Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
piątek, 28 stycznia 2011

Przychodzi niebawem coroczny dylemat - komu pomóc w ramach 1% podatku?

Tak mało pieniędzy, a tyle potrzebujących...

Dziś dostałam informację o Bartusiu, wnuczku znajomego mojego Taty. Urodził się z obustronnym rozszczepem  wargi i podniebienia oraz powieki prawego oka i łuku brwiowego.

I umieszczam informację o nim z zachętą.

Współczuję rodzinie, ale wierzę, że dzięki operacjom przeprowadzonym w tak młodym wieku będzie mógł żyć normalnie.

---

Swoją drogą myślę o tym, ile dzieci, które urodziły się z wadami i deformacjami i ich rodzice muszą przejść oprócz bólu, zniechęcenia, trudności wszelkiego typu. Muszą mierzyć się z zaciekawieniem, zaskoczeniem i często jakąś odrazą otoczenia. A przecież za maską tej wady kryje się maluch, ktory tak samo jak zdrowe potrzebuje kochania, przytulania, czułości, kontaktu...

P.S 2 Nie słyszałam wcześniej o Laurce Kotowskiej, o której dała mi znać Witaminkaa w komentarzu. Przeczytałam blog jej mamy i popłakałam się... Zajrzyjcie i jeśli macie możliwość, wesprzyjcie tę istotkę.

Tagi: dzieci
18:30, aeidenn
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011

To nie będzie o Lechu Wałęsie, jak głosi tytuł.

Ale kiedyś po ogłoszeniu wolnych wyborów kandydaci z ramienia Solidarności robili sobie plakaty wyborcze z owym człowiekiem, symbolizujące jego poparcie dla nich.

Ten post jest więc analogicznie moim poparciem i wyrazem uznania dla kilku  blogerek i jednej autorki rękodzieła.

Pierwsza, autorka bloga Mama Glamour postanowiła zrobić coś pozytywnego dla wizerunku przyszłych mam.  Jak pisze  do mnie: "Akcja ma na celu prezentowanie przyszłych mam w swoich ulubionych stylizacjach, chciałabym w ten sposób zachęcić wszystkie przyszłe mamy do zabawy modą, a przy okazji przełamać stereotypowy wizerunek kobiety wciąży, mam nadzieję że akcja będzie również dobrą zabawą i odskocznią od codzienności. Także ciężarówki, ślijcie swoje  foty. " Może zrobi się z tego fajna akcja pt. "mama, nie kaszalot" :) (polecam odnośnie tego mój wpis o tym, jak to Kominek obrazał ciężarówki u siebie na blogu).

Druga to Jarmila, która z pasją prowadzi bloga, gdzie przedstawia stare ilustracje z książek dla dzieci. Ileż ja tam odnalazłam ze swej dziecięcej półki! To jak wehikuł czasu. Koniecznie zajrzyjcie!

A kolejne to autorki blogów Półeczka z książkami i Zaczytani, które sprawiają, że chce się podać dziecku kurczaki faszerowane antybiotykami, by szybciej rosło i można już było czytać te wszystkie fajne książki razem :P

Kolejna z dziewczyn to autorka rękodzieła. Dostałam przez nią zrobioną, a zamówioną dla Ninki przez Dagh (dzięki, dzięki,dzięki!) prześliczną szydełkową grzechotkę - kotka. Bardzo poręczna i lubiana przez moją potomkinię. Polecam zajrzec do galerii prac autorki - na Unikalni.pl i Aleję artystów. Jak to piszą na Allegro - "zdjęcia nie oddają uroku grzechotek". (zobaczcie btw te śliczne koty).

Howgh!

A w ogóle kobieto i mężczyzno, jeśli robisz coś ciekawego okołodzieciowego i nie tylko, piszesz, malujesz, wycinasz, tańszysz etc. i chcesz by tu się pojawiła wzmianka, pisz!

21:15, aeidenn
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 stycznia 2011

Zmarła Ewa Smeja, twórczyni bloga nulka.blox.pl, poświęconego walce z wrodzoną łamliwością kości u jej ukochanej córeczki.

Ewa zmarła niespodziewanie. Sama walczyla z tą samą genetyczną chorobą, jednak przyczyna jej śmierci jest inna.

Jej blog był jednym z najpopularniejszych na Bloxie, ja również sama go czytałam.

Ewy nie znałam. Podobno budziła skrajne uczucia z powodu tego, że chorując powołała do życia chore dziecko i z powodu swoich działań. Jakich - nie wiem. Jednak pojawiły się po jej śmierci takie komentarze. Przemilczmy to.

Patrzyłam na nią jak na pełną determinacji i poświęcenia kobietę, która wbrew swojej niepełnosprawności wraz z mężem robiła wszystko co w jej mocy, by rehabilitować córkę. Być może nie starczyło jej sił by zadbać o siebie.

Każda mama zrozumie jej determinację. Wiem, że gdyby cokolwiek się wydarzyło, sprzedałabym chyba siebie dla dobra Niny.

Dlatego zapalam wirtualny znicz dla Ewy, jak wielu innych internautów.

---

Na marginesie pojawia się inny temat, ekshibicjonizmu życiowego i emocjonalnego. Ewa pisała szczerze o swoim życiu, dolegliwościach, bolączkach, zmaganiu się z nianiami i rodziną. Po jej śmierci mąż zamieścił notkę o jej odejściu.

Rozległy się głosy, że w takiej chwili nie myśli się przecież o Internecie.

Nie zgodzę się.

Otwierając się raz, wpadamy w nałóg swego rodzaju katharsis blogowania. Komentarze i wirtualne wsparcie dają więcej, niż osoby niepiszące myślą.

Autokreacja, frustracja, ekshibizjonizm - jakiekolwiek są powody pisania - pozwólmy na nie. Jak pisała Ewa: "Drogi gościu, odwiedzając ten blog, odwiedzasz mój dom."

Jakie wirtualne życie, taka wirtualna śmierć.

Blog jest jak powieść, czasem tandetna, czasem lepsza.

Czytelnicy czekają na zakończenie.

P.S Z niektórych komentarzy wnioskuję, że zostałam źle zrozumiana. Uważam za zupełnie naturalne zachowanie Pana Roberta związane z powiadomieniem na blogu i współczuję mu serdecznie.  Podziwiam, że znalazł siłę, by powiadomić stałych czytelników. Wiem, jak dużo może znaczyć wirtualne wsparcie - sama go doświadczam pisząc bloga.

Mój post miał jedynie wskazać, że pisząc blog decydujemy się na emocjonalny ekhibicjonizm i odsłanianie swojego życia. W konsekwencji - i śmierci.

Być może zbyt dużych skrótów myślowych użyłam.

niedziela, 16 stycznia 2011

Jaka jest zawartość cukru w cukrze?

Tego nie wiem.

Ale niezła bywa zawartość mięsa w mięsie i herbaty w herbacie.

Ostatnio pojawiła się nieco sztucznie pompowana afera słoiczkowa Gerbera (akurat mam reklamę na blogu, ale temat wypłynął przypadkiem).

Zdziwiło mnie to, że nagle rozpętał się szum wokół zawartości słoiczków. Czyżby rodzice nie czytali etykiet i kupowali produkty w ciemno ślepo wierząc marketingowi?  Teraz się niektórzy obudzili i podnieśli larum.

Gerber nic nie ukrywa. Ładnie procentowo podaje na etykiecie ilość MOM. Nie można się tu przyczepić. Wkurzyć może jednak informacja, że na zachodzie tak samo obrandowane słoiczki zawierają mięso lepszej jakości. Zwłaszcza, że te z ochłapami nie kosztują u nas mało.

Ok, przyznaję się bez bicia, jak wspomiałam w innym poście, że nacięłam się na deser Bobo Fruta (marka ta też już należy do Gerbera), w którym znalazłam w składzie cukier - i już po zakupie. Od tego momentu studiuję etykiety słoiczków. I dlatego też sama zazwyczaj gotuję dla Niny, kupując jedynie słoiczki o trudno dostępnych składnikach.

Jak powiedział brutalnie Małż, w słoiczkach "witaminy wype...ają w kosmos".

Nie mam złudzeń, że owoce wchodzące w ich skład zbierane są delikatnymi paluszkami o poranku na południowym stoku wzgórza przez elfy w zielonych sukienkach. A słoiczki mięsne na pewno nie pochodzą od indyków, które z subtelnym uśmiechem same wchodzą do ubojni.

To pewnie taka sama masowa, fabryczna produkcja jak każdych innych przetworów.

Jeśli otrzymam jakieś inne info w tej sprawie, chętnie przeczytam i zamieszczę.

Na marginesie. Czy rodzice, którzy zdziwili się zawartością słoiczków czytają skład innych produktów, które sami spożywają?

Dla przykładu podam zawartość otrzymanej jakiś czas temu herbatki  Vitax pt. "żurawina i malina": hibiskus, jabłko, liść jeżyny, aromaty, owoc dzikiej róży, owoc żurawiny 1%, kwas cytrynowy, owoc maliny 0,3%.

Parafrazując klasyka, "etykietki, głupcze"!

 

środa, 12 stycznia 2011

Jestem wredną, skąpą, nienowoczesną matką.

Bo jeszcze nie zaszczepiłam Bubulki na pneumokoki.

I nie zareagowałam entuzjastycznie na wieść o tym, że już niebawem mogę szczepić przeciw odrze i grypie.

Dziś byłam szczepić na WZW, bezpłatnie (czyli w ramach haraczu ściąganego przez ZUS na fikcyjnie bezpłatną, ch...ową służbę zdrowia).

Kiedy lekarka usłyszała, że niebawem Buba idzie do żłoba, potoczyła pianę, bo muszę ją zaszczepić przeciw pneumokokom. A dodatkowo panuje przecież rotawirus (czyli dodatkowa kasa).

Piana była potoczona podwójnie, bo jak to do żłoba ją? Lekarka założyła, że mała będzie z nianią.

Cholera.

Ciągle mi ktoś wrzuca na barki dodatkowe punkty do poczucia winy i minus dziesięć do lansu.

Nie kupuję słoiczków (chyba, że zawierają coś, czego sama nie mogę ugotować) i nie gotuję z eko warzyw. Niebawem kończę pranie w proszku dziecięcym, kiedy skończy mi się ostatnie opakowanie. Nie zaszczepiłam od razu na wszystko co możliwe (choć fakt, szczepiłam skojarzonymi). Dziecko z powodzeniem nosi odzież otrzymaną po innych maluchach. Nie mam problemów z kupnem używanej zabawki. Testuję różne pieluchy i owszem, Pampers jest najlepszy, ale nie mam nic przeciwko chociażby tym z Rossmana.

Jednym słowem dno.

Zwala mi się na głowę wizję pestycydów, fosforanów, rakotwórczych substancji, bakterii i wirusów łącznie powodujących 3 wojnę światową.

Najgorsze, że czasem czuję się przez to tą gorszą matką. Bo nic nie gra tak na emocjach, jak kwestia bezpieczeństwa dziecka. Paskudne manipulanctwo zbiera plon. Bo przecież na dziecku się nie oszczędza...

środa, 05 stycznia 2011

Pierwsze dziecko zmienia wszystko.

Zmienia nie tylko to co oczywiste - styl życia, ale także priorytety, sposób myślenia o świecie. Otwiera oczy na wiele zjawisk, uwrażliwia. Zmienia w pewien sposób osobowość.

Jaka jestem po tym pół roku?

Oczywiście, bardziej zmęczona.

Ale też bardziej cierpliwa i wyrozumiała. Bardziej przewidująca. Rzadziej wychodząca z równowagi.

