|
niedziela, 29 stycznia 2012
Ninka dostała w prezencie od kolegi pana męża książkę pt. 3 baśnie o księżniczkach. Gest oczywiście przemiły. Ale oko matki mnie zabolało, kiedy ją przejrzałam. Książeczka cała różowa. Na okładce obrazek z efektem trójwymiaru i portretami księżniczek. A w środku - skrócone do kilkunastu zdań trzy baśnie. Oczywiście poniższe opisy należy czytać z przymrużeniem oka:) Niemniej mocno zastanawiająca jest wizja kobiecości i kobiecego losu w baśniach... Po skondensowaniu bowiem baśni historyjki sprowadzają się do tego, że:
Ktoś powie - to klasyka, to tylko baśnie, nikogo to nie skrzywiło.... Ale mam nadzieję, że jeśli kiedyś Ninka zapragnie być księżniczką, to taką indywidualistką, która raz ubierze suknie, a raz skopie parę tyłków.:) Póki mam wybór, nie będę jej kupowała tych różowo - słodkoksiężniczkowych książek. A baśnie tego typu pozna może þóźniej - w pełniejszych adaptacjach i wtedy, kiedy będzie można o nich porozmawiać. W tych straszliwie skróconych wersjach wszystko się sprowadza do jednego zdania - i śmierć, i miłość, i niebezpieczeństwo, i zawiść, i lęk... A kobieta ma być tylko piękna i pachnąca. Aczkolwiek jedno trzeba przyznać gwoli prawdy - te dość kiczowate i ociekające lukrem ilustracje przyciągnęły uwagę małej na dłuższą chwilę... Może więc moje wizje pójdą do kosza i złamię się, chcąc mieć chwilę spokoju:) Bo dzieci niewiele sobie robią z rodzicielskich wizji:)
czwartek, 26 stycznia 2012
Niedługo skończę 19 miesięcy. Uwielbiam sama jeść, domagam się samodzielnego trzymania łyżki i picia z dorosłego kubka. Ale kiedy się oblewam czy jedzenie spada mi ze sztućca, wściekam się i domagam zakończenia posiłku.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Wczoraj wylądowaliśmy w teatrze Atofri w Poznaniu na przedstawieniu dla dzieci pt. Lulajka. Muszę przyznać, że dla mnie spektakle dla maluchów są nużące. Powtarzalność, przerysowanie - odwykliśmy od takiej ekspresji. Jednocześnie przez swoją formę są trudne dla dorosłego - ciężko się oderwać od dorosłej wizji świata i wejść w świat zdziwienia i wyobraźni dziecka. Wyobrażałam sobie, że Ninka będzie zachwycona spektaklem. Kiedy miała dokładnie roczek byliśmy na innym przedstawieniu. Wówczas była oczarowana. Wczoraj - bała się! Moja dzielna zazwyczaj dziewczynka przed spektaklem chowała się za nogę taty, oszołomiona ilością dzieci, głosów, ruchem wokół niej. Na spektakl nie chciała wejść ze mną - wyrywała się do taty. A podczas niego - siedziała wtulona we mnie i wbita w poduszkę. Parę razy piszczała z przerażenia podczas oglądania ekspresyjnych ruchów aktorek i tańca z rekwizytami. Chyba sobie na razie dam spokój z teatrzykiem - do czasu kiedy Ninka będzie nieco większa, będzie można jej pewne sprawy wytłumaczyć. Mam wrażenie, że teraz ma okres przejściowy między malutkim dzieckiem a małą dziewczynką. Wiele rzeczy ją oszałamia, łatwo przechodzi od radości i zaciekawienia do wielkiego lęku, by szybko wrócić do swojej dzikości. Musimy ją oswajać ze światem - ale nie na siłę. A teatr wczoraj się ewidentnie nie sprawdził. Za to kołysanka była przepiękna! Udało mi się wygooglać, że jest to jedna z melodii odnalezionych przez Anię Brodę, która prowadzi warsztaty kołysankowe.
środa, 18 stycznia 2012
Nie mogę się powstrzymać przed wklejeniem - jedna z koleżanek z forum znalazła na joe monster grafiki prezentujące konfiguracje rodziców i dziecka śpiących w jednym łóżku. (dzięki!) Bardzo realistyczne. U nas najczęstsze są te poniższe.:)) A u Was?
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Ninka przeszła na czarną stronę mocy. Mama jest teraz tą niedobrą czarownicą, a tata czarującym królewiczem. Kiedy ją próbuję usypiać, co chwila wstaje w łóżeczku zwrócona w stronę drzwi i woła ojca. Nie chce spać i krzyczy. Tata ma mnie utulić! Matka popadła w niełaskę. Ale kiedy ją udaje mi się wreszcie zmęczyć i i utulić do snu wieczorem, siada jeszcze półprzytomna w łóżeczku i przez szczebelki zbliża twarz do mojej całując mnie. A potem wysuwa rączkę z łóżeczka i zaciska piątkę wokół mojego palca. Damy radę.
wtorek, 10 stycznia 2012
Oglądamy książeczkę Małgorzaty Strzałkowskiej
niedziela, 01 stycznia 2012
Ninka ma od jakiegoś czasu "manję nazywanja". Non stop uczy się języka nazywając po swojemu wszystko dookoła. Na spacerze każdy pies jest obszczekany, każda kobieta czy mężczyzna nazwani panią (panowie bywają dla niej na zmianę panami i paniami), każda lampa pokazana i nazwana pampą, każde auto otrąbione itd. I oczywiście domaga się pochwał. Powtarza wyraz do momentu, kiedy zostanie pochwalona, zauważona. Czasem sama sobie nawet bije brawo i potakuje... Jej radość z nazywania świata i uczenia się języka jest rozbrajająca. Widzę, że zaczyna rozumieć coraz więcej próśb i poleceń, potrafi pokazywać elementy na obrazku, mimo, że nie potrafi wymówić ich nazwy. Komunikacja z nią jest też coraz ciekawsza i coraz bardziej efektywna. Poza tym podchwytuje zasłyszane słowa i delektuje się nimi jak słodyczami. Nigdy nie wiemy, co akurat jej zadźwięczy w uchu. Dziś było to słowo "styczeń"(stisien), znamienne "sama" (siamia) przy jedzeniu i ... stanik (sianik). Czeka nas rok pełen wrażeń dostarczanych przez tego stwora, oby już tylko dobrych... Czego i Wam życzę. Zima jest brzydka i odrapana, ale Ninka zawsze wesoła i ciekawa świata. I to jest moja wskazówka na ten rok!
Właśnie zauważyłam, że Kiddie powstało 4 stycznia 2010! I jak bardzo sama się zmieniłam i moje myślenie o dziecku, ciąży, rodzicielstwie. Pamiętnik swojej naiwności i ewolucji - bezcenny... P.S Rok temu Ninka przespała fajerwerki. Wczoraj obudziła się przerażona o północy i przetrwała półgodzinną kanonadę na osiedlu w ramionach męża, wczepiona kurczowo i wtulona w jego policzek. Widziałam plakaty apelujące o ograniczenie wystrzałów z powodu niepokoju zwierząt domowych. Nie widziałam nic takiego o małych dzieciach... Sylwestra spędziliśmy z Trójką i smakołykami, a potem obejrzeliśmy film "Drive" (nie zrobił na mnie wrażenia, raczej spłynął po mnie jako pokaz wizualnej sprawności i miałkiej warstwy treściowej, do której chce się dorobić głębię muzyką, małomównością i anonimowością bohatera). A Wy?
środa, 28 grudnia 2011
Nadszedł czas wielkich ucieczek Ni. Moje dziecię, jak wiadomo, ma zainstalowany na stałe silnik rakietowy. Wszystko co robi, robi z werwą i głośno. Tak też rozpoczęła uciekanie nam, które odkryła momentalnie po uświadomieniu sobie jak szybko może się przemieszczać wysadzona z wózka i uwolniona z więzów pasów. Wczoraj byłam z nią w sklepie i mierzyłam jej kilka kombinezonów na zimę. Bożesz Ty mój, jakby rzekła kultowa starsza pani w nie mniej kultowym Klanie, ile ja się przy tym upociłam... Mała odkryła, że genialną zabawą jest uciekanie przez całą długość sklepu na bosaka, z jedną nogawką dyndającą, a drugą założoną. Z głośnym rechotem i tupotem wiała przy każdej możliwej okazji ściągając na siebie karcące spojrzenia obsługi, sarkastyczne parsknięcia lub dla odmiany życzliwe uśmiechy pań. Dziś na placu zabaw uciekała przez przeszkody i wywracała się tak, że wróciłyśmy całe uwalone mokrym piachem. Jak dobrze, że kupiłam ciemnoszary kombinezon... Oczywiście przy okazji wspinała się na wszystkie ślizgawki, drabinki i siatki. Matka przezorna zabrała tetrę do wycierania, dzięki czemu Ni mogła się choć chwilę pohuśtać z radosnym śmiechem. Śmiech to jedno. Jest jeszcze druga strona ucieczek - krzyk, wyginanie się, darcie gardła do znudzenia, kładzenie się na ziemi w akcie protestu, kiedy próbuję ją wsadzić do wózka czy upilnować. Ni ma już zadatki na prawdziwego charakternego dwulatka. Na tyle buntowniczego, że wrzaskiem i pokazówkami kaskaderskimi z rzutem na chodnik ściąga uwagę wszystkich nobliwych pań i panów z pieskami na spacerze. Oczywiście potrafi w sekundę z ryku przejść w czarujący uśmiech aniołka i zagadywanie do pieska. Ewidentnie ćwiczy i bada granice. Na szczęście zaliczyłam warsztaty dla rodziców o mówieniu nie i radzeniu sobie bez klapsa. Teraz już jestem dyplomowaną matką z zaświadczeniem...:)) Próbuję wdrażać omawiane metody, zobaczymy co wyjdzie z tego w praktyce przy moim nieszablonowym dziecku.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Ninka pod choinką znalazła sporo książeczek, także zabawkę interaktywną od mojej koleżanki, czy m.in. flecik od dziadków. W paczce od niani natknęła się za to na dziecięce ciasteczka owsiane w wielkim pudle a w pakach od dziadków dodatkowo na miśkopty. I to właśnie ciastka stały się świątecznym hitem. Nie książeczki, nie flecik, nie brzęcząca zabawka (choć jej też poświeciła uwagę, narażając cierpliwość na szwank naciskając uporczywie jeden klawisz wywołujący jedno nagranie), ale ciastka. Biegała po domu z kartonikami domagając się wyciągania ciastek i protestując przy próbach ich odebrania. Drugim jej odkryciem była prosta, nieposiadająca bajerów, ale siusiająca po napojeniu lalka, której proces fizjologiczny można podglądać i wysadzać ją na nocnik. Na dzisiejszym spacerze jej uwagę przykuła zaś ławka z wgłebieniem, w której zbierała się woda i sosnowe igły. Ze skupieniem wrzucała pozostałe igły do dziurki i moczyła palce w wodzie. Czy czegoś więcej trzeba? Nie chciała stamtąd odejść. I zastanawiam się, czy ktokolwiek decydując się na kolejne dzieci ulega konsumpcyjnej propagandzie i modzie na wszelkie interaktywne zabawki? Po obserwacji własnego dziecka te wszelkie opisy o stymulowaniu motoryki małej, koordynacji, równowagi itd. śmieszą. Czy oprócz zupełnie zielonych rodziców ktoś się na to łapie? Nie dajmy się zwariować. I tak w rankingu zabawek wszechczasów wygra patyk:)
czwartek, 22 grudnia 2011
Czytaczki i czytacze, dziękuję za to, że ze mną tutaj jesteście, zaglądacie i zostawiacie swój ślad.
Która to właśnie wrzuciła mi smartfona do wanny pełnej wody z radością małego odkrywcy... Jak Pulpecja w Kwiecie Kalafiora Musierowicz, która ukradkiem wrzucała wszystko do zlewu, w tym pieniądze (które zapchały kolanko) i relacjonowała to w listach nieświadomej mamie leżącej w szpitalu: " Mamo. Kacka lubi pływać. Głupia kacka bo tonie. Pa, "Mamo. Ja pisę. Miś nie lubi pływać. Głupi miś bo tonie. Pulpa" "Mamo! Tu ja. Piniondz nie lubi pływać. Głupi piniondz bo tonie. Pulpa. Już kończę, tą notkę, papapa..." "Mamo. Ja pisę. Mis nie lubi pływać. Głupi mis bo tonie. Pulpa." "Mamo! Tuja. Piniondz nie lubi pływać. Głupi pmiondz bo tonie. Pulpa." A potem: "Co robisz? - spytała, widząc siostrzyczkę schyloną nad umywalką. Ja też zaraz wyląduje w szpitalu przez Buby pomysły i wściekłość na siebie... Zdążyłam naszykować wodę do kąpieli, gdy wpadł tajfun i zrobił "bam!!!!" Moja rada - nie dawać dzieciom telefonu do zabawy i nie rajcować się, jak pięknie mówią "haloo", bo to może być ostatnie "haloo" w zyciu. Telefonu lub Waszym, jeśli zejdziecie na zawał... |
Archiwum
Zakładki:
Zaglądam - blogi dziecięce (klik by rozwinąć)
Zaglądam - serwisy dziecięce (klik by rozwinąć)
Zaglądam - zainteresowania i hobby
![]()
kontakt: aeidenn@NOSPAM.gazeta.pl |