podrośnie
  • Możesz wspominać swoje wpadki sprzed dziesięciu lat i już się z nich śmiać



Jakieś inne pomysły?

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czy wiecie, że w Japonii po zlikwidowaniu soboty jako dnia nauki w szkołach podniosło się larum rodziców, którzy nie wiedzą jak spędzać czas z dziećmi?

Czy zdarzyło się Wam napisać na gg czy Facebooku do swojego domownika, że ma przyjść na kolację?

Czy wiecie, że po wprowadzeniu monitoringu w USA, sprawdzającego, kto najczęściej przejdża nielegalnie na czerwonym świetle okazało się, że są to mamuśki wiozące dzieci z jednych zajęć dodatkowych na drugie?

Czy wiecie, że rosną wskaźniki problemów psychicznych u dzieci i młodzieży, związanych z odczuwanym stresem, presją, osamotnieniem?

--


Od mojej mamy dostałam w prezencie świetną książkę  "Pod presją" Carle'a Honore. Jak myślę - z pewnym podtekstem... W końcu często tu piszę o zabawach edukacyjnych, rozwoju Ninki, stymulacji zabawą, "naturalnej ciekawości"...

Książka, mimo, że porusza znane tematy i czasem pokazuje dość oczywiste fakty, jednocześnie stawia całość rodzicielstwa XXI wieku w dość nowym świetle.

A o czym pisze autor?

O tym, że w dzisiejszych czasach dzieciństwo stało się projektem, nie procesem. I podlega mikrozarządzaniu przez rodziców. Każdy z nas ma zakodowane genetycznie pragnienie posiadania małego geniusza i robi wszystko lub wiele, nawet podświadomie, by tego geniusza w dziecku wyzwolić.

Lub wyhodować.

Wg autora dzieciaki od kołyski podlegają presji.

Najpierw słuchają w łonie matki Mozarta, a nawet są podglądane przez domowe urządzenia do ultrasonografii. Po narodzeniu są stymulowane specjalnymi czarno-białymi obrazkami i programem Baby Einstein.

Potem pojawiają się zabawki edukacyjne, edukujące często tylko z nazwy (w przytaczanym eksperymencie dzieciaki, jakim dano do wyboru super nowoczesne elektroniczne zabawki i np. klocki, lalki etc zazwyczaj koniec końców wybierały Lego - bo można się nimi bawić na nieskończenie wiele sposobów).

I od wczesnego dzieciństwa zaczyna się lawina zajęć, kreatywnych zabaw, angielski i rytmika dla najmłodszych etc.

Potem - przedszkola z indywidualnymi programami nauczania. 

W szkole zajęcia pozalekcyjne. A po lekcjach albo okablowujemy dzieci elektroniką (dziecko kwitnące przed komputerem nie wpadnie w naszych wyobrażeniach przynajmniej włócząc się w złe towarzystwo) albo przestymulowujemy je nadmiarem warsztatów, korepetycji, kursów czy zajęć sportowych (podobnież dzieciakom zdarzają się kontuzje spotykane u profesjonalnych sportowców). Pieczemy ciasta z dzieckiem, bo ma to kształcić motorykę i zmysły, a nie dla samej radości pieczenia.

A do tego dochodzi koszmar tradycyjnego systemu edukacji - testów, sprawdzianów, porównywania dzieci z innymi, wiecznych egzaminów, lekcji, dzwonków, odpytywania, kucia na pamięć... Jako alternatywy dla tradycyjnego systemu edukacji autor przytacza np. szkołę waldorfską, angielską szkołę St. John's w Malborough, Leśną Szkołę w Tajwanie czy włoskie przedszkola Reggio. Moje serce aż się wyrwało i rozmarzyło po przeczytaniu opisów dnia szkolnego i otwartości umysłów uczniów tych szkół...

Honore uważa, że potrzebna jest nowa definicja dzieciństwa, uznanie go jako próby gneralnej przed dorosłością ale bez presji. "Planowanie przyszłości, by nie stracić magii codzinności". Jak pisze: "dzieci muszą czuć się bezpieczne i kochane; wymagają naszego czasu i uwagi bez żadnych wstępnych warunków; muszą znać granice; muszą miec przestrzeń, gdzie mogą popełniac blędy i ponosić ryzyko; muszą spędzać więcej czasu na dworze; nie można ich stale porównywać z innymi i nieustannie oceniać ich postępów, muszą jeść zdrowo; muszą mierzyć wyżej niż posiadanie najnowszego markowego gadźetu; muszą mieć miejsce dla siebie. Ale szczegóły (...) różnią się."

Piękne to wszystko i prawdziwe, ale jakże trudne do zrealizowania. Ten złoty środek jest najtrudniejszy!

Sama kiedy patrzę na siebie, widzę złe zalążki presji i parcia na rozwój Ninki. A ta, jak stwierdził mąż i jak sama to widzę, na szczęście jest na tyle oryginałem nie znoszącym ograniczeń (nawet nie znosi kołderki czy śpiworka i rozkopuje się wściekle i skutecznie), że sama decyduje o tym, co będzie robić.

Wczoraj przygotowałam masę solną do zabawy, chciałam uczyć ją kroić, lepić i wałkować. Oczywiście dokumentnie ją olała, walnęła wałkiem i przyniosła mi książeczkę do poczytania.

I niech tak będzie!

 

P.S Dotarłam do rozdziału, w którym autor opisuje zgubne skutki chwalenia dziecka za to jakie jest, a nie za to co zrobiło ("jestes najlepsza, wspaniała, boska" zamiast "super Ci to wyszło", "fajnie się starałaś"). Wunderkind, które jest tak chwalone, w przypadku niepowodzeniai wycofuje się i nie wierzy we własne siły, dochodząc do wniosku, że osiągnęło szczyt swoich możliwości. Poza tym nie podejmuje ryzyka, bo boi się ponieść porażkę i pokazać, że nie jest takie super, jak się wszystkim wydaje....

P.S 2 Ciekawa jest również kwestia braku dyscypliny. Stawiamy dzieci na piedestale, mówiąc im o ich boskości, rejestrując chwile z ich zycia, chwaląc za każdy wyczyn i każdy gryzmoł, wbudowując przekonanie o ich nieograniczonych możliwościach. A potem chodzimy na warsztaty (sic!! jak ja!), aby nauczyć sobie radzić ze swoją niekonsekwencją...

Bardzo pouczające.

sobota, 10 grudnia 2011

Plastry pomarańczy suszą się na ozdoby, masa makowa dla leni kupiona i upchana w szafce, grzyby moczą,  a poszatkowana kapusta czeka na to, aż znajdę wreszcie zrozumiałą instrukcję od super prezentu od rodziców - imponującego wielkością szybkowara, bym mogła nastawić bigos. 

I to w zasadzie jedyne ułamki narastającego świątecznego klimatu  w tym roku.  Z racji rodzinnych perypetii kompletnie nie wiadomo, gdzie z kim i jak je spędzimy i kompletnie nie wiadomo - szykować się i nastrajać, czy odpuścić? 

Okres przedświąteczny zamiast błogością jak kiedyś napawa mnie niepokojem. 

To jedyne święta, które zmuszają mnie tak do podsumowań, wspomnień i rozliczeń, a te nie zawsze są wesołe. Wszystkie sprawy zamiatane pod dywanik przez cały rok wywlekają się zakurzone na światło dzienne i rażą swoim istnieniem, dręczą...

Na dodatek oczywiście w sklepach pełen amok, krzątanina, a w Empiku nie można przejechać wózkiem między zastawionymi pakami alejkami.  Wszystko brzęczy "kup mnie, kup mnie, więcej, szybciej" Nawet Mariah Carey przerobiła swój świąteczny hit All I want for christmas na promujący sieć Macy's lukrowany duet z cukierkowatym mydłkiem Justinem Bieberem., a Polacy wyprodukowali podróbę filmu Love Actually:)

Strasznie mnie to irytuje. Irytuje mnie też pęd ku prezentom, przymus kupowania, który i ja sobie przyswoiłam. Od początku grudnia główkuję, komu co i kiedy. A potem się okazuje, że książkę jaką planowałam kupić mężowi, ta gadzina już sobie kupiła...

A w kontekście dziecięcym - kombinowałam co kupić Bubie, a przecież zabawek ma co niemiara. Bawi się głównie garami i pokrywkami w kuchni oraz wdrapuje nam na kolana by jej czytać. Stwierdziliśmy z mężem, że nie ma po co kupować jej czegoś, co będzie zalegało w rosnącym nadmiarze. Zakupione zostały i czekają dwie książki - "Dawno temu w Mamoko" i "Bobo". Prawdopodobnie dokupię coś z serii "Obrazki dla maluchów" (rewelacyjna seria) albo tablicę magnetyczną. I koniec.

Koniec z presją świątecznego kupowania. 