Bardziej zainteresowana innymi dziećmi. Chętnie o nich słucham, oglądam zdjęcia. Interesuję się. Nie posądziłabym się o to jakiś czas temu. Sama często chwalę się zdjęciami Niny. Mam nadzieję, że to już nie wkracza na pole epatowania nimi... Ale rozumiem wszystkich innych rodziców, którzy to robią. Swoją miłością i dumą chcesz się dzielić.

Bardziej wrażliwa na krzywdę, choroby, cierpienie dzieci. Ostatnio rozpłakałam się podczas oglądania u rodziców wiadomości, gdzie pokazano dzieci z białaczką. Na pewno to efekt odnoszenia problemu do siebie, pracującej wyobraźni, lęku o swoje dziecko. Samo wyobrażenie cierpiącego szkraba, myśl o tym, że dzieci chorują i umierają paraliżuje mnie. Nigdy wcześniej nad tym się nie zastanawiałam tak mocno jak teraz. Czytam blogi mam chorych dzieci i mocno trzymam za nie kciuki...

Bardziej wyrozumiała dla innych mam. Troszkę mam poczucie bycia częścią tej wspólnoty, nieformalnego stowarzyszenia rodziców małych dzieci. Rozumiem wszystkie ich problemy, i to że kupa, zęby i zjedzenie zupy może być wydarzeniem. Kiedyś ironizowałam. Dziś to już nie jest takie proste...

Bardziej rozważająca dotychczasowe priotrytety. Była praca i zabawa. Dzisiaj choć praca i rozwój są dla mnie tak samo ważne, wiem, że już zawsze będzie mi towarzyszyć myśl o Ninie i pragnienie jak najszybszego powrotu do niej. I lęk o nią. Wyobrażanie sobie, co robi, jak się czuje. Na pewno osłabi się to gdy wyrośnie z niemowlęctwa, ale dziś wyobrażenie tego, jak bardzo mnie potrzebuje utrudnia mi bliski powrót do pracy.

Nie zakładam absolutnie, że stanie się rodzicem automatycznie transformuje osobowość i że dotyczy do każdego. Ale to przydarza się właśnie mi.

Wciąż tęsknię za przejawami dawnego beztroskiego życia. Jednocześnie widzę, ile nowych obszarów się dla mnie otworzy. Jaką radość sprawi mi pokazywanie Ninie świata, obserwowanie tego, jakim człowiekiem się staje.

Zbieranie kasztanów, pieczenie pierników, malowanie, wycinanie, czytanie...

Dziś widziałam pana z dwójką dzieci, ciągnął je na sankach, a one się zaśmiewały. Widać było, że daje im siebie maksymalnie. A one to doceniają.

Jestem na innym etapie.

Widzę, że Małż też.

 

poniedziałek, 03 stycznia 2011

Nic tak nie szokuje jak obserwowanie tego, jak dziecko zmienia się  oczach przez pierwsze miesiące życia.

Dziś urządzę sobie sesję oglądania zdjęć i filmików Ninoczki, ponieważ nasza "wielka dziewucha" jak zwie ją małż, kończy dziś pół roku. Z bezbronnej istotki o wadze 2660 zrobił się wiecznie uśmiechnięty i domagający kontaktu około siedmiokilowy wierzgacz.

Wzruszające jest obserwowanie jej rozwoju, zwłaszcza, że właśnie teraz przed świętami miał miejsce niezły skok rozwojowy.

Jako że zwierzątka małe i duże w Wigilię mówią ludzkim głosem, Nina właśnie ten dzień wybrała na rozpoczęcie gaworzenia.  I tak towarzyszy nam szczebiotliwe " a da da da", "a tla tla ta" (najchętniej emitowane o 3 w nocy). Umie negocjować. Swoje gaworzenie odpowiednio intonuje, umiejętnie przechodząc od zagajenia do skargi czy wyrzutu.

Pannica siedzi w foteliku i uprawia konsumpcję pokarmów papkowatych, siorbiąc i gryząc łyżeczkę, zabierając ją. Poznaje z zadowoleniem nowe smaki. Czasem krzyk zamiera jej na ustach kiedy wjeżdża do nich łyżka pełna czegoś smakowitego. I rozpoczynają się zachwyty.

Spryciula.

Jeśli chodzi o wszelkie akrobacje jest leniem w rodziców, ale chwyta przedmioty kciukiem i palcem wskazującym, a jej ulubionym obiektem manipulacji tego typu jest smoczek. Nauczyła się (niekiedy) zasypiać przed 22gą. Może czekają nas wolne wieczory?

Za dnia przejawia jednak tendencje napoleońskie. Sypia po 20 minut. Napoleon spał po 15 i to wystarczało mu do regeneracji. On też jest niezmordowana.

Został mi ostatni miesiąc z nią w domu. Rozstanie będzie chyba najtrudniejszym momentem macierzyństwa. Nie umiem nad tą myślą przejść do porządku dziennego...

Ninko, półroczniaczku Ty jeden, przeczytasz te słowa za X lat. Może jako nie cierpiąca mnie zbuntowana nastolatka? Może wtedy będzie dobry moment, abyś tu zajrzała. Zobaczyła te emocje.

Kocham Cię nad życie. Twój Tata też.

sobota, 01 stycznia 2011

Jak każda mama niemowlaka stanęłam przed wyzwaniem rozszerzania diety. Coś co wydaje się postronnym oczywiste i proste, wcale takie nie jest.

Co, ile, jak, kiedy podawać?

Początki wymagają zaangażowania i kombinowania.

Co ciekawe, Nina jak na razie odrzuca moje domowe produkcje. Ziemniak z cukinią był wstrętny i okrzyczany (Nina włącza wówczas swoje gniewne "da da da da i odpycha łyżkę łapką) dopóki nie domieszałam do niego marchewki ze słoiczka pewnej marki. Zmiksowane z czułością brokuły z ziemniakiem oprotestowano krzykiem i złością.

Czy producenci coś dosypują do słoiczków? Jakiś crack uzależniający?

Bo na pewno dosypują do pewnych dań cukier. Właśnie nacięłam się na pewien deser z jagodami i malinami. Nina zjadła go z radosnym siorbaniem i ciamkaniem.

Zabrałam się za studiowanie składu kaszek wszelkiego typu. Wszystkie zawierają cukier  (albo maltodekstrynę). Jeśli chodzi o produkty bez cukru, znalazłam na razie tylko kaszę Nestle, Nestle do picia i Hipp na dobranoc. Opcjonalnie Sinlac, albo taką np. kasza eko.

Moje sprytne dziecię kaszę pseudo malinową, słodką jak cholera nawet dla mnie, wpiernicza z wyrazem błogostanu na paszczy. Za to dietetyczny kleik ryżowy na mleku ląduje w zlewie. Cóż, jest mocno bezpłciowy.

Jedna z dziewczyn na forum wymieniła markę Holle. Nie wiem gdzie można dostać te produkty poza Internetem. Swoją drogą są dość drogie.

A może coś zamiast kasz fabrycznie produkowanych? Może gotowanie i miksowanie jaglanej? Szukam koncepcji.

Ja sama uwielbiam słodycze. To rodzaj wieloletniego uzależnienia, choroby cywilizacyjnej zwanej roboczo w mojej rodzinie słodyczówką.

Niemniej nie uważam tego za fajne i potrzebne. Chcę by Ni poznała najpierw naturalne smaki zanim wpadnie w sidła przesalania, dosładzania i glutaminianu sodu.

Pomysły na zbożowe śniadania i kolacje bez cukru potrzebne na gwałt.

P. S Wszystkiego dobrego w Nowym Roku wszystkim czytającym. Mamom - więcej snu i czasu dla siebie!

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers