Wokół rodziny, dziecka, partnerstwa i życia. Rzeczywistość na opak i niepoprawnie.
RSS
środa, 31 października 2012

Nowy adres Kiddie to:

KIDDIE-AND-MORE.BLOGSPOT.COM

Ponieważ pojawiło się takie pytanie do mnie:

Nowy blog można zasubskrybować przez RSS w stopce lub zapisując się na e-mail - prawa kolumna bloga - na samej górze. :))

Posty pojawiają się także na Facebooku.

Zapraszam:)

 

 


 



10:01, aeidenn
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2012

"Nadejszła wielkopomna chwila"...

Blog Kiddie postanowił się w ramach eksperymentu technicznego przeprowadzić na platformę Blogger (oraz zaimportować wszystkie posty na nową platformę).

W życiu każdego blogera jako kolejne stadium przepoczwarzania nadchodzi moment kiedy nie chodzi tylko o sam tekst, ale o layout, duże zdjęcia, o ciekawość kto mnie odwiedza i skąd przychodzi itd., o gadżety i widgety. Blox wydaje się od dłuższego czasu nie rozwijany, a blogerzy nie wspierani. A szkoda. 

Dlatego też:

Mam nadzieję, że zostaniecie z naszą wesołą menażerią pod nowym adresem:

 

KIDDIE-AND-MORE.BLOGSPOT.COM

 

P.S Jeśli eksperyment nie wypali, może wrócimy na stare śmieci:)

22:13, aeidenn
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 września 2012

Przewaliła się przez media ostatnio dyskusja o matkach wózkowowych sprowokowana przez felieton prof. Mikołejki.

Felieton był pełen najszczerszej irytacji, zjadliwości, jego zamierzeniem było upokorzenie, dowalenie, odegranie się na grupkach odbierających mu przestrzeń własną, ciszę i spokój.

Felieton był mocno mizoginiczny, pełen agresji i jadu.

Ale im dłużej się zastanawiam tym bardziej jego w stosunku do pewnych typów matek uważam za słuszne...

Ja nie czuję się obrażona jego felietonem choć jest generalnie mizoginiczny, przerysowany i złośliwy i to mnie w nim razi.

Opisuje on jednak pewien autentyczny wycinek świata.

Tak, są kobiety gdaczące, plotkujące niemiłosiernie i niezwracające uwagi na to co robią ich dzieci.
Tak, wożą się często grupowo albo przesiadują na placyku obgadując kogo się da.
Tak, mają często równie bezczelne, głośne i niewychowane dzieci jak one same
(na marginesie i mnie jak Mikołejkę irytuje protekcjonalne sformułowanie "teście":P)

Ale to nie mój świat.

I Was też drogie panie też nie.

Znam swoją wartość jako człowieka i matki i taki tekst może mi jedynie lekko podnieść brwi wyrażając współczucie zarówno do zgorzkniałego pana Mikołejki jak i ludzi,których opisuje, a którzy i tak tego nie przeczytają i nie zrozumieją.

Możemy się wkurzać jedynie za czarny PR, ogólną mizoginię brak szacunku, za chęć wywołania szumu tanim kosztem (co się udaje).

I za niemerytoryczne podejście.

Bo przecież w takim samym stopniu można spotkać równie pustych i agresywnych facetów i równie puste kobiety niebędące matkami.

Podobnie można opisać chociażby właścicieli psów, motocyklistów, ortodoksów religijnych itd itp. W każdej grupie znajdą się osobniki, których bezczelność i brak samokrytycyzmu zasadza się na samej przynależności do tej grupy i przebywania w jej świecie.

Samo posiadanie dziecka wbrew temu co pisze autor nie czyni nikogo prymitywnym. Ale jeśli się takim było, to pewnie się nim pozostanie i przekaże swój styl bycia dziecku.

Ponadto każda młoda matka będzie rozmawiała o dziecku, o kupach, zupach, pieluchach. Bo to naturalny dla temat, wyraz troski, miłości. Nieodłączna część rozwoju dziecka i tego wczesnego etapu rodziny. Na marginesie - jeśli nie interesują cię kupy niemowlaka to niewiele wiesz o jego zdrowiu....

Poza tym - każde dziecko, nawet blondwłosy aniołek profesorki filozofii na UW bywa głośne, płaczliwe. A każda matka niezależnie od szufladki macierzyństwa do jakiej jest włożona bywa zirytowana albo zobojętniała ze zmęczenia.

I tak dalej.

Potraktuję zatem felieton Mikołejki jako tanią sensację, komentarz zirytowanego zmęczonego pana, któremu ktoś podeptał trawnik pod blokiem, hałasował i zatarasował chodnik, niemającego jednak realnego do czynienia ze światem o jakim pisze.

I o co tyle hałasu?

17:53, aeidenn
Link Komentarze (8) »
środa, 19 września 2012

Czasami czytając blogi masz wrażenie bardzo intymnego udziału w czyimś życiu. Przeżywasz, martwisz się, cieszysz, wzruszasz , wkurzasz - razem z innymi czytelnikami. Choć możesz nie komentować, to wracasz tam, trzymasz kciuki.

Serial dokumentalny się toczy, na Twoich oczach zmienia się bieg wydarzeń.

Czasem jest to bardzo dojmujące uczucie.

Chciałabym prosić, żebyście trzymali kciuki za Chustkę, inteligentną, wrażliwą dziewczynę, matkę, partnerkę, z darem pisania i ironicznym poczuciem humoru. Której jakiś czas temu zdarzyło się bardzo bardzo zachorować.

Na wstrętnego raka żołądka. Którego jej wycięto. Czy wyobrażacie sobie życie bez żołądka?

Ale można żyć. Trzeba.

Tylko u Chustki znów przyszło pogorszenie stanu zdrowia. Ale przy tym ciężarze nie traci stylu, dystansu do siebie i świata.

Chustko, nie daj się. Cholera jasna.

19:30, aeidenn
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 września 2012

Kiedy czytam zdanie rodzica o swoim dziecku, które bardzo często pojawia się chociażby w wywiadach z celebrytami

"wolałbym aby był szczęśliwym sprzątaczem niż sfrustrowanym biznesmenem" przecieram oczy z niedowierzania i ogarnia mnie irytacja.

Naprawdę trudno mi uwierzyć w takie deklaracje.

Słowa te (niedosłowne - brak mi egzemplarza GW na stole) pojawiły się w  weekendowej Gazecie Wyborczej w ciekawym tekście o publicznej i niepublicznej edukacji.

Autor sugeruje m.in., że powinno się ograniczyć ilość szkół niepublicznych aby klasa średnia, jaka ucieka do nich przed szarzyzną i fabrycznym systemem szkolnictwa polskiego nie miała już wyboru i zmuszona była pozostawiać dzieci w szkołach publicznych. I aby dzieci tejże aspirującej klasy średniej, o lepszym kapitale społecznym i kulturowym emanowały udowodnionym pozytywnym wpływem na dzieci gorzej uposażone. Dzięki czemu mimo gorszego startu będą one ciągnięte w górę. I aby rodzice  z klasy średniej wreszcie wzięli sprawy w swoje ręce i zadziałali na rzecz szkół państwowych, ponieważ ci obecnie w nich pozostający w dużej mierze nie mają kompetencji, sił, chęci zaangażowania się by cokolwiek zmieniać.

Mocno to kontrowersyjne - bo któżby chciał eksperymentować na swoim dziecku?

Pomimo świadomości wagi tego tematu i przypuszczalnie słuszności argumentów już widzę ten "las rąk" rodziców, którzy Swoich Stasiów i Amelki gotowych posyłać na pożarcie Kewinom i Wanessom. Sama odgórna idea likwidacji szkół prywatnych kojarzy mi się z socjalizmem, ten z przymusem, a całość - z nieuchronnym buntem wobec opresji. Poza tym jak wskazuje jeden z komentatorów pd artykułem - zawsze żywa gotówka pozwoli wyróżnić dzieci i zapewnić im lepszy start - w wielu pewnie przypadkach snobstwa szkół niepublicznych i kreowania enklaw-wydmuszek i cieplarni dla bananowej młodzieży.

Z drugiej strony - gdyby nie odgórne działania takie jak przymus szkolny nie zlikwidowano by analfabetyzmu.
Podobnie z tematem parytetu i praw kobiet.
Mentalność sama się nie zmieni. Potrzebne są regulacje prawne, by zmieniać rzeczywistość, a potem wpływać na sposób myślenia.

Tylko, że "nic o mnie beze mnie. Nie chciałabym aby o moich wyborach edukacyjnych dla Ni decydowało dobro szeroko pojętego ogółu.

Bo może publiczna edukacja w Polsce to tragedia wspólnego pastwiska? Otwarty dostęp powoduje brak poszanowania i dążenie do realizacji własnych interesów kosztem innych? I potencjalna likwidacja szkół niepaństwowych zrobiłaby więcej szkody?

Co ważne autor sam przyznaje przy tym wszystkim że jest hipokrytą. Pomimo wszelkich argumentów sam posłał swojego syna do szkoły społecznej, choć jednocześnie irytuje go jego ucieczka.

Postawy obywatelskie przegrywają z interesem prywatnym, choć tak naprawdę przy  odpowiedniemu nadaniu toru sprawie i zaangażowaniu sprawa prywatna staje się społeczną - jak na przykład temat szkół dla sześciolatków.

---


Ale ja nie o tym w sumie chciałam.

Chciałam wrócić do tematu z początku posta, który mnie często dręczy.

Czyli deklaracji dziennikarza "wolałbym aby był szczęśliwym sprzątaczem niż sfrustrowanym biznesmenem". W kontekście jego posłania dziecka do szkoły niepublicznej nabiera to znamion dodatkowej hipokryzji. Gdyby był tak wyluzowany względem przyszłości dziecka, po co mu elitarna szkoła i inteligenckie towarzystwo?

Nie mogę uwierzyć, że są świadomi rodzice, którzy nie mają marzeń czy rozmarzonej projekcji względem jego przyszłości, którzy nie życzą mu sukcesów, zdobycia świata, samorealizacji, rozwoju, a także co bardzo ważne,  stabilności finansowej czy wręcz zamożności. Którzy łatwo godzą się z ewentualnym wyborem mało ambitnej i niedochodowej ścieżki życiowej.

Wiem, że to tylko przenośnia i podkreślenie wolności wyboru ścieżki życiowej przez dziecko. Ale nie wierzę w przykładowych szczęśliwych i nisko opłacanych, nieszanowanych sprzątaczy czy roznosicieli ulotek na umowach śmieciowych, żyjących za minimalne wynagrodzenie, i ich dumnych rodziców.


A Wy? Co myślicie?



piątek, 14 września 2012

Zastukaj palcem w ścianę
z dębowego klocka
wyskoczy
kukułka
wywoła drzewa
jedno i drugie
aż stanie
las

zaświstaj cienko -
a pobiegnie rzeka
mocna nić
która zwiąże góry z dolinami

Chrząknij znacząco -
oto miasto
z jedną wieżą
szczerbatym murem
i domkami żółtymi
jak kostki do gry

teraz
zamknij oczy
spadnie śnieg
zgasi
zielone płomyki drzew
wieżę czerwoną

pod śniegiem
jest noc
z błyszczącym zegarem na szczycie
sową krajobrazu

Zbigiew Herbert

---

Ninka ostatnio w związku z zapaleniem oskrzeli odwiedziła lekarza. Każdorazowo dla niej jest to wielkie przeżycie, wynikające chyba ubiegłorocznych traumatycznych wydarzeń.

Po przyjściu z przyszpitalnej przychodni wspomniała kilkukrotnie rozemocjonowała, że lekarz ją badał.
Pan mąż wpadł na pomysł zrobienia jej zabawkowego stetoskopu.

W minutę przykręcił znaleziony w szufladzie zachomikowany korek od wina do pokrywki od słoika. I tym samym rozpoczęło się całodzienne badanie. Ninka osłuchiwała wszelkie możliwe lale i misie, a także mamę i tatę. Poziom fascynacji i skupienia był niebotyczny. W pewnym momencie oprotestowała nawet oglądanie bajek, poświęcając się misji ratowania naszego zdrowia.

Ja wbrew swojej ideologii hołdującej hand made od razu zaproponowałam: kupmy jej może mały zestaw lekarski skoro jej się to tak podoba?

Na co pan mąż odparł filozoficznie: czy nie sądzisz, że te wszystkie realistyczne zabawki są de facto dla rodziców?  Przecież ona się rewelacyjnie bawi.

I zasępiłam się.
Faktycznie. Coś w tym jest.

Swego czasu zresztą wypięła też swoje słodkie cztery litery na sprezentowane z okazji dnia dziecka drewniane łóżeczko dla lalek i kładła je spać w wykonanym przeze mnie kartonowym.

Naszemu pokoleniu wystarczał symboliczny kij, obwołany zresztą zabawką wszechczasów. Mógł być karabinem, mieczem, wiosłem, gitarą, stelażem wigwamu itd. Oczywiście był to efekt tego, że szerokiego wyboru nie było. Ale czy to nie brak  właśnie, ten niedobór  nie jest (w pewnych granicach nie schodzących do poziomu frustracji) stymulujący dla wyobraźni?  

Może dziś kompensujemy sobie dawne braki, a może tylko karmimy radośnie wewnętrzne dziecko i swoje dorosłe poczucie estetyki kupując dzieciom zabawki i ubrania, jakie nam się podobają?

Do czasu oczywiście. Kiedyś zacznie się era Bakuganów i różowych księżniczek. Z opowieści koleżanek wiem, że choćby nie wiem jak się starały, rodzicielskie kształcenie gustów zawsze przegrywało z gustami koleżanek z przedszkola. Podobnie jak chęć zwiększania stanu posiadania. 

Na razie niech może bawi się stetoskopem z pokrywki.

Bo potem splajtuję w pianie różu?


środa, 12 września 2012

Dotarły do mnie wygrane w konkursie fotograficznym Zakamarków książki. Tym milsza to nagroda, że to Pan mąż zrobił nagrodzone zdjęcie, ale to ja jako inicjatorka naszego udziału w zabawie mogłam oddać się eksploracji katalogu Zakamarków i wybrać sama aż 3 tytuły. (Dziękujemy!)

Wybrałam Rok z Linneą, Linneę w ogrodzie Moneta i Matematykę ze sznurka i guzika. To książki z zamysłem wybrane "na później", kiedy Ni będzie większa.  Każda z nich uczy innego myślenia - matematycznego, artystycznego i przyrodniczego.

Warto do nich zajrzeć.

Zacznę od Matematyki ze sznurka i guzika.

Myślę, że to będzie ulubiona książka do wykorzystania pana męża, który na każdym kroku gloryfikuje matematykę jako królową nauk.

Ja, jako matematyczny gamoń, z ulgą przyjmuję myśl, że z zadaniami z matmy mała będzie biegać do tatusia. Ale zanim to nastąpi - nauczy się dzięki tej książce matematycznego myślenia.

Autorzy pokazują, że matematyka nas otacza i jest przydatna na każdym roku. Waga, objętość, długość, kształt, cyfry, odległości - te podstawowe pojęcia pokazane są dziecku w przyjazny sposób zachęcający do eksperymentów domowych z przedmiotami codziennego użytku. Zdecydowanie przyjazna dzieciom pozycja podsuwająca pomysły na wartościowe spędzenie czasu.

Moja ocena: 8 na 10. Punkciki mniej za to, że byłoby super, gdyby było w niej jeszcze więcej prostych rysunków poglądowych unaoczniających tekst i działania dzieci.

Nie jest to pierwsza książka tego typu z jaką mam do czynienia. Z dzieciństwa pamiętam radziecką "Geometrię dla najmłodszych" z charakterystycznymi ilustracjami Bohdana Butenko. Jej bohaterowie - Buratino (de facto Pinokio), Ołówek i Sobieradzik wprowadzali mnie w świat odcinków, długości, cyrkli, trójkątów... Mam nadzieję, że rodzice w czeluściach szaf zachowali tę książkę:)

 ---

Teraz czas na Linneę w ogrodzie Moneta

Linnei nie da się nie lubić.

To ciekawa świata, wrażliwa dziewczynka ze zmysłem obserwacji. Linnea ze swoim przyjacielem i opiekunem panem Blomkvistem który pokazuje jej świat, wyrusza do Francji na spotkanie z malarstwem i biografią Moneta (rodzice czytający książkę poczują tutaj może ukłucie niepokoju - co robi dziewczynka w podróży z obcym staruszkiem i gdzie są jej rodzice...) 

Czytam o Linnei i czuję z nią pewne braterstwo (siostrzeństwo?). Ciekawi ją sztuka jako nie tylko czyste piękno, ale relacja artysty ze światem i samym sobą. Interesuje ją pochodzenie słów i przedmiotów. Lubi dobre jedzenie, historie życiem pisane. Ma zmysł obserwacji i widzi to co ciekawe i niezwykłe w drobiazgach. Na przykład zauważa to, że "w Paryżu jest mnóstwo psów, które same się wyprowadzają na spacer. Wcale nie muszą mieć właściciela". Linnea ma zmysł socjologiczny i pobudza taką samą ciekawość świata u czytelnika.

Moja ocena 10 na 10. Za świetny pomysł na splecenie fikcyjnej bohaterki z historią, sztuką, rozbudzaniem wrażliwości u dziecka. Za pokazanie, że muzeum może żyć, jeśli osadzimy je w odpowiednim kontekście - w kontekście historii ludzkich. Za bogactwo ilustracji i reprodukcji.

---

A teraz Rok z Linneą

Tym razem Linnea uczy nas, że życie w mieście nie musi być  pozbawione kontaktu z przyrodą. Uczy także prawidłowych zachowań. Karmi ptaki, robi zielnik, karmnik i domową działkę, plecie wianki, robi koronę z liści i zupę z pokrzywy, zbiera przyrodnicze pamiątki. Ma proste do realizacji pomysły na każdą porę roku.

Linnea jest niedzisiejsza w wyglądzie i zachowaniu. Nie jest piękna i wymuskana, nie pisze o telefonach, komputerach. Spędza czas tak, jak my spędzaliśmy jako dzieci. Ten "oldskul" jest bardzo pozytywny i budzi nadzieję, że uda się jej zainteresowania zaszczepić dzieciom. Jedno jest pewne - Linnea podsuwa pomysły na pobudzenie u dziecka zaciekawienia przyrodą.

 

Moja ocena 9 na 10. Za mądre rady i fajne pomysły. Za wrażliwość na przyrodę. I delikatnie przemycony - szacunek do starszych, ich wiedzy i doświadczenia.

A jakie są Wasze opinie o takich subtelnych formach edukacji?


poniedziałek, 10 września 2012

Śpieszę donieść, że mała żłobkowiczka już po 4 dniach pobytu w żłobku okraszonym płaczem i wielką niechęcią doń postanowiła zachorować...

A jak już, to porządnie - na obturacyjne zapalenie oskrzeli. Podobnie jak historia z OIOM w ubiegłym roku zaczęło się leciutkiego od kataru, który po nocy przerodził się w bardzo brzydki oddech.

Na szczęście mamy nebulizator w domu i pan mąż zadziałał sprawnie, dzięki czemu mała jest leczona domowo, a rtg nie wykazało poważnych zmian.

I tak po pierwszym tygodniu w żłobku pan mąż zalicza zwolnienie lekarskie na dziecko z małą kuracjuszką.

Która to pomimo inhalacji kilka razy dziennie, syropów, miodu Manuka od dziadków, antybiotyków i odsysania glutów o dziwo jest pełna wigoru, w dobrym humorze. I oczywiście bardzo bardzo szczęśliwa, że nie poszła do tego wstrętnego żłobka.

A my przygnębieni zastanawiamy się co będzie dalej.

wtorek, 04 września 2012

PLASK!

Wielki szary plaster medyczny wylądował wczoraj z mlaśnięciem na plecach Ni.

A na nim - napis długopisem z jej imieniem i nazwiskiem. 

Taki to sposób identyfikacji maluszków wprowadzono pierwszego dnia w żłobku.

Rzeczy Bu wylądowały w oldkulowej szafce pamiętającej na pewno 1989 rok, kiedy to ta placówka powstawała. Reszta wyposażenia z pewnością też. A i spora część kadry również. Na pewno zaś starsze panie kucharki w kwiaciastych fartuchach palących fajury pod oknami kuchni...

Kątem oka przy wejściu zauważyłam koszmarną plastikową lalkę rzuconą w kąt, rodem z tandetnych horrorów klasy C.  Puste czarne oczy wpatrywały się w przybrudzoną gołą łapkę. Na ścianie nad umywalką opatrzoną napisem "prosimy nie wieszać się na umywalce podczas mycia rąk" widniała smętna gazetka z bibuły głosząca bodajże radość świąt zimowych. Taka jaką i ja robiłam ku czci w podstawówce i przedszkolu.

Ścisnęło mnie w dołku.

Tym bardziej kiedy po wejściu "na oddział"  obrazu nędzy dopełnił łkający samotnie przy stoliku chłopaczek i widok pań opiekunek w fartuchach pielęgniarskich krzątających się i wydających numerki.

Bo dziecko jak na razie jest tożsame z numerkiem szafki i plasterkiem na plecach.

Istny oddział dla wariatów.

Zrobiliśmy dobrą minę do bardzo złej gry. Bubsztal wtulił się w nasz nogi, ale po wyjaśnieniu, że idziemy do pracy potuptał na salę.

Przy jej odbiorze wczoraj przyszła do mnie zaspana ale pogodna i zaczęła szczebiotać. Powiedziano mi że płakała jak inne dzieci, ale nie powiedziano - ile...

Lekko mi ulżyło.

Ale dzisiaj...

Dziś miła i serdeczna młoda pani odprowadzająca ją do szatni powiedziała mi,  że nie będzie mnie okłamywać. Że było źle. Okazuje się, że cały dzień od ósmej do czternastej płakała. Z przerwą na sen spowodowany płaczem. No i o dziwo jakimś cudem zjadła obiad.

Zobaczyłam spuchnięte od płaczu stworzonko prawie bez oczu. Stworzonko rzuciło się na mnie z okrzykiem "mamusia przyszła!!". Ale po chwili już radośnie z uśmiechem na twarzy opowiadała mi o mijanych psach i ptakach, cieszyła się na widok soczku i przytulała.

A mi serce się rozpada na kawałki, kiedy słyszę, że żadne tłumaczenia nie pomogły i wisiała z płaczem to na jednej pani to na drugiej przez cały dzień.

Przy usypianiu powiedziała mi smutnym głosikiem : Nie chcę iść do żłobka...

A potem w półśnie wtulając się we mnie kurczowo powtórzyła z dziesięć razy: Mamusia przyszła do Ninki...

Nie wiedziałam, że to będzie aż tak cholernie trudne.

I że żłobek ze swoim wyglądam i procedurami rodem z późnego przaśnego PRL mnie tak przygnębi. 

Przeczekać trzeba mi... Musimy dać radę.

poniedziałek, 03 września 2012

Tydzień temu w niedzielę mieliśmy przyjemność uczestnictwa z Bubiszonem w imprezie z okazji piątych urodzin Wydawnictwa Zakamarki, o jakim już parę razy wspominałam na blogu.

Wydawnictwa nie trzeba raczej przedstawiać, wpisało się w potrzeby rodziców szukających literacko dla swoich pociech czegoś więcej - książek niebanalnych, ładnych edytorsko, o ciekawych ilustracjach a nawet poruszających niełatwe tematy. 

Imprezę zorganizowano na dziedzińcu Zamku, pogoda i nastrój dopisały, podobnie jak frekwencja. Co prawda nie spędziliśmy tam dużo czasu, bo akurat dopadła nas pora drzemki Ni, ale moim zdaniem imprezę można uznać za udaną. Przede wszystkim zaś pomyślaną o od A do Z o dzieciach.

Można było wejść na scenę i poukładać wielkie klocki kartonowe.

Można było rysować kredkami na matach gąbkowych.

Można było wziąć udział w zajęciach muzycznych.

Można było odstać w kolejce i skorzystać z możliwości otrzymania własnej poduszeczki zakamarkowej by Olishka, do której stał nietopniejący ogonek,  a ona cierpliwie i z uśmiechem uszyła podobno ponad 100 egzemplarzy. My też też skwapliwie to uczyniliśmy.

Można było skonsumować dziecięce zdrowe smakołyki - owoce, bułeczki z twarogiem, soki i in.

Można było zniżkowo zakupić książki.

Można było się poczuć jak w jednej wielkiej czytelniczej rodzinie. Z racji kosztu i tematyki, czasem wymagającego przemyślenia charakteru, książki Zakamarków trafiają moim zdaniem do bardziej stargetowanego grona.  

Dlatego - tak na marginesie - można się było poczuć nieco jak w jednej wielkiej... hipsterskiej rodzinie.:)

A to sądząc po estetyce, eko jedzeniu, stylizacjach dzieci i rodziców, a także chociażby po imionach dzieci ...

Jako, że dzieci miały naklejki z imionami, można było zwrócić uwagę, że kręciło się kilka Ninek  - w tym moja, Zoś, Antoninek, a także byli choćby Felicja, Erni, Lea, Konstancja. Nie da się ukryć, że nadawanie dzieciom rzadkich, czasem o retro stylistyce imion jest swego rodzaju snobizmem, objawem przykładania wagi do wizerunku. Ale także zwrócenia uwagi na wyjątkowość dziecka, chęci wyróżnienia go.

Ja również wybierając imię dla Ni kierowałam się swoim gustem, ale też zależało mi na tym, by jej imię nie było jednym z najpopularniejszych i ogranych. Być może to też jest już rodzaj lansu?

Podobnie może można uznać za lans udział w tego typu imprezach?

Jeśli tak, to mam wiele sympatii dla takiego snobowania się czytelniczego.

Dorośli mogą się lansować przez akcję "Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka", a dzieci przez paradowanie z literaturą szwedzką.

A w ogóle to dziś dowiedziałam się, że wygraliśmy nagrodę w konkursie fotograficznym Zakamarków - 3 wybrane książki;D Bardzo się cieszę :))

\

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43

KONTAKT I WSPÓŁPRACA: aeidenn@gazeta.pl



Lilypie Third Birthday tickers