Może w tym całym amoku świątecznym bolesne dla rodziców jest zwyczajne uświadomienie sobie, że to, czego dzieciarnia najbardziej od nas potrzebuje, to nasza uwaga. Żadna hiperzabawka jej nie zastąpi, choćbyśmy o tym czasem marzyli... Nie wierzę bowiem, że dzieciaki nie dostają w ciągu roku prezentów. W ten sposób te świąteczne, kiedyś tak wyczekane, dzisiaj mogą tracić smak.

A może właśnie - o czym marzę i o czym kiedyś pisałam - kiedyś zamiast kupowania wprowadzimy nową świecką tradycję upominków własnoręcznych, z duszą, skromnych. Aby był w tym wszystkim sens - bycie razem i dla siebie.

poniedziałek, 05 grudnia 2011

Weekend spędziłam pracowicie na szkoleniu w pracy. W sobotę 9 godzin, w niedzielę 5,5. Nie muszę mówić, jak padnięta się czuję, choć samo szkolenie było bardzo ciekawe. Na szczęście Mężowe Pogotowie Ratunkowe nie tylko zadbało o to, bym mogła się przespać po powrocie, ale jeszcze uzupełniło mi poziom cukru we krwi, kupując pyszności w cukierni...

Wszyscy obecni na szkoleniu byli nieco wypluci i zgaszeni po całym tygodniu orki. Nawiązała się rozmowa o towarzyszącym nam poziomie zmęczenia. Rzuciłam, że w sumie dla mnie nie ma aż tak wielkiej różnicy między weekendem a tygodniem pracy z powodu opieki nad Ninką i braku opcji zarządzania swoim czasem dowolnie czy wyspania się.

Usłyszałam od koleżanki (atrakcyjnej, bezdzietnej, dobrze sytuowanej, podrożującej, aktywnie uczestniczącej w życiu kulturalnym i lokalnej socjety) dość zjadliwym tonem "sama chciałaś..."

Pytanie - czy ja chciałam?

Czy ja chciałam się niewysypiać, ograniczyć moją wolność i rozwój osobisty? Ja chciałam mieć dziecko...

Oczywiście, decydując się na dziecko, jesteś świadoma mniej lub bardziej nadchodzących ograniczeń. I tak podejmujesz tę decyzję, bo korzyści emocjonalne z bycia matką, ogrom uczuć i wyzwań jest ogromny, a wewnętrzny pęd będący miksem biologii i psychiki jest u ciebie nieubłagalny. Oczywiście wcale nie twierdzę, że ten pęd jest naturalny, wrodzony i powszechny dla wszystkich. Mnie jednak dopadł.

Czy decydując się na dziecko CHCESZ I MUSISZ publicznie z uśmiechem i milczeniem akceptować wszystkie tego niefajne konsekwencje?

Czy musisz tym samym spełniać stereotyp Matki Polki? Troskliwej, ograniczonej kwoki z pieluchowym zapaleniem mózgu? Bo jeśli tylko się wychylisz z niego, oderwiesz od przyjętej konwencji, spotyka cię ostracyzm? Albo w ogóle nie powinnaś w pewnych kręgach podejmować tematu posiadania dziecka, bo jest wstydliwy?

Czy nie możesz choć raz przyznać publicznie, że nie jest łatwo? Bo przecież i tak wstajesz, działasz na pełnych obrotach, wykonujesz swoje zadania, byleby tylko nie zostać posądzoną o wykorzystanie swojego macierzyństwa do tłumaczenia leserstwa. Dlaczego nie możesz czasem popuścić pary - w towarzystwie ludzi niebędących rodzicami, by nie zostać rzuconym na pożarcie?

I czy kobiety muszą być dla siebie wrogami?

Czy zostając matką przechodzisz do innego świata, przenikasz przez gruby mur, zza którego nie widać dawnego świata, i z którego ci pozostali, bezdzietni nie mogą zajrzeć do ciebie? I nie chcą. Czasem mam wrażenie, że się nawet brzydzą.

A może taka opozycja bedzietne - matki jest naturalna tylko u nas?
W polskim społeczeństwie dorabiającym się, zmuszonym do wyrzeczeń, z nieistniejącą polityką prorodzinną, z mało przyjaznym prawem, otoczeniem urbanistycznym, bezrobociem i krwiożerczym kapitalizmem zmuszającym do wyśgigu?

Może w krajach, gdzie można sobie łatwo zorganizować życie, gdzie nie ma problemu z urlopami, finansami, pracą, opiekunkami, lekarzami nie jest tak widoczna bariera matki- niematki, o którą często walę głową?

A może wymyślam i  ta bariera jest tylko w mojej głowie?

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers