Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
piątek, 25 lutego 2011

Kocham serię Alien Jamesa Camerona, zwłaszcza część 2. Mam to chyba w genach, bo mój tata zabrał mamę niegdyś na randkę do kina zanim zostali małżeństwem właśnie na ten jakże romantyczny film (część 1).

Ale to nie znaczy, że rajcuje mnie, kiedy moje dziecko zamienia sie w twarzołapa (facehuggera).

Nina odkryła możliwości swoich dłoni i operowania palcami. 

Dzięki temu non stop mam palce 

w oczach, 
nosie, 
zębach, uszach, 
włosach.

Zwłaszcza nocą, kiedy Nina po konsumpcji zamienia się w badawczy statek kosmiczny.

Zachowuje się jak mały obcak, mający na dłoniach czujniki sensoryczne i poznający w ten sposób świat.


Na dodatek uświadamiam sobie, jak bardzo jest zdeterminowana.
Nie ma siły, jaka by ją powstrzymała przed wyrwaniem się, kiedy próbuję jej na przykład odessać płynną zawartość nosa Fridą. Wstępują w nią piekielne siły i zmienia się w demona glutów.

Obcego w dorosłej postaci też przypomina, kiedy zaczyna piszczeć domagając się uwagi...


Na dodatek nasz aniołek ma w sobie coś z Forfitera. ("wchodzi mi na na na ..."). Chce być wszędzie i lezie, a raczej pełznie dość niespodziewanie w obranym kierunku, aby dostać to, czego chce. Natychmiast!
Dzięki czemu zresztą dostaję smsy z placu boju od małża: "Przez godzinę obrałem pół ziemniaka. Obiad będzie jakoś w kwietniu". (nieprawda, zdążył i była to najlepsza zapiekanka warzywna jaką jadłam).


A do jakiego stwora jest podobne Twoje dziecko?

czwartek, 24 lutego 2011

Nakupowaliśmy Niniakowi zabawek. Nie tylko my, moi rodzice też. 
Ma muzyczny stojaczek gimnastyczny, szeleszczące i brzęczące zawieszki, grzechotki etc. etc.
Które de facto mogą sobie leżeć grzecznie z boku i kwitnąć...

Ameryki nie odkryję. 

Ale najlepsze okazuje się to co proste do bólu lub zupełnie nieprzeznaczone dla dziecka i jego jamy ustnej (bo w niej wszystko ląduje).

  • Pilot do nieczynnego telewizora (tyle guzików do naciskania).
  • Komórka mamusi (błyska, dźwięczy i mieści się do paszczy)
  • Ipad (genialnie się go obsługuje pacnięciami dłoni i językiem).
  • Plastikowe opakowanie po pomidorach (służy również za kask a'la inżynier Karwowski).
  • Drewniana łyżka z kuchni (super się nią wybija rytm na czymkolwiek).
  • Lusterko łazienkowe (mozna się przeglądać i je oblizywać).
  • Korale mamusi (rewelacyjne do ciągnięcia).
  • Okulary mamusi (oblizywanie szkieł - bezcenne).
  • Kubek z zieloną herbatą i kanapki na talerzu (a co takiego ciekawego mamusia zjada i pije i dlaczego ja nie mogę?).
  • Klucze do domu (cudowny grzechot i dotyk metalu).
  • Podkładka korkowa na stół (prawie jak ipad).
  • Słoik z Nutellą (nie ma to jak włożyć paluszki do środka).
  • Torebka foliowa (cudowna do gniecenia).
  • Balon (to przerażające, jak ze świstem wypuszcza powietrze).
  • Najnowszy numer Przekroju lub Wysokich Obcasów (trzeba być na bieżąco).
  • Gitara tatusia (gramy na cztery ręce).

I tak dalej.


Na tym etapie zaprzestanę chyba kupowania zabawek i będę rozwijać swoją kreatywność w zakresie niestandardowego wykorzystania przedmiotów codziennego użytku.

 

14:39, aeidenn
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 lutego 2011

Kiedy czuję największą presję i ciężar rodzicielstwa?

W takich chwilach jak teraz, kiedy przygniatają nas poważne problemy osobiste. Kiedy sytuacja robi się nieznośna, ciężka, kiedy chodzimy przytłoczeni. Kiedy nie chcę się jeść, nie można spać, upiorne myśli kołaczą w głowie, kiedy w brzuchu kłębi się żmija stresu.

Kiedy ostatnią rzeczą na jaką maszz ochotę jest uśmiech. I zabawa.

A Twoje dziecko domaga się uwagi. Chce być pieszczone, kochane, noszone, zabawiane. Potrzebuje nakarmienia, spaceru, poświęcania czasu.

Ty masz ochotę zaryć się pod kocem i zwinąć w kłębek jak bohaterowie Doliny Muminków w Listopadzie.

Jesteś Homkiem i Filifionką w szemrzącym deszczu swojego przygnębienia i przerażenia.

A musisz być rodzicem.

Twoje dziecko nie rozumie Twoich lęków, choć je wyczuwa. Patrzy pytająco, zaczyna kwękać. Zaznacza swoją obecność.

Musisz się zwlec, ogarnąć, wykrzesać minimum uśmiechu. Ono jest niewinne.

Myślisz sobie - biedne dziecko powołane na taki świat przez takich rodziców.

Chcesz wyć, ale nie masz łez.

Poczucie odpowiedzialności ściąga ci smycz na szyi.

Wstawać! Jazda! - kopie w brzuch.

Walcz, kurwa, walcz! - ryczy kapralskim głosem tuż do ucha skulonego jestestwa.

JESTEŚ MATKĄ!!!!

Musisz być wojowniczką, choć jesteś w środku bezbronna i wyschnięta na wiór.

Life goes on.

czwartek, 17 lutego 2011


A zegar to mój znak!

Nina przechodzi teraz albo początki leku separacyjnego, albo okres wzmożonego rozwoju. Albo zwyczajnie nocą odbija sobie nieobecność mamy. Podobnież w dzień jest grzeczna, a po położeniu jej do łóżka wieczorem zaczyna harce.


Budzi się po pół godzinie z krzykiem i histerycznie domaga się cyckowego uspokajacza. 
Przedwczoraj skończyło się na wzięciu jej do łóżka, gdzie zaprezentowała swoje umiejętności fizyczne.


Obracała się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, nie mogąc utrzymać się w pionie. Dzięki temu skutecznie skopała tatę i wykopała z łóżka, zmuszając do przeniesienia się na sofę. Po czym rozłożyła ramiona w pozie na Jezuska i popłakując co chwilę neispokojnie przespała noc.


W przeciwieństwie do nas.


Gdyby nie moja mama będąca z nami teraz chodzilibyśmy jak zombie.


Taa, dziecko to nieustanna przygoda!


Fascynuje mnie jej zachwyt światem i własnymi możliwościami. To domaganie się objawiania świata. Nierozumne jeszcze wokalizowanie "mama" i "tata". Te okrzyki radości przy próbach pełzania i "latania". Ta chęć wstania i pobiegnięcia.


Nie upilnuję jej, kiedy już ruszy.

środa, 09 lutego 2011

7 miesiąc skończony parę dni temu!

A wraz z nim nowe wydarzenia.

Ma zęba! A drugi przebija się niecierpliwie. Pojawił się o tak, bez zapowiedzi. Nina powiadomiła mnie o tym wkładając sobie moje palce do ust.

Nauczyła się siedzieć bez podparcia w dwa dni. Co czyni niezmordowanie (zdjęcie fatalne bo w sztucznym świetle na dużej czułości, ale dowód jest).

Ćwiczy jogę pakując stopy do buzi.

Gada. Dużo. Nawet umie wyartykułować "mama" bez zrozumienia. Zaczepia, testuje, sprawdza możliwości głosu i tonu.

Pożera praktycznie wszystko. Zaakceptowała butelkę.

Wali klockami w stół i odkrywa rytm.

Pełza wokół osi.

Szaleje w nocy budząc się w poprzek łóżka.

I dalej nie obraca się na brzuch i z powrotem, bo po co, jak jest tyle innych ciekawych rzeczy?

Jest dzielna, wytrzymuje beze mnie. Może lepiej niż ja bez niej?Ale to tylko dlatego, że moja mama powinna dostać medal superniani. Wiersze, piosenki, gimnastyka, rozmowa... Lepiej niż w niejednej placówce rozwojowej:)

A ja pracuję, daję radę na razie dzięki mamie i galopuję do domu jak szalona.

P.S Dotarło do mnie info o konkursie na stronie Bazgroszytów. Można wygrać odwiedziny bohaterów w przedszkolu i kredki dla klasy. Przekazuję:

"„Wielkie Bazgranie” to kolejny konkurs akcji „Mówimy obrazami”, która rozwija wyobraźnię i od ponad roku wręcza dzieciom kredki.

Co zrobić, żeby wygrać? Wystarczy kupić wyjątkowy zestaw konkursowy na www.bazgroszyt.pl i narysować Ryska, Kredzię lub Kolorozaurusa. Autora najbardziej kreatywnej pracy animatorzy akcji odwiedzą w przedszkolu lub szkole wraz z bohaterami Bazgroszytu, czyli Kredziakami. Trzech kolejnych zwycięzców otrzyma kredki dla całej grupy lub klasy, a następnych dziesięciu wygra dla siebie wyjątkowe kredki i Bazgrokarty. Dlatego już teraz wejdź na www.bazgroszyt.pl lub sprawdź profil akcji na Facebooku. Konkurs trwa do 21.02.2011 r. i przeznaczony jest dla dzieci od 3 lat."

czwartek, 03 lutego 2011

Co boli przy powrocie do pracy?

Kość ogonowa od siedzenia 8 godzin przy komputerze...Okrutnie.

Dosłownie. Czuję, że ciąża właśnie taki pozostawiła po sobie znak.

A poza tym - boli myśl o zostawieniu dziecka na tzw. pastwę losu.


Z tym, że u mnie "pastwa losu" ma przez miesiąc łagodną postać mojej mamy, która zgodziła się poświęcić urlop wypoczynkowy na wdrożenie Niny w świat bez mamy.
Za miesiąc zaś na arenę wkroczy przypadkiem znaleziona, objawiona niania.
Jeśli wszystko pójdzie ok, bo w moim przypadku aż za często pojawiają się zdarzenia burzące jakikolwiek porządek życia.

Zaliczyłam pierwszy dzień w pracy. Czułam się prawie jakbym była tam pierwszy raz. Nawet nie mam na razie stałego miejsca do siedzenia. Zmiany, zmiany...


Nina zniosła pierwszy dzień nieco boleśnie. Podobno godzinę wyła, po czym padła i chlipała przez sen. Po moim przyjściu nie wyglądała na obrażoną, raczej zadowoloną z objawionego natychmiastowo cyca.
A w nocy odbiła sobie wszystko - wstawałam trzy razy by ona z uśmiechem mogła wynegocjować pierś, wcale nie z głodu. Jako przekąskę i przytulankę. Dzięki czemu przypominam zombie nieco bardziej niż zwykle.

Cholera, zapomniałam już jak to jest jechać w tłoku tramwajem i marznąć na przystanku... I biec na złamanie karku do domu, porywać dziecko w ramiona i zacałowywać na śmierć.

Aby do wiosny...

Czy mam jakąś radę dla mam wracających do pracy?

Nastawić się na obojętność otoczenia i większy lub mniejszy zapieprz. Oraz na większe rachunki za komórkę wskutek wydzwaniania i kontrolowania, czy wszystko ok.

I tęsknotę za dzieckiem. Miłość. Żal przy wychodzeniu z domu.

Duże, jeszcze większe niż zwykle zmęczenie materiału.

Wieczny niedoczas. Brak czasu dla siebie. Bieg.

Rozterki.


Zależność od innych.

Wyrzuty sumienia.

Poczucie bycia tą gorszą. Matką, pracownikiem. Niezależnie od tego co robisz.

A jednocześnie nową energię i jakość, nadzieję na wdrożenie w życie zawodowe i nowe wyzwania...

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers