Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010

Spieprzyłam sprawę.

Napisałam o świętach i zima przyszła. Na złość, cichaczem jak to ona lubi, w nocy.

Podstępna małpa.

Dzisiaj niesamowicie wieje, jest buro i lodowato. Śnieg zacina w oczy (nie moje, bo jeszcze nie wychodziłam...). Odczuwalna temperatura to podobno minus 18.

Przegram tę nierówną walkę.

Mając wyjące dziecko w domu zawsze z ulgą wybierałam spacer dla pacyfikacji. Dzisiaj to opcja dla hardkorowców lub miłośników filmu "Fargo" braci Coen. Albo skandynawskiego filmu grozy "Pozwól mi wejść".

Przegram, zostanę w domu. Będzie mi ciepło, a dzieć doprowadzi mnie tymczasem do szału tudzież migreny. Odmawiać będzie współpracy począwszy od spania, skończywszy na pluciu kleikiem.

I tak przez najbliższych kilka miesięcy?

Podziwiam mamy bohaterki snujące się na dworze z soplami na brwiach w tę pogodę. A może to nie bohaterki ,tylko uciekinierki z domu?

To taki handel? Chwila spokoju w zamian za odmrożenia?

Jak na wojnie.

Na dodatek czuję się wyrodną matką, która zostawia potomkinię na pastwę roztoczy, bo przecież spacer ma być codziennie...

 

P.S 16:06. Byłyśmy jednak na spacerze, a w zasadzie przedarłyśmy się po chleb... Wytrzymałam jakieś 20 minut. W pojedynku z zimą jednak 1:0 dla mnie. Przy czym stwierdziłam, że mój elegancki płaszczyk bez kaptura i skórkowe rękawiczki kompletnie się nie nadają na strój zimowej matki. Chyba kupię sobie przebranie misia polarnego.

piątek, 26 listopada 2010

Cholera.

Zaczęło się.

W Trójce poleciało "Last Christmas".

Uwielbiam tę piosenkę i oldskulowy teledysk (który zawsze budził moją ponurą zazdrość względem paczki przyjaciół spędzających razem święta), ale przypomina mi o tym co nieuniknione.

Moich urodzinach i Świętach.

Jako dziecko i nastolatka uwielbiałam je.

A teraz?

Jestem starsza i wcale nie mądrzejsza. Tylko bardziej zmartwiona i zgarbiona. Urodziny i święta przywołują moje malkontenctwo i melancholię. Przypominają o osamotnieniu, niespełnionych danych sobie obietnicach, starzeniu się, błędach... Ha ha (grobowy śmiech) - na dodatek w tym roku nie zjem najpyszniejszych na świecie uszek z grzybami autorstwa mojej mamy, bo karmię.

I obchodzić będę niebawem ostatnie dwudzieste urodziny...

Na dodatek święta zaczynają się już teraz.

Wchodzę do Tesco i puszczam pawia. Wszędzie odpowiednie dekoracje i "promocje". Chociażby garnuszek na klocuszek (zabawka wygrywająca w kategorii najbardziej idiotycznej nazwy) dwa tygodnie temu kosztował 64 zł. Teraz w ofercie specjalnej 74...

Zaraz co pięć minut będą puszczać Mariah Carey piłującą sympatyczny swoją drogą kawałek "All I want for christmas is you". (w tym roku starzejąca się diva znów nagrała słodkopierdzące coś, gdzie śpiewa o Mikołaju przeciskającym się przez komin).

Zabunkrować się, zabarykadować!

O nie!  Nie dam się!

To pierwsze święta Ninki. Niech będą wyjątkowe. Może Małż przebierze się za Mikołaja? Może uda się upić łyka grzanego wina i obejrzeć kolejny raz Love Actually albo Bridget Jones? Spotkać na polskiej Syberii z Hiper Ważnymi Osobami, zwłaszcza Jedną, daaaaaaaaaawno nie widzianą?Pojednać się? Porobić parę zimowych fot?

Oby przeżyć tych parę tygodni świątecznego marketingu!

Może zawiązać jakiś ruch oporu? Święteczne La Resistance?

20:49, aeidenn
Link Komentarze (8) »
czwartek, 25 listopada 2010

Poszłam z Niną jak gdyby nigdy nic na szczepienie. Okazało się, ze za mało przybrała na wadze. Dziwne, bo w naszym odczuciu jest małym klocuszkiem... Zwłaszcza w moim, po całym dniu jej noszenia i przenoszenia...

Pediatra nakazała dokarmianie stwora, wręczyła ulotkę nt. rozszerzania diety i zawołała "następny!"

Podjarana zakupiłam jabłko w słoiczku (bo nie było w 3 okolicznych sklepach marchewki, a uległam marketingowi i na pierwszy raz chciałam jej podać delicje) i ugotowałam kaszę manną (kaszę Wojciecha Manna, jak mawia Małż).

Przedsięwzięcie trwało 13 minut i zostało uwiecznione kamerą aparatu. Polegało głównie na krzywieniu się i pluciu. Obwieściliśmy jednak sukces.

Dzisiaj zaś wylądowałam u alergologa na wizycie, na jaką czekaliśmy ponad miesiąc. I okazało się, że nieatrakcyjna wizualnie kupa, którą wiozłam pół miasta w worku foliowym, oznacza nietolerancję białka mleka. Mam odstawić krowiznę jako "nadającą się jedynie dla cieląt".

Dostałam jednocześnie opieprz za podawanie jej glutenu i jabłka... Według alergolog mam nie podawać glutenu w pierwszym roku, a jarzyn do bodajże 10 miesiąca. Na moją uwagę, że Instytut Matki i Dziecka zaleca podawanie glutenu po 5 miesiącu stwierdziła, że "oni sobie, a alergolodzy sobie".

Que?

Pośpieszyłam się z glutenem, ok. Z jabłkiem też, ok. Ni dopiero za tydzień skończy 5 miesięcy. Błąd. Ale i tak zgłupiałam. Co podawać i jak? Na razie stanie na kaszce ryżowej. Oby chciała ją przełknąć.

Obie wizyty trwały po 5 minut. Na żadnej nie poświęcono mi czasu na tyle, by wyjaśnić wątpliwości. Moje błędy są efektem niedoinformowania i "sprzecznych danych wejściowych".

I oczywiście to matka jest winna, jakby co. To jej dziecko, to ona odpowiada za nie.

Rozumiem, że nikogo nie obchodzi, że nie odpowiedziano na jej pytania lub udzielono sprzecznych albo niekompletnych wyjaśnień.

Tylko potem gani się matki za korzystanie z "dr Google." Ale jak nie doczytają w sieci, to nie mają zazwyczaj szansy na odpowiedzi w gabinecie. Nic dziwnego, że szperamy. A potem i tak robi się z nas idiotki...

niedziela, 21 listopada 2010

Poszliśmy na wybory.

To już drugie wybory Ninki - pierwsze, prezydenckie "przeżyła" jeszcze, kiedy byłam z nią w ciąży. Druga tura odbyła się następnego dnia po jej narodzinach.

Wybory lokalne są dla mnie strasznie ważne. Zżyłam się z miastem, w którym mieszkam od 10 lat i interesują mnie jego sprawy. Niestety nie spodziewam się zmiany na stanowisku prezydenta miasta. Zasiedział się i wmówił mieszkańcom, że jego wizja jest słuszna. A to wizja miasta skomercjalizowanego, miasta banków i centrów handlowych w każdym zakątku. Miasta, gdzie główna reprezentacyjna ulica świeci pustkami i jest brudna, z której wywiało kafejki, księgarnie, kwiaciarnie a pozostały banki...

A ja chciałabym miasta typu multi-kulti jak Berlin. Pełnego kafejek, squotów artystycznych, galerii, niezależnych teatrów, różnorodnych organizacji. Miasta samorządności i odpowiedzialności mieszkańców za swoje "fyrtle". Miasta akademickiego, stwarzającego dogodne warunki innowacji naukowej i biznesowej.

Na dodatek - chciałabym miasta przyjaznego rodzicom i dzieciom, z ofertą żłobków i przedszkoli, o które nie trzeba się bić, miasta bez nieprzejezdnych wózkiem miejsc. A także niskopodłogowych tramwajów, podjazdów, knajp przyjaznych małym dzieciom...

Za dużo wymagam?

Przeszkadza mi też rejonizacja - to, że nie mogę głosować na kandydata z nie mojego okręgu. Tym sposobem mój głos dostałby zaangażowany Maciej Roszak, albo Joanna Stankiewicz z Babilądu.

Zaskoczyła mnie pozytywna frekwencja przy urnach. I nie tylko Ninka zyskała zdjęcie przy urnie, na którym pomaga mamie wrzucać karty. Rodzice młodej dziewczyny, pewnie od niedawna pełnoletniej też ją sfotografowali.

Chciałabym, żeby Ni w przyszłości mogła żyć w społeczeństwie obywatelskim - odpowiedzialnym, tolerancyjnym, otwartym na dyskusje i odmienności. Jeszcze nam do tego daleko.

 

sobota, 20 listopada 2010

Wczoraj porzuciłyśmy jako wyrodne matki naszych mężów z dziećmi i wybrałyśmy się z Karolą i Gosią do knajpy na balety.

Knajpa ta, Zak w Poznaniu, to miejsce tłumnie odwiedzane w weekendy przez spragnionych rozrywki trzydziestolatków+ i średnio zamożnych singli. To także popularne miejse organizacji wieczorów panieńskich i kawalerskich. Wystrój klubu zatrzymał się we wczesnych latach dziewiędziesiątych, ale brak wielkomiejskiego napuszenia, niskie ceny i muzyka z hiciorami z ostatniego dwudziestolecia skutecznie ściągają tu nieco starszą młodzież.

Z racji wieczorów kawalerskich i panieńskich często można tu spotkać nabuzowanych alkoholem i testosteronem kawalerów i zaaobrączkowanych szukających przygody. Właśnie wczoraj każdy stół okupowali dość rozochoceni samcy.

Przycupnęłyśmy z boku sącząc nasze jedno marne piwko i rozmawiając, oczywiście jak to trzy matki karmiące, o dzieciach. I na rozmawianiu się skończyło, chociaż wyrwałyśmy się niby na balety. Męskie goryle na parkiecie imitujące ruchy kopulacyjne skutecznie nas zniechęciły do podreptania tam.

A poza tym... Chyba nas to już nie kręci jak kiedyś.

Te flirty, umizgi, imprezy, strojenie... Perspektywa się skutecznie zmienia. I choć tęsknimy czasem za wolnością, pewnie nie wróciłybyśmy do niej za pomocą wehikułu czasu.

Ale trzeba móc się wyrwać, by chętniej wrócić.

Tym bardziej, że kiedy wychodziłam Małż zmierzył wzrokiem mój krągły dekolt - "Big Milk"  i rzucił z uznaniem: "gdybym był zazdrosnym mężem, to bym Cię nie puścił...".

 

czwartek, 18 listopada 2010

Wiecie co to są przyczłapy do bulgugatora?

"Służą do mocowania elektrod ceramicznych lewogwintowych od czaskarki w elektrogumonapawarkach z wombulatorem."

Ktoś wymyślił takie urządzenie. A ja wymyśliłam dziś telepacz do wózka z nawiewem i emiterem dźwięków.

Przydałoby się takie urządzenie w domu.Zwłaszcza w porze jesienno-zimowej, kiedy nie ma jak wyjść na spacer w lejącym deszczu/śnieżycy/koszmarnej temperaturze.

Urządzenie polegałoby na tym, że do kół przyczepiamy specjalne czujniki elektroniczne. Na rączce wózka montujemy urządzenie w kształcie suszarki z przyciskami. Do wszystkiego mamy pilota.

Czujniki możemy za pomocą pilota albo na urządzeniu suszarkowo-dźwiękowym ustawić na jazdę osiedlową, terenową, blisko ruchliwej ulicy itd. Wówczas poruszają one skrętnie kołami oraz imitują różnego rodzaju wyboje, nierówności drogi.

Suszarkowo-dźwiękowa część nawiewa powietrze (odświeżane w obiegu zamkniętym) w różnych trybach (las, morze, osiedle, ulica a do tego ma opcję płynnej regulacji temperatury). Jednocześnie emituje dźwięki osiedla, lasu, ulicy etc. w zależności od wyboru.

Prawda, że piękna opcja dla leniwych?

Wszak wiele dzieci śpi tylko na spacerach.

Chyba to opatentuję!

P.S Małż dopowiada, że powinna być w moim urządzeniu jeszcze opcja ekranu z przewijaniem slajdów z odpowiednim tłem.

piątek, 12 listopada 2010

Ostatnio czytam posty innych młodych mam i często pojawia się w nich wątek rozdarcia z powodu własnego egoizmu.

Zdrowego egoizmu, moim zdaniem.

Mamy wyrzucają sobie, że chciałyby się wyspać, że chciałyby gdzieś wyjść bez dziecka, chciałyby realizować plany zawodowe i naukowe, chciałyby się polenić bez stękającego dziecka  w tle, czy napić alkoholu (a czasem lekko się wstawić dla zresetowania).

Ja się przyznaję do swojego egoizmu otwarcie. Do swoich potrzeb.

Tak, jestem matką. Kocham moją córkę nad życie. Jednocześnie jestem sobą, (prawie) taką jak byłam wcześniej. Lubię siedzieć w necie, czytać, oglądać filmy, gotować, potańczyć na imprezie z moją ulubioną muzyką, pojechać na koncert, iść do kina, na wystawę zdjęć, zwiedzać, napić się wina do kolacji itd.

Tak, brakuje mi tego.

I tak, wiedziałam, na co się decyduję decydując się na dziecko - stąd miałam tyle niepewności w sobie pod koniec ciąży.

Nigdy nie będę matką kwoką, która rzuca wszystko i zapomina o sobie dla dziecka. I nie akceptuję zresztą takiej postawy. Jednocześnie jestem świadoma swoich ograniczeń i konieczności kompromisów, co nie znaczy, że często nie narasta wobec nich bunt.

Rozumie to Małż, który w pełni uczestniczy w codziennych zmaganiach i ma dużo wyrozumiałości dla mojej potrzeby pobycia samej (alleluja!). Mogę mu wprost powiedzieć - dziś mam dość Ni, ciągle płakała, marzę by zasnęła. I on to akceptuje.

Jakiś czas temu spotkałam mamę mającą roczniaka i siedmiolatka, przy czym roczniak wymagał rehabilitacji i bardzo dużo uwagi. A siedmiolatek miał zwiększoną potrzebę uwagi i miłości na tym tle. Mama ta  przytłoczona obowiązkami powiedziała, że "czasem sobie tylko popłacze w poduszkę, kiedy wszyscy już śpią". Bardzo szczerze jej współczuję, że tak jej się ułożyło.

Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez ujawniania emocji, rozmowy, negocjacji własnej przestrzeni i oddechu.

Matka, ten stachanowiec dźwigający ciężar odpowiedzialności i dosłowne kilogramy ciał dziecięcych i wózków nie jest nadczłowiekiem.

Choć czasem chciałaby być.

środa, 10 listopada 2010

Czy Poznań jest na krańcu świata?

Dość często mam takie wrażenie. Między innymi wtedy gdy nie docierają do nas ciekawe wystawy fotograficzne. Czyli często.

Ostatnio moje wrażenie się pogłębia z powodu niedostosowania miasta do potrzeb rodziców i dzieci (vide braki podjazdów, wysokie wejścia do tramwajów itd.) oraz zasikanego, brudnego i zaniedbanego przez włodarzy centrum przemieniającego się w pustynię.

Czasem zaskakują mnie też negatywnie gusta mieszkańców mojego miasta.

Jeśli kogoś obrażę, to mi przykro - podobno o gustach się nie dyskutuje. Aczkolwiek stanowią świetne pole do studiowania przez socjologów i etnografów. Nie przypadkiem powstają blogi zbierające ciekawe przypadki bezguścia stylizacyjnego i wulgarności z Naszej Klasy czy Fotka.pl (chociażby Nasza Bladzia) oraz przypadki wnętrzarskich wpadek (Exkluziff).

Do rzeczy jednak.

Bo post miał być o nowej modzie - tablicach rejestracyjnych z imieniem dziecka przyczepianych do wózka. Takich jak przyczepiają sobie młode pary do exclusiff wypożyczanych białych limuzyn. Do tego jeszcze te czcionki...

To tylko w Poznaniu taka plaga?

A może są jakieś inne dziecięce mody?

Tagi: dzieci scenki
18:45, aeidenn
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 08 listopada 2010

Moja biedna, biedna głowa...

Ni odkryła nowy sposób komunikacji. Testuje swój głos i naszą cierpliwość.

Nagle parę dni temu przestała głużyć i rozmawiać z nami. A dziś odkryła krzyk.

Ale co to za krzyk! Pisany wielkimi literami. Taki krzyk z obrazu Muncha.

Wchodzi na wysokie tony krzycząc i piszcząc na przemian. Non stop. Prawdopodobnie sąsiedzi myślą, że katujemy dziecko. Nie zdziwię się, kiedy u  drzwi stanie policja.

Zamierzam jutro zastosować stopery do uszu, żeby uniknąć głuchoty lub szaleństwa.

Tymczasem Ni dziarsko pokrzykuje z uśmiechem na ustach, niesamowicie zadowolona ze swoich możliwości.

Ratunku! Ile to może trwać? Przeraziły mnie życzliwe informacje specjalistów na forach, że to efekt skoku rozwojowego i trening wokalu, po którym pojawia się gaworzenie.

Czy ona się szykuje do kariery w zespole punkowym?

środa, 03 listopada 2010

And the Oscar goes to... Małż!!!!

[Aplauz publiczności]

Często myślę o tym, jakie wsparcie mam w Małżu każdego dnia. Nie jest lekko, często dopada nas proza życia i liczne problemy życiowe. Do tego czasem pod koniec dnia jestem już tak zmęczona moim najkochańszym dzieckiem i stresami jakich życie nie oszczędza, że najchętniej zagrzebałabym się pod kołdrą lub uciekła na Bahama.

Wtedy wkracza Małż.

Z jakąś słodkością zakupioną specjalnie dla mnie (sam nie jada) czy z własnoręcznie zrobioną i ślicznie podaną kolacją (kanapki z listkami bazylii i pomidorkami koktajlowymi!).

Z dobrym słowem. Z setną zieloną herbatą.

Wygania mnie do wanny na długą kąpiel i zajmuje się Ni. Lub bierze ją na dwugodzinny spacer do lasu. A do tego nie ucieka od codziennych czynności. Kąpanie, przewijanie nie mają przed nim tajemnic.

Pamiętam, że będąc w ciąży pisałam o swojej wizji tego, że będzie dobrym ojcem. Jest. Ni widząc go śmieje się całą sobą.

Bycie rodzicem to przygoda i jednocześnie cholerny obowiązek. Radość rozbija się o setki rutynowych czynności, zmęczenie, wydatki. W tle tkwi jeszcze egoizm, zakorzenione lenistwo, problemy zawodowe, rodzinne, dawne przyzwyczajenia i potrzeby, częste uczucie osaczenia i bezpowrotnego końca wolności i wiele innych odcieni.

Nie wyobrażam sobie być w tym sama.

Dziecko to wyzwanie dla dwojga.

 
1 , 2

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers