Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
wtorek, 29 listopada 2011

Przydarzył mi się flashback z wydarzeń sprzed pół roku, kiedy to mieszkałyśmy z Bubą same, a mąż przyjeżdzał tylko na weekendy. A Ninka zazwyczaj budziła się i uderzała w nieziemski płacz, kiedy zanurzałam się po szyję w wannie w gorącej wodzie z pianką i musiałam ją ratować.

W tym tygodniu znów jesteśmy same - mąż haruje podczas delegacji na wygnaniu. Wczoraj późnym wieczorem znów zanurzyłam sie w piance, na dodatek ze świeżym numerem "Pani". Istna rozpusta. Woda się lała, ja się pluskałam. Po dłuższej chwili wyłączyłam wodę - a tu przebił się rozdzierający płacz mojego dziecka.

Nieco wolniej niż kiedyś acz w dziarskim tempie, jako matka świadoma i wytresowana udałam się do pokoju. Buba uspokoiła się od razu po wzięciu jej w ramiona. Przylgnęła do mnie łkając i wtulając się. Wzięłam tę ciepłą kuleczkę do swojego łóżka.
A tam... wtuliła mocno twarz w moją twarz. Przylgnęła do mnie zwinięta w rogalik. Zaczęła mnie całować po twarzy, głaskać po policzkach i po włosach łapkami. Zasnęła wtulona jak kotek łkając jeszcze przez sen. I tak leżałyśmy czoło do czoła, wdychając bliskość, ja całując ją po twarz, głaszcząc i wzruszając niemożebnie,ona - wyrównując oddech.

Zalała mnie endorfinowa fala ściskającej za gardło miłości, niedającej się opisać słowami, nieznanej chyba nikomu, kto nie ma dziecka. Takich chwil się nie zapomina...

Przeniosłam ją później do łożeczka, które przylega do sofy. A ona wystawiła w półśnie rączkę przez szczebelki, dotykając mnie, by mieć ze mną fizyczny kontakt. Rano obudziła się później niż ja i zastałam ją w pokoju stojącą w łóżeczku i nawołującą mnie "mama, mama!".

To niesamowite, kiedy zdajesz sobie sprawę z rosnącej celowości działań u swojego dziecka. Tego, że zaczyna coraz bardziej świadome. Jednocześnie potrzebuje cię już nie tylko w pierwotny sposób, potrafi wyrazić swoje emocje, świadomie poszukiwac bliskości. Bierze od ciebie, ale daje.
Ninka bardzo często daje nam buziaki, przybiega przytulić się, głaszcze nas. Nieustannie powtarzamy jak ją kochamy, tulimy i całujemy.
I mamy czułą, wyrażającą emocje istotkę, która potrafi tak dokumentnie rozłożyć na łopatki.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Bubiszon to z pewnością zwierzę kulinarne. Wszystko, co wiąże się z konsumpcją napawa ją ekstatyczną radością.

Kiedy wchodzę do kuchni biegnie za mną do lodówki, wołając mniam niam.

Kiedy wołam ją do pokoju na jedzenie, biegnie w ekspresowym tempie krzycząc z radości i wyciągając ręce do fotelika.

Znajomym niejadkom potrafi wyjeść zapasy zabrane na spacer.

Kiedy była mniejsza wyrwała nieznajomemu chłopcu na przedstawieniu plenerowym bułę z ręki...

W sklepie - od razu po otworzeniu drzwi krzyczy mniam mniam, do momentu otrzymania wspomnianej buły.

Wyciąga ręce do wszystkiego co jemy, uwielbiając to, co mocno przyprawione, słone, pikantne, wytrawne. Oczywiście wśród jej delicji jest też czekolada, przy okruszku której wpada w błogość. Nie daję jej więcej niż mikroskopijny kawałek, co oprotestowuje głośno.

Uwielbia jeść rękoma, delektując się i brudząc. Od niedawna używa do tego naprzemiennie łyżki i demonstrując samodzielność.

Cieszy mnie jej sybarytyzm. Pozwalam się jej napawać jedzeniem wszystkimi zmysłami. Wydaje mi się, że radość jedzenia, związana nie tylko z różnorodnymi smakami, ale i cieszeniem samą chwilą jedzenia wpływa w dłuższej perspektywie na osobowość, na miłość do jedzenia, ciekawość kulinarną, całościową zmysłowość, erotyzm, świadomość własnego ciała i jego potrzeb.

Ktoś powie, że jeść można różnorodnie i zdrowo, zapiętym pod szyjkę, wyprostowanym i czyściutkim - ta idea higienicznego wchłaniania jest mi kompletnie obca. Kojarzy mi się z traktowaniem jedzenia jako odżywiania - jako kolejny obowiązek. Oczywiście nie mówię o totalnym odrzuceniu dobrych manier, ale zostawiam je na później. Na razie budzę miłość do jedzenia.

Nie jestem kulinarnym mistrzem, ani wielkim eksperymentatorem. Wiele razy coś schrzanię, notorycznie przypalę, a ciasta to moja pięta achillesowa. Ale należę do ludzi głodnych i otwartych, którzy późnym wieczorem potrafią szperać bo blogach kulinarnych i zachwycać zdjęciami, a potem zainspirowana gotować, bo mają kompletną chcicę. Do dziś pamiętam, że mama dawała mi do oblizania brązowy garnuszek po gotowaniu lśniącej polewy czekoladowej, pozwoliła mieszać, siekać i smakować. Ninkę też zaproszę do kuchni jako pomocnika. Już zresztą w niej urzęduje przeszukując szuflady i robiąc w nich swoje porządki, rozwijając folię aluminiową, waląc pokrywkami i zawijając się w taśmy worków foliowych kiedy ja pichcę.

Możemy już teraz napisać kulinarny bestseller!

"How to be a kitchen Godess"? How to be a kitchen Demon!

Gotuj z Nigellą? Demoluj z Bubiszonem!

Nigella Gryzie? Bubiszella wpycha wszystko do buzi!

Jamie Oliver w domu: przez gotowanie do lepszego życia? Nina w domu: przez buszowanie do chaotycznego życia!

Jamie's 30-minute Meals? Nina's 30-minute mess!

Pascal - po prostu gotuj! Buba - po prostu rozsmaruj to na twarzy!

itd.

A jak jest u Was?

czwartek, 24 listopada 2011

Ninka testuje naszą wytrzymałość od kliku dni.

Budzi się regularnie około trzeciej w nocy i wojuje dwie godziny zanim padnie na chwilę.
Rozmawia, śmieje się, całuje nas i płacze, krzyczy przy próbach usypiania. Nie przekonują jej egipskie ciemności za oknem i nasza irytacja.

Kombinujemy. Może ten pokój. Może drugi. Może z tatą, może z mamą, może z obojgiem? Może za ciemno, za jasno, za sucho, za głodno, może napoić, przebrać?Może zębiska?

Nie mam pomysłu jak to zwalczyć i jaka jest przyczyna. Być może niania na zbyt długi czas kładzie ją w ciągu dnia? Ni sypia podobnież po 2 godziny (w weekendy w naszej obecności nigdy to jej się nie zdarza). Nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować. Podobnież jednak nie kładziona za dnia pokłada się na meblach i marudzi.

Wybudzać ją po godzinie?
Jak zwalczyć budzący się koszmarny nawyk?

A może ma to coś wspólnego z oglądanym przez nas serialem Walking Dead o zombie'fikacji świata? I nasza córa próbuje przekształcić własnych rodziców w zombiaków?

Na razie jej się udaje wyśmienicie...
Dziś mam na przykład w pracy szkolenie i będę tu siedzieć do ok. 21ej i już się słaniam...

niedziela, 20 listopada 2011

Kiedyś, kiedy byliśmy dziećmi, zabawki robione własnoręcznie lub przy pomocy rodzica były przede wszystkim odpowiedzią na sklepowe braki. Były także konsekwencją podejścia rodziców czy założeń nauki przedszkolnej i szkolnej. Ja na zetpetach robiłam nie tylko kanapki i nieudane ciasta, ale także karmnik dla ptaków (z deseczek przygotowanych przez tatusia) czy ręcznie szytą maskotkę pieska (której przyszyłam głowę tył na przód).

Dzisiaj mam wrażenie, że tworzenie zabawek DIY jest swego rodzaju alternatywą, niszową modą, eko trendem i buntem wobec nieustającej radosnej konsumpcji. Producenci jednak już także wyczuli potrzebę, oferując kartonowe domki do pomalowania, tekturowe meble, zabawki do składania a nawet nocniki... Oczywiście za niebotyczne pieniądze.

Oczywiście mi ta moda bardzo odpowiada. Sami jesteśmy nastawieni na oferowanie Bubie, oczywiście z umiarem i próbą zachowania estetyki, zabawek tworzonych przez nas, a potem - mamy nadzieję - wspólnie z nią.

To chyba naturalna odpowiedź na sytuację sklepowego przesytu, zalewu kolorów, dźwięków, reklam. I zalewu kiczowatej, różowej chińszczyzny. Stąd moda na eko zabawki, design dla dzieci, szarobure i proste w formie ubranka. One mi się autentycznie podobają, ale kontestuję dorabianie do nich filozofii windującej ceny.

My mamy swoją odpowiedź na to. Chociaż Ni ma wiele grających i "interaktywnych" zabawek, szukamy alternatyw.

Mąż swego czasu przygotował Nince wielki kartonowy domek oklejony kolorowym papierem - od początku jest to jej ulubione, własne miejsce. Bawi się z nami w akuku, chowa gdy ma humorki i chce pobyć sama, wnosi swoje zabawki. To jej miejsce.

Ja wczoraj w pół godziny stworzyłam jej kuchenkę z kartonu po pieluchach. Wszystko po to, by wybadać, czy spodoba się jej zabawa w gotowanie. Okazuje się, że może wykluje się nowa zabawa - spodobało się jej mieszanie w garnuszkach. Aczkolwiek próbowała wejść do piekarnika jak do domku:)

Koszt takiej zabawki - ok. 15 zł (klej i papier kolorowy). Frajda dla dziecka i rodzica - niemierzalna... Oczywiście niedoróbki wykończeniowe są nieuniknione, ale taka zabawka z założenia nie jest trwała.

A Wy? Szyjecie, kleicie, wycinacie? 

Tagi: dzieci zabawy
12:42, aeidenn
Link Komentarze (13) »
czwartek, 17 listopada 2011

Właśnie sobie uświadomiłam, jak bardzo marudzę. A także po przeczytaniu pewnego informatora medycznego - jak bardzo moje marudzenie sprzężone jest z moim stanem zdrowia. Rzut choróbska, potok hormonów i deprecha gotowa. Tarczycę regularnie badać moje panie - mogę tylko rzec.

Dosyć negatywnego myślenia, pomyślałam. Czy naprawdę chcę być tak negatywną osobą?

Właśnie złożyłam wniosek i zapisuję się na program szkoleniowy z zarządzania innowacją od stycznia.  Dziś wieczorem lecę na warsztaty dla rodziców o rodzicielstwie bez klapsa zorganizowane przez Terenowy Komitet Ochrony Praw Dziecka. W sobotę wreszcie zamówię nowe okulary korekcyjne, bo w tych chodzę już z 5 lat i zdążyły już wpaść w łapki Ninki. Zrobiłam badania i w poniedziałek biegnę do lekarza i zadbam wreszcie o siebie. Niech jeszcze tylko dorwę jakiś miły, ciepły, otulający płaszcz na zimę i nowe perfumy na poprawę humoru i zaszyję się w tej miękkości.

Musi się coś dziać, bo dołki zdarzają mi się gdy jest za dużo czasu na myślenie o sobie.

Samodzielne kopnięcie się w tyłek bardzo się przydaje! Albo kop od moich czytaczek:) Albo mokry ośliniony buziak od mojej szczęśliwej córeczki.

10:27, aeidenn
Link Komentarze (8) »
środa, 16 listopada 2011

Isabel Coixet, reżyser świetnego "Życia ukrytego w słowach" nakręciła też film pt. "Moje życie beze mnie".

Nie widziałam go, ale tytuł zapadł mi w pamięć.

A to dlatego, że mam wrażenie, że moje życie się toczy, a ja jestem gdzieś obok. Pracuję głównie z singlami. Ci ludzie mają życie dla siebie. Podróżują, czytają, chodzą na wystawy, do kina, do knajp, na kawę. Mają hobby. Mają czas dla siebie. Pielęgnują związki. Śpią nieprzerwanym snem!!

Toż to czysty luksus, ruja i poróbstwo!

Nie tylko nie mam czasu na żadną z powyższych rzeczy. Na bycie sobą mam jakieś 2 godziny wieczorem kiedy mała pójdzie spać. A wtedy mam siłę tylko na rozkoszne odmóżdżanie, a nie tzw. samorozwój.

Nie mam czasu także na to, co spowodowało tak wielkie zmiany - na bycie matką. Jestem nią 4,5 godziny na dobę. Godzinę przed wyjściem do pracy, w biegu, malując się i prasując naprędce odzież. I po pracy, jednocześnie gotując, zmywając, odkurzając i pokrzykując "nie ruszaj", "co tam jesz", "oddaj", wyjdź z stąd". Połowicznie. 

Czasem dzwoni do mnie w ciągu dnia ktoś żyjący w innym wszechświecie - w małej miejscowości, pracujący do 15tej, po której wraca 10 minut do domu. I dziwi się, że docieram do domu późnym popołudniem (a mąż wieczorem) i jestem nieżywa, nie mam siły nawet rozmawiać przez telefon. Sprzątam po łebkach. Nieprzeczytane gazety się piętrzą. Nie przeczytałam też książki, którą dostałam rok temu od męża pod choinkę!!

Nawet moja niania dziwi się, że odbieram maile po godzinach pracy czy pracuję w weekend.Irytuje mnie to zdziwienie. Chyba to napięcie jest moją normą.

Tak się żyje w mieście. Traci się czas, a zyskuje rozliczne możliwości. Na które i tak nie ma czasu:)

A Wy? Ile czasu na dobę jesteście sobą? A ile mamą?

sobota, 12 listopada 2011

Dziękuję za szczere komentarze do posta o zabawach metodą Montessori i fajne pomysły. Wszystkie są warte odnotowania:) Obiecane upominki od wody Mama i Ja wędrują do:

  • Pierwszy zestaw - szlafrok dla mamy, ręcznik dla malucha, naklejka do auta, koszulki dla mamy i szkraba, książeczka o dziecięcych imionach

otrzymuje WariaMiktoria - za bloga i całokształt

  • Drugi zestaw- szlafrok, ręcznik, naklejka do auta, książeczka

otrzymuje ZmoraPotwora - za zdrowy rozsądek :)

  • Trzeci zestaw -  ręcznik, naklejka do auta, książeczka, koszulki 

otrzymuje Monic_84 - za pomysły na zapychacze:) 

Niestety konkurs nie obejmował rozdawnictwo upominków nie obejmowało wysyłki upominku za granicę, ale wyróżnienie należy się też Kylanie i Rudy_eco:)

P.S Konkurs to za dużo powiedziane:) To byly upominki do rozdania. Proszę o adresy na maila aeidenn[malpa]gazeta.pl

08:34, aeidenn
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 07 listopada 2011

W sobotę byliśmy w poznańskim dziecięcym raju sklepowym czyli Pati i Maks na Polnej (koło szpitala położniczego). Buba o dziwo nie zareagowała entuzjastycznie na wieść tatusia, że przyszła na świat właśnie w tym ponurym pruskim molochu:)

Za to szał ogarnął ją w sklepie.

Bilans strat wyniósł dwa zbite przez Bubę w czasie uciekania tacie i opłacone przez nas w ramach pokrycia szkód soczki i minus X złotych na karcie.

Między innymi zakupiliśmy miseczkę na przyssawkę, bo Bubiszon w ramach demonstracji gustów spożywczych potrafi wywalić zawartość na podłogę, kiedy już nie chce jeść. W koszyku wylądowała buteleczka z mlekiem magicznie znikającym po przechyleniu - hicior także moich dziecięcych dni. Kupiliśmy także tego dnia klocki Mega Bloks do układania, ale to już w innym sklepie.

Ninka na widok zabawek wcieliła się w skrzyżowanie młodego kozła i ośmiornicy.
Jej rączki niczym lepkie macki ściągały zabawki z półek a nóżki przebierały w dzikim tempie uciekając slalomem między półkami.

Żywe srebro - skwitowały sprzedawczynie.

Mnie również ogarnął amok na widok zabawek, klocków, gier, układanek, farbek, ubranek, książeczek (chociaż tych akurat nie ma wielkiego wyboru w Pati i Maksie).

Uświadomiłam sobie, że te sklepy tak naprawdę sa skontruowane dla rodziców. Pokazują nam, ile przedmiotów dziecko nie ma i wzbudzają pragnienie natychmiastowego uzupełnienia braków. Na półkach setki produktów kuszących obietnicami zajęcia się dziecka sobą, edukacji, stymulacji...

Wiele zabawek rozczula miniaturyzacją - garnuszki i naczynka, kuchenki, łóżeczka dla lalek itd. I budzi chęć zabawy w dorosłym...

Jednak nie mam parcia na rekompensatę pt. "kupię, bo ja nie miałam".
Nie cierpiałam na brak zabawek, ale wydaje mi się, nie było ich nadmiaru. Dlatego wiele z nich pamiętam do dzisiaj. Te skromne, które budzą wzruszenie: mini laleczki golaski z z kiosku - "lalutki", plastikowego lwa oklejonego kawałkiem sztucznego futerka, cudem zdobyty przez tatę plakat z "Podróży pana Kleksa" i te wypasione - kuchnię z kranem z jakiego leciała woda, mały porcelanowy serwis do kawy, radziecki mikroskop, projektor do bajek, adapter i stos płyt (przepadły i nie mogę tego przeboleć!). Ach, łezka się kręci!

Dlatego sama nie chcę zasypywać Ninki zabawkami. Chcę by miała takie, które po latach będzie pamiętać. Oczywiście nie zakładam, że zapamięta coś z obecnych chwil, ale mam nadzieję kupować zabawki, które zostaną na dłużej. Albo wspólnie tworzyć takie, które będą tylko na chwilę, ale dadzą radość. Zresztą jak już dawniej pisałam, i tak najciekawsze dla niej jest wszystko, czego używają dorośli.

Wydawało mi się, że mała ma sporo zabawek. A Niania powiedziała, że wcale tak nie jest i zna dzieci, które mają prawie wszystko. Czy potrafią się cieszyć?
Nie chcę uogólniać, ale znam kilkoro takich dzieci. Z zasypywanych prezentami i zabawkami maluchów wyrosły zblazowane dzieciaki mające wszystko, w tym PSP czy aparat fotograficzny.  Żaden upominek nie wzbudza ich zainteresowania... I nie znają chyba wartości pieniądza, nie mają szacunku dla prezentu ani dla obdarowującego. Dawanie prezentu takiemi dzieciakowi jest stresujące i nieprzyjemne. Nie okazuje radości, zaskoczenia, wdzięczności - a przecież o to chodzi w upominkach...

Dlatego przywiązuję wagę do wyboru zabawek, może za dużą jak na wiek Ninki. Ale uważam, że sama zabawka i sposób jej pojawienia się i funkcjonowania w życiu dziecka niesie wiele znaczeń. Kształtuje postawy w wielu aspektach życia.

Marzy mi się, żeby za kilkanaście lat przyszła i powiedziała: Mamo, a pamiętasz...


niedziela, 06 listopada 2011

Pokłosiem inspiracji megamultihipermamami wyżywającymi się plastycznie jest dzisiejsza produkcja.

Mianowicie - plik PDF z polskim alfabetem z obrazkami, jaki sprokurowałam dzisiaj po położeniu Bubiszona spać.

Chciałam jej pokazać tzw. flash cards z polskim alfabetem - i nigdzie nie mogłam znaleźć w sieci. Zrobiłam sobie sama i postanowiłam się podzielić.

Zajęło mi to ze trzy godziny łącznie z szukaniem obrazków. Dlatego sprytnie zrobiłam okładkę z linkiem autopromocyjnym w nagrodę za swoją dziobaninę:) 

Można pobierać, drukować, publikować u siebie - miło będzie jeśli wówczas znajdzie się wzmianka, że to kiddie rączkami i oczkami się napracowało:)

Link do pobrania alfabetu w PDF [1,86Mb]

A tak to wygląda:

 

Zdjęcia  w większości pochodzą ze stocka http://www.sxc.hu/ i oparte są na standardowej licencji.

czwartek, 03 listopada 2011

Nadchodzi podstępnie ciemna i depresyjna jesień. Znienawidzona przeze mnie do cna. Niedługo sieknie wiatr, deszcz, a potem nas przymrozi... Brr. Nie da się ukryć, że jestem leniwa i bardzo nieodporna na warunki atmosferyczne, ciepło i sucholubna. Drętwus ze mnie:)

Dlatego myśl o spędzeniu głównie w domu wieczorów i weekendów kilku nadchodzących miesięcy z rozbrykanym i pełnym energii 1,5 roczniakiem nie napawa mnie ekstazą.

Jakże tu nie sfiksować w czterech ścianach i zapewnić dziecku rozrywki, które dla dorosłego nie będą torturą?

Jednym słowem, w co się bawić w domu?

I czy w ogóle się bawić, kiedy nie lubi się zabaw?

Kiedy czytam o szczęśliwych mamach odnajdujących się w zabawie z maluchem stwierdzam, że jestem wadliwym egoistycznym egzemplarzem. A może bardzo prawdziwym? Z rozczarowanym zdziwieniem stwierdzam, że oprogramowanie mojego dziecka nadal nie zostało update'owane opcją "masz zabawkę i idź się pobaw samodzielnie przez najbliższą godzinę".:)

Niemniej radością napawa mnie coraz głębsza interakcja i werbalne porozumienie z dzieciątkiem. To, że w dużej mierze mnie rozumie, że chętnie powtarza wyrazy, delektuje się nimi jak owocami, słodkim głosikiem wymawia swoje pierwsze słowa, naśladuje nasze czynności. Karmi lalę, tuli misia, częstuje nas swoim jedzeniem. Jednym słowem troskliwa pannica nam rośnie. I na coraz dłużej skupia uwagę. Jakieś parę minut:)

Dzięki temu otwiera się pole dla zabaw związanych z odgrywaniem ról, wspólnego czytania książeczek, wykorzystania aplikacji dla dzieci online, nazywania przedmiotów i obrazków, zabaw manualnych - np. rysowania na znikopisie. Bubiszon od dziadków i prababci otrzymał też zresztą pierwszy rosnący z nim zestaw - stoliczek i krzesełko, dzięki czemu ma swoje stanowisko do "prowadzenia biura".

Tylko cholera wszystko trwa tak krótko!

I po chwili znów mamy ukochanego plączącego się szkraba, ściągającego wszystko na siebie, przewracającego się, robiącego bałagan, rumor i domagającego się ponad wszystko uwagi.

Zauważyłam istotną różnicę w spędzaniu czasu z małą przeze mnie i przez męża. Buba widzi już, jaki rodzic ma jaki styl.

Tata jest od wygłupów, ścigania się, fikołków, spacerów i pokazywania świata, naśladowania głosów i zabawy z podziałem na role. Mama (która jest podłą egoistką i szybko się nudzi) jest od aplikacji edukacyjnych, książeczek i zabaw, które mają w domyśle uczyć (np. rysowania liter na znikopisie). Bubiszon tak ma to przetrenowane, że książki rzuca na kolana mi. A misie do zabawy przynosi tacie (parę dni temu wyrwała mi misia z rąk i wręczyła tacie - jej zdaniem na pewno beznadziejnie wcielałam się w jego rolę).

Szukając informacji o  zabawach i zabawkach dla Ninki natknęłam się na blogi dziewczyn wcielających w życie metodę Marii Montessori. Jej nazwisko obiło mi się o uszy, podobnie jak szkoła walfdorfska Steinera i nic poza tym. Ciemności rozjaśnia ten artykuł.

Jestem pełna podziwu dla mam, które z pełnym zaangażowaniem organizują dzieciom czas, drukują karty edukacyjne, wycinają, lepią, liczą... Myślę, że ich dzieci są przeszczęśliwe mogąc poznawać świat przez zabawę. Generalnie wszystko rozbija się przecież o czas i jego wspólne, efektywne i kreatywne spędzanie. Czyli coś, o czym marzymy, a czego nie udaje się realizować... A także o pomoc w nauce samodzielności - zgodnie z myślą "pomóż zrobić mi to samemu".

Dlatego wczesna nauka metodą Montessori dotyczy przygotowania do życia,  kształcenia umiejętności życia codziennego i społecznych.

Zaczęłam grzebać głębiej i udało mi się znaleźć parę ciekawych linków. Zauważyłam dostępność na zachodzie wielu książek z przykładami zajęć rozwojowych dla dzieci.

Z pewnością kreatywni rodzice sami wpadają na takie rzeczy - mi chyba brakuje zapału czy jakiejś otwartości. Dlatego na pewno skorzystam z linków:

A może Wy macie jakieś pomysły i patenty? Proszę nie sugerować przywiązywania do kaloryfera albo 6-godzinnych spacerów (w jakimś poradniku dla mam czytałam o tym, że dziecko powinno przebywać na dworze 6 godzin codziennie. Chyba na Wyspach Kanaryjskich.)

A może macie do czynienia z metodą Montessori? Pozytywne, negatywne doświadczenia?

A tutaj przykłady mam wcielających metody Montessori w życie:

P.S Uwaga, upominki:) Mam prezenciki od marki wody "Mama i ja"

Ładnie nazwanym partnerem czy patronem tego posta o jesiennych zabawach jest marka wody źródlanej "Mama i ja" (którą testowałam i piłam hektolitrami w połogu w upalny lipiec rok temu)

Dzięki marce autorki/rzy komentarzy, które mnie obudzą z jesiennego letargu otrzymają upominki. Komentarze wybieram ja, dlatego to nie jest konkurs na kreatywność tylko autorskie opinie, porady, zażalenia...

Mam do rozdania 3 zestawy drobiazgów o "tematyce wodnej".

  • Pierwszy - szlafrok dla mamy, ręcznik dla malucha, naklejka do auta, koszulki dla mamy i szkraba, książeczka o dziecięcych imionach
  • Drugi - szlafrok, ręcznik, naklejka do auta, książeczka
  • Trzeci -  ręcznik, naklejka do auta, książeczka, koszulki 

A drobiazgi wyglądają tak:

 

 

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers